Zima po mojemu: Czym musi się martwić Stefan Horngacher i skąd startuje Justyna Kowalczyk?

Wierzę, że mam cierpliwość, choć nie chciałbym jej zbyt długo wystawiać na próbę. Przyjdzie moment, kiedy podium stanie się sprawą naglącą. Brakuje mi tego, nie ukrywam. I chciałbym tam być – mówił mi przed wyjazdem do Klingenthal Maciej Kot. Świadomy, inteligentny chłopak, który kiedyś mógłby być dobrym trenerem. Na razie jednak musi jednak sprawdzać swoją wytrzymałość jako skoczek. W Kuusamo nie obronił trzeciego miejsca, w Niemczech spadł z pierwszego. To musi boleć, szczególnie kogoś tak ambitnego.

Zrzut ekranu 2016-12-05 o 12.03.30

Podobnie jest z Kamilem Stochem, choć on akurat nawygrywał w życiu tyle, że mógłby trofeami obdzielić kilku skoczków i wszyscy czuliby się spełnieni. Naszą dwójkę łączy to, że są nastawieni na sukcesy i mają możliwości, aby ją osiągać. Obaj muszą „tylko” być cierpliwi. Ta zima już jest piękna. I nie ma powodu, aby nie była jeszcze piękniejsza. Nie wiem, czy już w Lillehammer lub Engelbergu nasi dolecą do podium, ale zgadzam się z Maćkiem, że później stanie się to już „sprawą naglącą”.
Podium w drużynie już jest, i to wyjątkowe, bo pierwszy raz w historii biało-czerwoni weszli na najwyższy stopień. W sobotę Polacy skakali jak nakręceni. I dobrze później słuchać austriackiego trenera Stefana Horngachera, który mówi, że choć też jest bardzo szczęśliwy, a jego zawodnikom należą się brawa, to tak naprawdę pokazali… 90 procent możliwości. Chcę zobaczyć tej zimy 100 albo chociaż 99 procent tego, na co ich dzisiaj stać. I chcę wierzyć, że Horngacher tak właśnie przygotuje Polaków, że zobaczę to za dwa i pół miesiąca, podczas mistrzostw świata w Lahti. To będzie prawdziwy czas rozliczeń i ocen. Na razie zajadamy się przystawką, która naprawdę dobrze smakuje.
Jeśli skoczkowie startują do sezonu z najwyższego poziomu, to Justyna Kowalczyk na najlepszych na razie spogląda z daleka. Jeśli skoczkowie muszą się martwić, jak utrzymać formę do mistrzostwo, Justyna musi myśleć, jak dojść do optymalnej dyspozycji. Nasi klasycy wybrali zupełnie inne warianty przygotowań, ale cel mają w zasadzie taki sam.
Kowalczyk zaczęła w sumie jak zwykle. Dalej będzie inaczej. Latami przygotowywała się kolejnymi występami w PŚ. To te starty sprawiały, że stawała się coraz lepsza. Teraz pojechała do Włoch, będzie trenowała i ścigała się w Pucharach FIS. Swoją drogą, przed zimowymi igrzyskami w Soczi, gdzie zdobyła złoto na 10 km klasykiem, też zrezygnowała z Tour de Ski (choć w ostatniej chwili w ramach protestu), a szykowała się we włoskiej Santa Caterinie. Teraz też tam jedzie…

Zwycięstwo Polaków to kosmos, prawdziwy majstersztyk!

Po raz dziesiąty w historii polscy skoczkowie weszli na podium konkursu drużynowego o Puchar Świata. Po raz pierwszy jednak wygrali. Piotr Żyła, Kamil Stoch, Dawid Kubacki i Maciej Kot prowadzeni przez Stefana Horngachera napisali piękny rozdział w historii polskich skoków narciarskich. W Klingenthal pokonali rywali o ponad 40 punktów. To kosmos, to majstersztyk i coś niesamowitego! I wreszcie, to sukces, którego bardzo potrzebowała ta dyscyplina.

Zrzut ekranu 2016-11-23 o 18.07.43

Ostatnie dwa lata były bardzo trudne. Efekt był taki, że odszedł wieloletni trener Łukasz Kruczek, który doprowadził Kamila Stocha do dwóch złotych medali olimpijskich w Soczi, mistrzostwa świata i Kryształowej Kuli, a drużynę do dwóch brązowych medali mistrzostw świata. Ostatnio jednak coś się zacięło. Nowy impuls dał Stefan Horngacher, który zastąpił Kruczka. Latem oglądaliśmy Polaków skaczących tak, jak niemal nigdy wcześniej. Wielkie możliwości wreszcie potwierdził Maciej Kot, ustabilizował się Stoch, inni też częściej się uśmiechali.
Tylko to było ledwie lato, przystawka do prawdziwej, zimowej rywalizacji. Na śniegu jednak znowu jest pięknie. Indywidualnie jeszcze Polaka na podium nie było, ale Kot jest bardzo blisko, Stoch znowu trafia w próg i lata bardzo daleko, przebudził się Żyła, solidny jest Kubacki. Ta ekipa pokazała, że potrafi wygrywać. Dokonała tego, czego nie udało się nigdy wcześniej. Adam Małysz, który siedział w czasie konkursu w studiu TVP, mógł się szeroko uśmiechać. Nie wiem, jakie prezenty urodzinowe czekają na niego w domu (w sobotę obchodził 39. urodziny), ale lepszego „podarunku” sportowego nowy pan dyrektor-koordynator nie mógł sobie wymarzyć. Biało-czerwone rakiety odpaliły. Teraz czekamy na niedzielę i pokaz indywidualnych możliwości. Poprzeczka wisi wysoko, bo nie ma co ukrywać – liczymy na podium. A to nie koniec, bo przecież wkrótce Turniej Czterech Skoczni, a przede wszystkim mistrzostwa świata. W Klingenthal pewnie każdy z naszej czwórki życzył sobie po cichu medalu w Finlandii. Najlepiej po powtórce osiągnięcia z Klingenthal.

Łyżwa Justyny jest słaba. I taka musiała być

Dokładnie 53. miejsce i 1:20 straty do najszybszej Jessiki Diggins – to wynik Justyny  Kowalczyk w drugim dniu trzydniówki w Lillehammer, czyli biegu na 5 kilometrów techniką dowolną. Tak słabych wyników na dystansie Justyna nie osiągnęła od wielu lat, ale właściwie tak miało być. Albo inaczej – nie mogło być inaczej. Warto jednak podejść do sobotnich wyników bez ekscytacji. Sama Kowalczyk mówiła, że chcę ten start „przetrwać”. Technikę dowolną Polka odstawiła już jakiś czas temu. Doradzili jej to lekarze ze względu na stan zdrowia.

Zrzut ekranu 2016-11-23 o 17.02.32
W Lillehammer pobiegła, bo musiała, aby w niedzielę wystartować na 10 kilometrów klasykiem (impreza w Lillehammer to mini tour). A klasyk interesuje ją bardzo. „Dycha” tą techniką ma być głównym punktem sezonu, bo taki bieg zostanie rozegrany podczas mistrzostw świata w Lahti. Cel jest jakby jasny – powalczyć o podium. W niedzielę też miejsce poza pięćdziesiątką Justyny nie interesuje. Tydzień temu w Kuusamo była w dziesiątce i teraz też chce o to walczyć. Przynajmniej w tym konkretnym biegu, bo do miejsca w dziesiątce klasyfikacji generalnej imprezy traci blisko minutę. Jak zwykle więc ostatnio pewnie będzie biegła slalomem wyprzedzając kolejne rywalki, ale ten slalom zawsze kosztuje wiele sił.
Tak czy inaczej później na dwa miesiące zniknie z Pucharu Świata. Wybiera starty w Pucharach FIS i spokojne treningi. Wróci na próbę przedolimpijską w PyeongChang (gdzie być może po raz ostatni wystartuje na wyczynowym poziomie łyżwą, bo chcąc poznać pętlę olimpijskiej trasy weźmie udział w biegu łączonym). Później jeszcze ulubione Otepää i wyjazd do Lahti.
Najpierw jednak Lillehammer. W sobotę Justyna poznała norweską „gościnność”, gdy podczas biegu nasłuchała się wyzwisk. „Dziękuję za wszystkie „k..wy” i buczenie na trasie moim norweskim „kibicom”. Dzięki takim jak Wy chce mi się walczyć na wielu frontach” – napisała na Twitterze po biegu. Norwegowie widać postanowili się uczyć języków, na przykład polskiego.
Norweskie biegi dawno nie przeżywały takiego kryzysu wizerunkowego. Do tego w Lillehammer przegrali ich panowie, wśród pań też nie udało się wygrać. Do tego wszyscy mówią o astmie i dopingowej wpadce Therese Johaug. Kowalczyk w ostatnim czasie akurat stosunkowo mało wypowiadała się na ten temat, trzymała się też z dala od twardych sądów, ale widać akurat ją obrali sobie za cel. Oczywiście, nie wszyscy. Nie można generalizować i wrzucać wszystkich do jednego worka, choć widać, że niektórym przegrzewają się styki. Można jednak przypomnieć, że gdy do Polski przyjeżdżała Marit Bjoergen, była witana kwiatami…

Kara dla Johaug była do przewidzenia

Było wszystko: łzy, szloch, lekarz złożony w ofierze i tłumaczenia. Były też absurdalne tłumaczenia, a teraz jest kara. Therese Johaug ma być ukarana 14-miesięczną dyskwalifikacją. Tak zdecydowała Norweska Agencja Antydopingowa, choć trzeba poczekać, bo WADA i FIS mogą się odwołać.

Zrzut ekranu 2016-11-19 o 21.53.45

Trzykrotna medalistka olimpijska miała pozytywny wynik testu z 16 września, w jej organizmie wykryto steryd o nazwie klostebol. Zakaz startów obowiązuje do 18 grudnia 2017 roku. Jeśli kara zostanie utrzymana, Johaug będzie mogła wystąpić w zimowych igrzyskach w koreańskim PyeongChang w 2018 roku. Dobrze czy źle? Nie wiem, wszyscy opieramy się tylko na tym, co wygrzebią dziennikarze, bo Norwegowie, którzy lubią mówić o sobie, jako strażnikach moralności, w tej sprawie mają dość osobliwe standardy.
Trzeba jednak przyznać, że norweskie media wykonały wielką pracę. Nie było świętych krów, nie było oglądania się na opinię publiczną, która w większości stoi za biegaczką. Pracują, szukają i nie odpuszczają. Gdyby nie dziennikarze nie wiedzielibyśmy, że historia o maści na poparzone usta nie trzyma się kupy. Agencja kupiła tłumaczenia Therese, bo na tej podstawie odstąpiła od 2-letniej kary i wydała krótszy wyrok. Owszem, zdarzały się przypadki, gdy wyjaśnienia zawodników słusznie łagodziły karę. Czy tu jest tak samo? Nie wiem. Historia o maści pewnie byłaby do przełknięcia, ale gdy znamy więcej szczegółów… Naprawdę trudno nie mieć wrażenia, że za tym wszystkim stoi coś jeszcze. Ale od początku.
Podczas słynnej, łzawej konferencji Johaug tłumaczyła, że klostebol był w maści na popękane usta, a lek podał jej ówczesny lekarz kadry Fredrik Bendiksen. I faktycznie, maść zawiera w sobie zakazaną substancję. Wielu ekspertów twierdzi jednak, że trudno wchłonąć jej przez skórę warg tyle, aby wykazały to testy. Szybko okazało się, że maść ma na opakowaniu i ulotce wielkie napisy ostrzegające sportowców przed zakazaną substancję. Co więcej, Bendiksen sam pracował w firmie, która produkuje ten lek. Czy mógł aż tak się pomylić? Tym bardziej, że opisywano go jako niezwykle skrupulatnego człowieka. Sama Johaug też wcześniej tłumaczyła, że zawodowy sportowiec musi sprawdzać wszystko, co przyjmuje po kilka razy. Wygląda więc na to, że tym razem wszyscy wokół nagle Therese stracili rozum. Czy tylko ja mam wrażenie, że Bendiksena złożyli w ofierze? Medali nie zdobywa, leczyć może dalej. Wyszedł na głupka, ale ludzie zapomną…
A kara dla Johaug? Od początku pisałem, że będzie na tyle długa, żeby nie było wielkich powodów do czepiania się (traci w końcu mistrzostwa świata w Lahti), ale wystarczająco krótka, aby Therese wystartowała podczas zimowych igrzysk w PeyongChangu, a wcześniej kilka razy sprawdziła się na trasach PŚ. I tak się pewnie stanie, bo myślę, że FIS i WADA nie będą walczyły o dłuższą karę (dla wielbicieli spiskowych teorii: nowym wiceprezydentem WADA została niedawno norweska minister kultury). Chyba że wkurzy ich adwokat Johaug, który twierdzi, że nie ma żadnych podstaw do karania. Wtedy ten kiepski serial jeszcze potrwa…

Weekend niedosytu dla polskiej zimy

Według słownika języka polskiego PWN „niedosyt” to „stan nienasycenia, niezaspokojenia”. I w takim właśnie stanie z Kuusamo wyjechali skoczkowie, Justyna Kowalczyk i polscy dziennikarze oraz garstka fanów, a kibice odchodzili od telewizorów. Tak, tak, wiem, że w Laponii byli nasi kombinatorzy, którzy punktowali, a poza tym… ale to na koniec.
Gdyby ktoś powiedział przed inauguracją sezonu, że odbędą się dwa, dość sprawiedliwe, konkursy, a do tego Maciek Kot wyjedzie z Ruki z miejscem w pierwszej dziesiątce klasyfikacji generalnej PŚ, Piotr Żyła będzie tuż za nią, a solidne skoki odda Piotr Żyła, pewnie większość nie miałaby nic przeciwko. A jednak – Maciek mógł wejść wreszcie na podium, a Piotrek doskoczyć do dziesiątki. Kamil Stoch też mógł być zupełnie gdzie indziej, niż dwa razy w trzeciej dziesiątce. To nie są pobożne życzenia, tylko realna ocena możliwości. Kiedy już w końcu Kamil trafi w próg, poleci bardzo daleko. I w końcu pewnie trafi, choć nawet trener Stefan Horngacher rozkłada ręce, gdy słyszy pytanie o to, kiedy może się to stać. Maciek jest już skoczkiem światowej czołówki. Zostało utrzymać formę i ćwiczyć cierpliwość, bo w przeszłości najczęściej przegrywał ze swoimi ambicjami. Teraz potrzeba mu spokoju, bo wynik przyjdzie. W końcu musi.
Nie mam pojęcia czy „niedosyt” to dobre określenie dla występów Klemensa Murańki i Aleksandra Zniszczoła, bo nasza młodzież, która już najmłodsza nie jest, wróciła bez punktów. Austriacki trener dał im jednak kolejną szansę i jadą do Klingenthal.
„Niedosyt” to też hasło dla Justyny. Szczególnie jeśli chodzi o sobotni sprint. Odpadła w bardzo mocnym ćwierćfinale po własnych błędach, choć to wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej. A tak, rozmawialiśmy sobie po biegu w czasie, gdy mogła walczyć w półfinale. Szkoda… Do niedzielnej dziesiątki klasykiem już takich zastrzeżeń nie ma. Była dziewiąta, widocznie na razie na tyle było ją stać. Wciąż jednak uważam, że to niezły punkt wyjścia dla myśli o podium podczas mistrzostw świata w Lahti.
W Laponii biegali też inni biało-czerwoni, ale może najlepiej będzie na razie o tym zapomnieć i nie komentować. Błysnąć efektownym zdaniem o słabości jest naprawdę łatwo, ale lepiej jeszcze poczekać.
I wreszcie wspomnieni kombinatorzy. Tam prawie wszyscy mogą czuć niedosyt. Nasi zdobywali punkty, co zawsze jest dobrą wiadomością, ale tak generalnie, za każdym razem, gdy oglądam na żywo imprezę, gdzie trwają biegi, skoki i kombinacja, mam wrażenie, że ci ostatnio nie bardzo interesują nawet FIS. Skaczą, gdy akurat nie robią tego skoczkowie, biegają, gdy ktoś im zwolni trasę. W Kuusamo nawet nie bardzo przygotowali im trasę po rywalizacji w klasyku biegaczy. Poupychani w okienka, w sumie niechciani, na marginesie wielkiego zimowego świata. Tak, mogą czuć niedosyt. Ale tak naprawdę to chyba musi być im smutno, po prostu.

Kowalczyk jeszcze wróci na podium

Ćwierćfinał sprintu klasykiem w Kuusamo to nie jest wynik marzeń Justyny Kowalczyk i jej kibiców. Nie jest też odzwierciedleniem aktualnych możliwości Polki. To raczej wpadka, jakich w Kuusamo już się jej kilka przytrafiło.

Zrzut ekranu 2016-11-26 o 14.10.25
Nie ma potrzeby bronić Kowalczyk, nie chodzi też o to, aby szukać usprawiedliwień, bo ona sama przyznała, że popełniła błędy. Ich efekt to możliwość rozmowy z Justyną w czasie, gdy inne dziewczyny wciąż walczyły na trasie. I naprawdę wolałbym pogadać później. Tym bardziej, że Kowalczyk już teraz stać na lepsze wyniki. Nie brakuje jej mocy, a będzie pewnie coraz silniejsza. W kwalifikacjach pokazała, że jest szybka. Mądry bieg, spokojny awans i piąty czas rozbudziły nadzieje. W serii „wyścigowej” było inaczej. Zepsuty start i błędy na dystansie. Sama Justyna powiedziała, że w Kuusamo wygrywa albo kończy jak dzisiaj i coś w tym jest. Widziałem ją tu pierwszą na mecie, ale też pamiętam, gdy się przewracała i była dyskwalifikowana. Szkoda dla Justyny, że biegi w Kuusamo nie odbywają się, gdy sezon kręci się już na dobre, bo wtedy, na tych trasach, byłoby mniej wpadek, a więcej zwycięstw. Kowalczyk jednak na podium wróci. Ona sama mówi, że cel to oczywiście mistrzostwa świata i bieg na 10 kilometrów, ale po drodze będzie miała kilka okazji, żeby pokazać moc. I nie popełnić błędów. Pierwsza z nich już w niedzielę, na 10 kilometrów klasykiem.

Zima w Kuusamo, czyli gdzie Mikołaj lubi zapalić…

Nigdy więcej tu nie przyjadę! – powiedział kilka lat temu, po jednym z konkursów w Kuusamo Kamil Stoch. Jasiek Ziobro śmiał się innym razem: „Kuusamo, to samo!”. Gregor Schlierenzauer opowiadał o sympatii do Laponii, gdy był na szczycie, ale gdy razem z innymi skoczkami stał ze spakowanymi torbami pod hotelem Rantasipi Rukahovi, minę miał nietęgą. Bo zdarzały się weekendy, przed którymi cały świat skoków leciał z kontynentalnej Europy do Helsinek, a stamtąd na daleko Północ, żeby w ciągu kilku dni nie oddać żadnej próby. Bo wiało. Bo w Kuusamo zawsze wieje. Mniej, bardziej, ale zawsze. To dlatego kompleks w Ruce miał wypaść z kalendarza PŚ. Ostatecznie FIS przekonały warte milion euro inwestycje w siatki ochronne i mrożone tory. I choć sam kilka razy wyjeżdżałem z Laponii z poczuciem, że w zasadzie nie było nawet o czym pisać (jestem od relacjonowania zawodów sportowych, a nie pogody), myślę, że Kuusamo w kalendarzu być musi. Zresztą, większość skoczków, gdy już ochłoną, przyznają, że tej Laponii trudno nie lubić i wracają.

Zrzut ekranu 2016-11-24 o 15.17.33
Sam na pewno nie zmienię zdanie z powodu czwartkowych kwalifikacji, jakkolwiek się potoczą, bo w tym czasie będę w samolocie z Helsinek do Oulu, a stamtąd jeszcze chyba ponad 200 kilometrów jazdy do wynajętej drewnianej chatki w Ruce.
Kuusamo to coś więcej, niż tylko zawody sportowe w biegach i skokach narciarskich. To miejsce, gdzie w listopadzie śnieg skrzypi pod nogami, gdzie czuć i widać prawdziwą zimę z ośnieżonymi drzewami, a dzień trwa zaledwie kilka chwil. Miejsce, gdzie miejscowi żyją, jakby trochę oderwani od pędzącego świata, dzikie renifery wchodzą na ulice, czasem do centrum miasta albo zaglądają przez uchylone okna w chatce, w o której wspomniałem, a te oswojone mieszkają z ludźmi, jak u nas na wsiach psy. I wreszcie miejsce, gdzie zawsze przy okazji PŚ można spotkać świętego Mikołaja. To znaczy tego, do którego listy ślą dzieci z całego świata. Mieszka w miejscowości Rovaniemi i podejrzewam, że razem z panią mikołajową, zatrudniają go na etacie, aby jak miś na Krupówkach w Zakopanem pozował do zdjęć. Swoją drogą, tego samego Mikołaja widziałem kilka razy za rogiem budynku, jak popalał papierosa, a później strzepywał popiół z oryginalnej mikołajowej brody.
Kuusamo to też mrozy. Podczas jednego z moich pierwszych wyjazdów do Laponii były nawet takie, które przekraczały -30. A Justyna Kowalczyk i tak trenowała. Gdy schodziła z tras, z brwi zwisały jej długie sople. Nie mam pojęcia, który to mógł być rok, ale pamiętam ten obrazek doskonale. Nigdy też pewnie nie zapomnę posiedzeń z miejscowymi, którzy nie lubią mówić, ale kochają biesiadować, choć to już inna historia. Mówiąc jednak całkiem serio – trudno w Europie znaleźć miejsce, gdzie o tej porze roku jest ładniejsza zima. I pewnie dlatego Kuusamo ciągle jest w kalendarzu.

Marit Bjoergen wróciła i już wygrywa

Słynna Norweżka przewinęła syna, zapięła narty i znowu wygrała. Bjoergen jest gotowa na Puchar Świata.

Opowiadała o przeziębieniu, z powodu którego nie wystartowała w piątkowym sprincie podczas zawodów FIS w Beitostolen, mówiła o tym, jak zmieniło się jej życie, które teraz jest podporządkowane rytmowi życia syna Mariusa, ale w sobotę założyła narty, stanęła na starcie biegu na 10 kilometrów łyżwą i dalej wszystko było jak zwykle – Marit Bjoergen zostawiła koleżanki za plecami i na mecie była najlepsza. Za tydzień stanie na starcie inauguracji Pucharu Świata w Kuusamo i w Finlandii pewnie znowu będzie opowiadała o tym, że chce po prostu próbować wypaść jak najlepiej, że jest autsajderką, bo dawno jej nie było na imprezie tej rangi, a później ruszy i… no właśnie. Dzisiaj wiemy, że znowu jest silna. Czy aż tak, aby znowu wygrywać? Wiele na to wskazuje.

Zrzut ekranu 2016-11-21 o 15.24.09
W sobotę w Beitostolen Bjoergen wystartowała po raz pierwszy od blisko 20 miesięcy. W grudniu 2015 roku urodziła syna. Chciała wrócić jeszcze szybciej, ale proza życia młodej matki plus urazy i przemęczenie sprawiły, że przerwa była dłuższa niż pierwotnie planowała multimedalistka zimowych igrzysk i mistrzostw świata. Kiedy jednak znowu stanęła na starcie, była silna. – Wstałam wcześnie, zmieniłam dziecku pieluchę, nakarmiłam i pobiegłam. Nie to jednak jest dla mnie najważniejsze, ponieważ nie był to dla mnie zwykły start, gdyż w tym roku kilkakrotnie wahałam się, czy nie zakończyć kariery. Powodem nie było urodzenie syna, lecz kontuzje i wiek. Do powrotu do rywalizacji motywował mnie żarliwe mój partner Fred Boerre Lundberg. Teraz już wiem, że to jeszcze nie koniec, tylko początek czegoś nowego – mówiła i opowiadała dalej: – Przerwa była faktycznie tak długa, że do końca nie byłam pewna swojej dyspozycji startowej, ponieważ mogłam ocenić siebie tylko według wyników osiąganych na treningach. To jednak nie jest to samo. Dlatego jestem zadowolona z sobotniego startu, który był ważnym sprawdzianem, przede wszystkim psychiki. To jest dla mnie zupełnie nowa sytuacja. Wstałam wcześnie rano, zmieniłam Mariusowi pieluchę, a później go nakarmiłam. Wcześniej koncentrowałam się na każdym biegu w samotności. Teraz w ogóle nie myślałam, że za chwilę stanę na linii startu. Po prostu pobiegłam tam po zakończeniu obowiązków matki, automatycznie przypięłam narty i pobiegłam. Dopiero na trasie zaczęłam myśleć jak biegaczka.
Norwescy dziennikarze wyliczyli, że od ostatniego występu Marit w Pucharze Świata minęły 622 dni (ostatni raz startowała 15 marca 2015 roku w Oslo, wygrała tam bieg na 30 kilometrów techniką dowolną). Teraz błysnęła formą pokonując drugą Heidi Weng o 11,7 sekundy, a trzecią, zdaniem ekspertów główną kandydatkę do triumfu w klasyfikacji generalnej PŚ (Bjoergen nie będzie startowała we wszystkich zawodach) Ingvild Flustad Oestberg o 28,2 sekundy.
Bjoergen wie też doskonale, że jest potrzebna Norwegom. Szczególnie po dopingowej wpadce Therese Johaug, która ostatnio była gwiazdą numer jeden w Norwegii. Teraz młodsza koleżanka Marit będzie najpewniej trochę odpoczywać jako zdyskwalifikowana biegaczka. Bardzo możliwe, że zabraknie jej podczas mistrzostw świata w Lahti. Rolę tej, która zadowoli rodaków przejmie więc znowu Bjoergen, choć ona sama na razie przekonuje, że owszem, występ w Lahti jest najważniejszy w tym sezonie, ale ucieszy ją choćby jeden medal, obojętnie jakiego koloru. Takie słowa Marit powtarza w zasadzie przed każdą wielką imprezą…

Zanim zacznie się sezon, jest… farsa po norwesku

Zapłakana Therese Johaug, lekarz, który robi z siebie wariata, Norwegowie zdziwieni tym, że świat na przemian się z nich śmieje i wbija szpilki, komisja śledcza, która ma wszystko wyjaśnić. Nie mam pojęcia w jakim celu Norwegowie piszą tę farsę, ale trzeba przyznać, że robią to w ostatnich miesiącach w bardzo „umiejętny” sposób.
Therese Johaug i Heidi Weng
Farsa – odmiana komedii, w której łatwowierni bohaterowie zostają wciągnięci w serię coraz bardziej nieprawdopodobnych, niewygodnych lub kompromitujących wydarzeń. Sytuacje te najczęściej są spowodowane wadami bohaterów, takimi jak np. próżność, sprzedajność lub chciwość. Wysiłki podejmowane w celu wybrnięcia z sytuacji prowadzą do dalszego zapętlenia i jeszcze większej kompromitacji, aż do momentu, w którym w komicznych punktach kulminacyjnych wady zostają odpowiednio upokarzająco i przykładnie ukarane, po czym następuje względnie szczęśliwe zakończenie. Farsy są poświęcone obnażaniu ludzkich słabości – to definicja skopiowana z wikipedii.
Do słów w „względnie szczęśliwym zakończeniu” (a pewnie z ich punktu widzenia tak się skończy) teoria pasuje jak ulał do norweskich biegów na nieco ponad tydzień przed startem Pucharu Świata. W rolach głównych występują: Zapłakana Therese Johaug, lekarz, który robi z siebie wariata, Norwegowie zdziwieni tym, że świat na przemian się z nich śmieje i wbija szpilki, komisja śledcza, która ma wszystko wyjaśnić, a teraz dołączyła Heidi Weng, która stała się „paranoiczką”. Nie mam pojęcia w jakim celu Norwegowie piszą tę sztukę, ale trzeba przyznać, że robią to w ostatnich miesiącach w bardzo „umiejętny” sposób. Najpierw Martin Johan Sundby, który ponoć z lekarzem pomylił się i zamiast jednego wdechu leku na astmę, wziął ich o kilka za dużo. Wiadomo, nie jego wina. Później zdziwionym juniorom, którzy przyznali, że te same leki na astmę dostają, choć są zdrowi, wytłumaczono, że dostają leki „zapobiegawczo”. Brzmi idiotycznie, ale jakoś rozeszło się po kościach.
Wreszcie wpadka Johaug. Już nie astma, ale steryd. Był płacz i szloch, a winnym okazał się lekarz, który podał biednej Therese lek z zabronionym środkiem. To nic, że ta sama Johaug chwilę wcześniej opowiadała w wywiadach, że rozkłada na czynniki pierwsze wszystko co przyjmuje i upewnia się nawet co do pochodzenia torebki do herbaty. Nieważne także, że lekarz pracował w firmie, która maść wyprodukowała, a jej pudełko miało na sobie wielki znak zakazu z napisem „Doping”. Ot, pomyłka, rozumiecie? No właśnie, ja też nie. Teraz do sprawy włączył się prawnik Therese. – Ilość klostebolu (zabronionej substancji, którą wykryto u Johaug) w organizmie Therese była na tyle mała, że nie można mówić w tym wypadku o jakichkolwiek dowodach. Chcielibyśmy również zobaczyć dokumenty, które potwierdzają, że zawodniczka osiągała zdecydowanie lepsze wynik po zażyciu tego zakazanego środka – wspominał Morten Johnsen Justad. Kolejny… wiadomo. Po cholerę komu dokumenty pokazujące, o ile szybciej biega Johaug? Przepisy są jasne. Wciąż jednak stawiam, że najpóźniej przed zimowymi igrzyskami w Korei wróci na trasy. Na razie pewne są dwie sprawy: ta telenowela potrwa jeszcze długo i nie skończy się wydaniem wyroku, a dzięki niej Johaug stała się w swoim kraju jeszcze popularniejsza.
O nebulizatorach w strefie relaksu norweskiej ciężarówki pisać mi się nie chce. W sumie nie są zakazane, tak jak astma. A że i tak wyszło żenująco? Na miejscu Norwegów bym się nie przejmował, bo przy tych wszystkich wpadkach, to w zasadzie drobiazg.
A teraz do sprawy włączyła się sympatyczna skądinąd Heidi Weng. – Po wpadce dopingowej Therese Johaug wyrzucam do kosza do połowy pełne butelki z napojami. Nigdy nie wiesz, kiedy ktoś zechce cię zniszczyć – powiedziała norweskiej gazecie „VG”. Heidi, po co ci to? Weng zawsze kojarzyła mi się z sympatyczniejszą twarzą norweskich biegów. Miła, fajna dziewczyna, która na mecie jest zmęczona i potrafi się cieszyć wyjątkowo naturalnie. Teraz tłumaczy jakieś oczywistości. Bo nie znam poważnego sportowca, który napiłby się z opróżnionej do połowy butelki. To nie paranoja, tylko zawodowy sport. I „zniszczyć”? Norweskich biegów nikt nie niszczy. Sami sobie strzelili najpierw w stopę, a później jeszcze kilka razy pociągnęli za spust. A teraz się dziwią, że rana boli.