Nie leżcie na trawnikach

Z okazji igrzyskowej studniówki na temat naszych szans medalowych w Londynie wypowiedzieli się chyba wszyscy, którzy mają i nie mają nic do powiedzenia na ten temat. Ba! Sam też gadałem, chociaż ja akurat jakimś wielkim optymistą nie jestem. Powtórzmy w wynik z Pekinu, obejrzyjmy naszych na podium dziesięć razy i świętujmy, bo to byłyby powody.

Swoją drogą, nie słyszałem tylko pani minister, ale już więcej się nie czepiam – niech się kobieta zajmie Euro, może tak będzie lepiej, przynajmniej dla spraw igrzyskowych. Tak czy inaczej, po wysłuchaniu wielu mądrych głów, wniosek jest taki – będzie bardzo dobrze i medale przywieziemy w workach osobnym samolotem albo… w ogóle nie usłyszymy „Mazurka Dąbrowskiego”, ogłoszą żałobę narodową, a dziennikarze kolorowych gazet będą pisać o „straconych twarzach” naszych sportowców, którzy przynieśli „wstyd i mogą nie wracać do kraju”. Czyli wszystko jasne, prawda? Trochę jak z opiniami tłumu ekspertów na temat kryzysu, który „jest poważny”, ale „wyjdziemy niego obronną ręką”, chyba że akurat „się nie uda”. Czasem fajnie jest być ekspertem.

Ja się zastanawiam nad czymś innym. Z Pekinu pamiętam wyraźnie choćby płaczących na podium wioślarzy, złoto Leszka Blanika czy srebro Szymka Kołeckiego i Majki Włoszczowskiej. Pamiętam też niestety „aferę trawnikową”. Kto zapomniał – przypominam: jeden z naszych działaczy tak się zmęczył pekińską duchotą i upałem, że zasnął na trawniku. Obciach jak nie wiem, bo historią faceta żył cały kraj. Ucieszyli się pracownicy telewizji informacyjnych, bo mieli co dawać na swoje żółte paski. Ja tam nikomu nie bronię, w Pekinie alkoholu napiło się też wielu innych, sam też uczestniczyłem w kilku sympatycznych posiedzeniach, ale kończyło się mniej „spektakularnie”, bo nikt z napisem „Polska” na plecach w godzinach pracy pod ławką się nie kładł. Tyle na ten temat.

Przypomniała mi się ta historia, bo gdzie jak gdzie, ale w Londynie pięknych trawników mają dostatek. Warto o tym pamiętać, bo mam wrażenie, że na tych igrzyskach ukryć cokolwiek będzie znacznie, znacznie trudniej.

Tak naprawdę to zastanawiam się jakie w ogóle będą te igrzyska. I nie chodzi mi nawet o klimat, bo podejrzewam, że wielu naszych sportowców poczuje się jak u siebie. Rozmawiałem ostatnio o Londynie z Otylią Jędrzejaczak, która ma już za sobą start na olimpijskim basenie. Opowiadała, że w trakcie przedolimpijskiego testu obiekt ciągle nie był gotowy. Różnica między Anglikami i ich budowaniem, a naszymi stadionami jest jednak taka, że wyspiarze nie otwierali swoich obiektów po kilka razy. No i nie zabraniają później uprawiać na nich sportu, co u nas, szczególnie w Warszawie, było całkiem normalne. Żeby było jednak jasne – tam, „na Zachodzie” często nie wszystko jest super. W takim Vancouver, a właściwie w Whistler, gdzie spędziłem całe zimowe igrzyska, pasy na drogach malowali, kiedy pierwsi sportowcy wchodzili na areny, a miejsce gdzie później Justyna Kowalczyk i Adam Małysz odbierali medale, zbijali z desek w tym samym czasie, w którym na telebimach leciała ceremonia otwarcia. I jakoś się udało.

Takich scen nie było za to w Pekinie, ale akurat dla nich pojęcie „koszty” chyba nie istnieje. Podczas ceremonii otwarcia pisałem tekst do „Przeglądu Sportowego” z mieszkania, które było kilkanaście metrów od Orlego Gniazda. Słuchałem wszystkiego na żywo przez otwarte okno i patrzyłem na obrazki w telewizorze. Pod koniec uroczystości na ekranie pokazano panoramę miasta i bajecznie wyglądające fajerwerki wybuchające wzdłuż głównych ulic. W „realu” pokazały się dopiero nad stadionem. Ot, taka sztuczka made in China.

P.S. Kilka dni temu pisałem, że umiem sobie wyobrazić brak naszych bokserów w Londynie. I proszę, prawdziwy świat już dogonił wyobraźnię. Szkoda…

Walka o honor

Zdobyli 43 medale, w tym osiem złotych i dziewięć srebrnych. Ostatni jednak w… Barcelonie, dwadzieścia lat temu! Mimo to, tylko lekkoatleci stawali na podium igrzysk olimpijskich więcej razy niż bokserzy. I po igrzyskach w Londynie dystans na pewno się nie zmniejszy, tego można być pewnym już teraz.

Mam nadzieję, że się mylę, ale potrafię sobie wyobrazić, że w zawodach w Trabzonie, na które w piątek wylecieli nasi kadrowicze, żaden z siedmiu Polaków nie wywalczy przepustki do stolicy Wielkiej Brytanii. Tych jest tylko 26, chętnych dużo, dużo więcej. Gdyby sprawdził się czarny scenariusz… sytuację najlepiej opisywałoby jedno słowo „wstyd”.

W Pekinie było dwóch naszych, w Atenach o jednego więcej. Sydney to pięciu biało-czerwonych na starcie, Atlanta – czterech i dwa razy więcej w Barcelonie, gdzie na podium wszedł Wojciech Bartnik. Wyraźnie widać, że nasz boks raczej się nie rozwija. W Turcji chłopaki powalczą o honor.

Boks amatorski umiera, nie tylko w Polsce, choć u nas to wyjątkowo widoczne. Kto miał „przyjemność” oglądać ostatni turniej Stamma, ten wie, o co mi chodzi. A teraz ciekawy cytat, który ostatnio znalazłem: „Amatorski boks moim zdaniem nie nadaje się do oglądania. Z kaskami na głowach to żadne widowisko. (…) Moim zdaniem można w kasku trenować”.

– Wchodząc do ringu trzeba pokazać, co się potrafi, ale trzeba też pokazać twarz, wyjść z twarzą. A jak to zrobić w kasku? – mówił w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego” przed poprzednimi igrzyskami Andrzej Gołota. O wychodzeniu z twarzą (ale i bez) wie sporo, o boksie amatorskim też, bo w końcu zdobył brąz w Seulu. Zdarza mi się często „szczypać” Andrzeja w swoich tekstach, ale tutaj wyjątkowo się z nim zgadzam, choć oczywiście problemem nie są tylko kaski.

Dzisiaj naprawdę trudno podniecać się boksem w formule olimpijskiej. Mała widowiskowość, nieprzejrzyste zasady i sędziowie, którzy punktują uderzając w te swoje „magiczne” maszynki… Pamiętam jakieś zawody w naszym kraju. Trwa walka, ja patrzę na jednego ze „sprawiedliwych”, a ten majstruje coś w telefonie komórkowym. No ludzie, jaki to ma sens?

Oczywiście, boks w wersji olimpijskiej to wielka tradycja i tak dalej, tylko co z tego? Z całym ogromnym szacunkiem do sportowych osiągnięć Jerzego Kuleja (jeszcze szybszego powrotu do zdrowia, panie Jerzy!), ale nie ma sensu wspominać bez przerwy czasów papy Stamma. O tym, że „lewy prosty to polska szkoła boksu” nie chce mi się już słuchać. Kiedyś w naszej telewizji oglądałem walkę Lennoksa Lewisa i też słyszałem, że Brytyjczyk wywodzi się z tej szkoły. Zdaniem „tradycjonalistów” pewnie i Manny Pacquiao nie byłby tym, kim jest, gdyby nie „polska szkoła”.

Poza tym, dzisiaj nasi działacze najczęściej marudzą, że najzdolniejsi uciekają na zawodowstwo. Kogoś oprócz nich to dziwi? Argumentem jest oczywiście to, że bez amatorów nie ma dobrych zawodowców. Dobrze, ale to niewiele zmienia. Ceniony ekspert bokserski Janusz Pindera mówił ostatnio, że w naszym boksie amatorskim potrzebna jest rewolucja. I tak był delikatny… Były wybitny bokser tłumaczył mi jakiś czas temu, zaraz po zmianie władzy, że teraz najważniejsze jest zawiązanie organizacji, która będzie pomagała dawnym czempionom, bo „tak jak teraz nie może być!”. Super, ale o młodzieży nie wspominał.

Ta młodzież też zresztą bywa ciekawa. Słyszałem historię boksera, który przed ćwierćfinałową walką wielkiej imprezy zmieniał datę ślubu, bo przecież po wygranej ma zagwarantowaną premię, więc będzie na imprezę. Żeby być jeszcze lepszym przed walką życia poszedł skorzystać z pewnego urządzenia. Nasz pięściarz uznał, że dawka, którą zaordynował mu lekarz, czyli półtorej minuty jest dobra, ale dla mięczaków, bo on wytrzyma więcej. Efekt? Podczas walki prawie nie mógł podnieść rąk do góry, dostał lanie i wrócił do domu szukać pieniędzy na przyspieszone wesele.

Inny przed swoim starciem studiował uważnie rywala na kasetach. – Wiem o nim wszystko – mówił mi dzień przed walką. Po niej tłumaczył, że chyba pomylili kasety. A w Atenach osiem lat temu w całej hali tylko Andrzej Rżany z trenerem myśleli, że wygrywają i nasz bokser bronił przewagi. Oczywiście żadnej przewagi nie było. Medalu też nie.

Takich historii z naszego podwórka można przytaczać jeszcze mnóstwo, ale co to da? Już chyba lepiej jednak ściskać kciuki za naszych w Turcji. Byłoby naprawdę głupio, gdyby wśród 250 bokserów w Londynie nie było żadnego Polaka.

A gdyby tak Radwańska została chorążym?

Trwają igrzyska olimpijskie w Pekinie, jest 2008 rok. Wioska olimpijska, jestem przed blokiem polskiej ekipy. Duszno, parno i gorąco, siedzę sobie na ławeczce czekając na jednego z naszych sportowców. I nagle słyszę: – Kur.., znowu te autografy?!

Nie podsłuchuję, ale że gadają głośno, więc zaintrygowany przyglądam się autorce tego zdania. Wielka, szczupła… na bank siatkarka – myślę sobie i spoglądam na drugą dziewczynę w biało-czerwonym dresie. Już wiem, na pewno siatkarki. Obie znudzone patrzą w stronę Agnieszki Radwańskiej biegającej z polską flagą i flamastrem, zbierającą podpisy od olimpijczyków. „Isia” chyba tego nie słyszała, co akurat jest w bez znaczenia. Tak jak i to, że podobnie jak siatkarki wracały z Chin z niczym. No, przesadzam, te drugie nakupiły ponoć sporo badziewnej i taniej elektroniki.

Przypomniał mi się ten 2008 rok, bo teraz wszystkim wszystko na temat Radwańskich się przypomina. Taka moda, mamy wielką gwiazdę. Gwiazdę, którą rozpoznają na świecie i która coś wygrała. Wcześniej podobno do globalnej świadomości przebijał się Andrzej Gołota, ale temu akurat wygrywanie w ważnych momentach za bardzo nie wychodziło i nawet jeśli jesienią pokona Riddicka Bowe w kisielu to niewiele to zmieni. Kto jeszcze? Marcin Gortat? W porządku, choć chyba nikt nie będzie próbować przekonywać, że to gracz pierwszego szeregu NBA. Robert Kubica jak najbardziej, ale ten akurat ostatnio jest na rencie. Do tego może trochę Wojciech Szczęsny, nieco mniej Robert Lewandowski. To by było chyba na tyle w „globalnych sportach”. Biegi Justyny Kowalczyk są potęgą, ale z oczywistych względów nie na całym świecie. Skoki narciarskie tym bardziej. Kiedyś Adama Małysza, który spędzał urlop z rodziną w pewnym tropikalnym kraju, zaprosili do miejscowej telewizji, bo ktoś im powiedział, że to słynny gość, ale kiedy powiedział, że jego rekord na nartach to ponad dwieście metrów – nie uwierzył mu prowadzący, bo przecież „nikt na nartach wodnych tak daleko nie lata”. A śnieg? Kiedyś widzieli w telewizji, ale za bardzo nie kojarzą. O siatkarzach nie za bardzo jest sens w kontekście „rozpoznawalności na całym świecie” pisać. Nawet jeśli cała armia gimnazjalistek się ze mną nie zgadza.

Radwańskiej kompletnie nie znam (jednej ani drugiej), jakoś się nie złożyło. Wiem za to, że wciąż nie wiadomo kto będzie chorążym polskiej ekipy podczas ceremonii otwarcia igrzysk olimpijskich w Londynie. A może by tak właśnie Agnieszka? Oczywiście nie mam pojęcia co ona sama o tym myśli, bo chyba nikt jej nie pytał, nie wiem co sądzi PKOl, ale w sumie dlaczego nie? Zanim ktoś napisze komentarz, że zwariowałem, bo w końcu co ta Radwańska osiągnęła i że chorąży to wielki zaszczyt, proszę doczytać do końca. Nie chcę w ten sposób uczestniczyć w „modzie na Isię”. Wręcz przeciwnie. Poza tym – kto byłby dobrym kandydatem? Ktoś z mistrzów olimpijskich? No to jedziemy: Otylia Jędrzejczak – odpada, startuje pierwszego dnia igrzysk (jeśli na nie pojedzie). Tomasz Majewski – poważnie wierzy w „klątwę chorążego”, a poza tym, przyjeżdża do Anglii trochę później. Adam Korol, Marek Kolbowicz i ich koledzy z wioślarskiej czwórki? – patrz Otylia. Z tych naprawdę utytułowanych zostaje Mateusz Kusznierewicz, ale i on pytany na tę okoliczność nie wyraził wielkiego zachwytu. No to kto? O kim komentator sportowy otwarcia w USA, Burkina Faso czy Japonii może powiedzieć kilka sensownych zdań nie czytając ich jak leci z króciutkiego wpisu w anglojęzycznej Wikipedii?