Hałas nad trumną

Kilka dni temu pisałem o ministrach sportu, którzy po kolei startują w konkursie pod tytułem: „co tu zrobić, żeby się skompromitować bardziej od poprzednika?”. Dzisiaj o działaczach sportowych, bo ci też bardzo lubią te zawody. Moi faworyci rezydują w Pruszkowie na pięknej, ale beznadziejnie drogiej i jeszcze bardziej beznadziejnie niefunkcjonalnej BGŻ Arenie, czyli kolarskim torze.

Poprzedni prezes, Wojciech Walkiewicz, zadzwonił kiedyś do mnie po siódmej rano. Właściwie to najpierw rozmawiałem z jakąś uprzejmą panią, która poinformowała, że „będzie łączenie”. No i później pan Wojciech zaczął tyradę, której przekaz w skrócie był taki, że zakazuje mi rozmów z kolarzami, a jeśli nawet złamię ten zakaz, to mam przed opublikowaniem konsultować treść z nim. Grzecznie podziękowałem za zainteresowanie moją twórczością na łamach „Przeglądu Sportowego”. Uznałem, że chyba się nie wyspał. Ale kiedy kilka miesięcy później ludzie z środowiska mi opowiadali, że ten sam pan Wojciech zafundował sobie ekstra tablicę z napisem w stylu „imienia Wojciecha Walkiewicza” i chciał, żeby ktoś ją umieścił na budynku toru z należnymi honorami, pomyślałem, że to jednak dość osobliwy przypadek.

Teraz mamy Wacława Skarula. Ktoś, już nie pamiętam kto, powiedział mi, że pan Wacław robi ostatnio wszystko, żeby się skompromitować, wyjść na „prezesa bez swojego zdania”. Od razu wyprostowałem mojego rozmówce, bo jak tak można nazywać człowieka? Nie mogłem tego słuchać, bo ja bym się nie ośmielił, panie prezesie. Nigdy!

Chociaż faktycznie, mnie też ostatnio pan prezes zadziwia wyjątkowo. Kilka dni temu okazało się, że kwalifikacjami do kadry kolarek górskich mają być jednak mistrzostwa Polski, gdzie Paula Gorycka będzie walczyła z Olą Dawidowicz. I, jeśli chce jechać na igrzyska, ma być lepsza od Oli o „różnicę klasy”. Są świadkowie, którzy byli przy tym jak pan prezes o tym mówił, a później zgodził się, że ta „klasa” to co najmniej minuta. Dlaczego nie 59, 15 sekund albo o 3 minuty? Nie wiem, ale nieprzeniknione są myśli wielkich strategów. Nie wiem też, dlaczego wtedy nie dopuszczono do walki Ani Szafraniec, Magdy Sadłeckiej czy innych polskich zawodniczek. Bo gdyby tak Ania okazała się szybsza od Oli i Pauli o półtorej minuty? A tak w ogóle – komu szkodziło zrobić normalne kwalifikacje, jak choćby trwające właśnie amerykańskich pływaków (im też do igrzysk został miesiąc). Nieważne, że nazywasz się Michael Phelps czy John Smith. Jesteś dobry, jedziesz na igrzyska. Nie jesteś – oglądaj zawody w telewizji. Ale wiadomo, Amerykanie się nie znają. Można też było ustalić jakieś inne, ale normalne zasady dawno temu, ale tak, żeby dotyczyły tego co przed, a nie za nami. No, ale po co?

A pan prezes i tak zmienił zdanie. To znaczy znalazłem jego cytat, że w ogóle nie mówił o kolejnych kwalifikacjach (swoją drogą, kwalifikacje po kwalifikacjach to też niezbyt mądry pomysł), więc chyba się jednak tylko czepiam. Innego zdania jest członek zarządu, który, też cytowany przez różne media, twierdzi, że ustalenia jednak zapadły. Trochę jak w czeskim filmie…

Żeby było ciekawiej, tragikomedię mamy w sumie większości kolarskich konkurencji na igrzyskach (ponoć na torze kwalifikacje przebiegły normalnie, ale szczegółów nie znam). Na szosie kobiet jedyną kwalifikację dla Polski wywalczyła Sylwia Kapusta. Za swoje i grupowe pieniądze, bo bankrut zwany PZKol. nie dołożył do tego ani złotówki. No i w nagrodę o tym, że działacze wyślą do Wielkiej Brytanii kogo innego, Sylwia dowiedziała się od… spikera zawodów o mistrzostwo Polski. Nie ma co, działanie z klasą to w PZKol codzienność. A Kapusta mówi, że będzie dochodziła swoich praw przed „niezależnymi instytucjami”. Sylwia, trzymam kciuki! Nie chodzi mi nawet o to, że Kapusta jest lepszą kandydatką od Kasi Pawłowskiej, bo tego nie wiem. Chodzi mi tylko o zachowanie jakichkolwiek standardów.

A Sylwia pewnie ewentualną sprawę wygra, bo jako jedyna spełniła kryteria (określone zresztą przez PZKol). Związek broni się punktem, według którego powołanie następuje na wniosek trenera kadry. Sęk w tym, że takiego kogoś w Polsce nie ma.

I wreszcie panowie kolarze. Sylwester Szmyd od dawna zapowiadał, że chciałby jechać na igrzyska. Nie dziwię się, też chciałem. W trakcie Giro d’Italia rozmawiałem o powołaniach z selekcjonerem kadry Piotrem Wadeckim, który mówił, że Sylwek jest w świetnej formie, że bacznie mu się przygląda. Koniec końców Szmydowi nie dali nawet do wypełnienia wstępnej deklaracji, bez której trudno o powołanie. Rozumiem, że trasa nie dla niego, rozumiem wszystko inne, łącznie z wizją szkoleniową kogoś tam i prawdę mówiąc to skład kadry mi się podoba, ale po co te kity?

– Granda, mówiłem ci – wściekał się ten mój znajomy z początku tekstu, ale nie mogłem mu na to pozwolić. Chłopie, jeszcze wezmą cię do sądu – tłumaczyłem. – Przecież nie można obrażać tak zacnej instytucji. Co prawda z kilkunastoma milionami długu, skompromitowanymi ludźmi w swoich strukturach, ale to przecież szczegóły.

W ministerstwie sportu uznali ponoć, że nie ma sensu ratować PZKol, bo pacjent jest już na oddziale paliatywnym i o żadnej rehabilitacji nie ma mowy, więc niech umiera. A że bez cienia jakiejkolwiek klasy? Trudno…

P.S. Pewnie znajdą się tacy, którzy zarzucą mi dobrą znajomość z trenerem Pauli Goryckiej, Andrzejem Piątkiem i Sylwkiem Szmydem. Macie rację, obu bardzo lubię, ale to bez znaczenia. Lubię też Maję Włoszczowską, Anię Szafraniec, Olę Dawidowicz, Maćka Bodnara i wielu innych ludzi, którzy związali swoje życie z kolarstwem. Nie znam za to kompletnie Sylwii Kapusty, co też znaczenia nie ma chyba żadnego.

 

Ministrowie i działacze, czyli ludzie honoru

Pan prezes Lato zadeklarował jakiś czas temu, że poda się do dymisji, jeśli nie wyjdziemy z grupy i ja pana prezesa trzymam w tej chwili za słowo – ogłosiła minister (ministra?) Joanna Mucha. Nie chcę bronić pana Laty, bo nie ma ku temu żadnego powodu, a poza tym – skoro deklarował to niech dotrzymuje słowa, ale ludzie! Pani minister, przecież razem z kolegami z własnej i wszystkich pozostałych partii powinniście zrobić to samo. I to już dawno. Proszę przejrzeć wyborcze ulotki, proszę odtworzyć nagrania z kampanii. Skoro uczy pani honoru Latę, to może warto dać przykład.

Ja wiem, że ostatnio nic nam minister nie obiecuje, ale skoro zdaniem panującej nam pani Muchy za słabszy występ naszych piłkarzy podczas Euro 2012 bardziej odpowiada Lato niż selekcjoner Franciszek Smuda, to rozumiem, że w przypadku, gdyby nasi olimpijczycy spisali się w Londynie gorzej niż w Pekinie czy Atenach, też da sobie spokój ze swoją funkcją? Ba! Nawet jeśli będzie odrobinę lepiej, bo przecież na Euro zremisowaliśmy dwa razy i walczyliśmy o awans do końca, a na poprzednich wielkich imprezach trzeci mecz było już tylko „o honor”? Dobrze kombinuję, pani minister?

Swoją drogą, to smutne jacy ludzie odpowiadają w naszym kraju za sport. Na czele ministerstwa stał już gość, którego zamordowali w jakichś gangsterskich porachunkach, inny siedzi w więzieniu, a kiedy był na swoim stanowisku rządziła nim rzeczniczka. Mieliśmy też panią sekretarkę i faceta, który bał się swojego cienia. Plus gość, który podobno ma ksywę „Biały nos”, a kiedy już przestał być ministrem to mówił coś o „dzikim kraju”. Czasem mam wrażenie, jakby kolejni premierzy kompletując rząd dawali tę funkcję komuś kto pochwalił się na jakieś imprezie, że na balkonie ma rower, a kiedyś był na spacerze, więc na sporcie i turystyce zna się doskonale. Znaczy, nadaje się jak najbardziej! A czasem może jest inaczej – ktoś zakłada się z przyszłym premierem o coś głupiego, wygrywa, a nagrodą jest jakieś „niepoważne ministerstwo”, czyli na przykład sport. Tak, jakby chodziło o to, żeby komuś nie było przykro, że szefowie partii go nie doceniają. Masz chłopie, przecież każdy zrobił w życiu fikołka to i ty dasz radę!

I kiedy teraz kolejni politycy mówią o Euro, o tym jak powinniśmy grać albo co zrobić, żeby było lepiej… dla mnie to żenujący spektakl. Spektakl grany ze wszystkich stron politycznej sceny. Prezes Jarosław Kaczyński i jego drużyna też mnie rozczulili. Proponują pakiet reform „uzdrawiających”. Dopiero teraz, bo przecież kiedy oni rządzili, z PZPN nic nie dało się zrobić albo była to świetnie zarządzana organizacja, więc nie było sensu wymyślać cudownych recept. Przecież to jasne…

Panowie i panie politycy, skoro chcecie uzdrawiać posiłki sport to zróbcie coś sensownego. Zróbcie, zanim zaczniecie gadać. Bo co z tego, że w temacie pod tytułem PZPN macie rację, mówiąc że potrzeba zmian? Niczego nie ruszycie, dopóki pan Władek z jakiejś Wólki, który za trzy piłki albo bilecik na dobry mecz swój głos odda temu, kto mu taki fant da.  Zrobi to nawet jeśli Latę czy kogokolwiek innego będzie uważał za ignoranta.  Tak działa ten system i nic mu nie zrobicie. Możecie tylko wygłupiać się w telewizorze.