Igrzyska w Polsce? Wolne żarty…

Myślimy o igrzyskach zimowych i sądzę, że na taką imprezę nas stać, z Krakowem jako centrum. Wiadomo, że Kraków to hasło, bo jeśli mówimy o sportach alpejskich to brakuje nam warunków, więc musielibyśmy robić to ze stroną słowacką. Tym niemniej, tak jak mówię, rozmowy już zaczęliśmy prowadzić – mówił mi kilka dni temu prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Andrzej Kraśnicki, dodając, że chodzi o rok 2026. Zresztą, pewnie to dla was żadna nowość, bo informację podchwyciły zaraz największe portale.

 

Wszystko pięknie, ale ja i tak myślę, że to science-fiction. Członkowie MKOl, czyli ci, którzy dokonują wyboru, to nie fundacja spełniające marzenia. Wręcz przeciwnie.

Zresztą, z czym do ludzi? Znowu wyjdę na człowieka małej wiary, ale jakoś trudno mi wyobrazić sobie zimowe igrzyska w Polsce. O letnich nawet nie ma sensu rozmawiać. Ktoś może powiedzieć, że przecież z Euro daliśmy radę, ale ta impreza przy igrzyskach to naprawdę drobnostka. To jakby porównywać organizację wyprawy awionetką nad miastem do lotu transatlantyckiego. Poważnie…

Swoją drogą, nasze Zakopane już ileś tam razy starało się o organizację mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym. Za każdym dostaje kosza i, co ciekawe, często wielu jest tym zdziwionych. „U nas tak uroczo, mamy niepowtarzalną atmosferę” i tak dalej, i tym podobne… Pamiętam jak ubiegłej zimy pojechałem do Lahti na Puchar Świata w biegach i skokach narciarskich, jakoś niedługo po naszym pucharze w Jakuszycach. Ktoś później mnie spytał jak wypada porównanie. Nie miałem pojęcia, co sensownego odpowiedzieć, ale naprawdę nie ma czego porównywać. Bentleya i motorynkę? Jakuszyce miały swój klimat, tłum ludzi, rodzinną atmosferę, ale czy się komuś podoba czy wręcz przeciwnie – nie to jest dzisiaj w cenie w wielkim sporcie. W każdym razie nie na pierwszych miejscach listy priorytetów. A przecież i w Jakuszycach przebąkiwali coś o planach organizacji światowego czempionatu z czeskim Harrachovem. To nic, że nie ma stadionu, jest „atmosfera”. Rzucamy więc wszystkie siły na Zakopane. Tylko, że tam króciutką trasę rolkową budowali przez kilka lat. W porządku, jest za to skocznia, naprawdę dobra. Tylko że mistrzostwa to nie same skoki. Trzeba więc byłoby wyciąć trochę drzew i zaraz do boju ruszą obrońcy świstaka, ślimaków czy czegokolwiek co tam akurat może przechodzić.

Dojechać też tam nie ma jak. To znaczy droga jest. Górale co rok w telewizorze marudzą, że turystów coraz mniej. I dobrze, może da wam to do myślenia. Na myśl o wyjeździe do Zakopanego wszystko mnie boli. Oscypki są pyszne, ale można je kupić wszędzie. Do takiej Wisły jedzie się dwupasmową drogą z przyjemnością, a zakopianka to koszmar. I zdaje się, że nie można nic z nią zrobić, nawet gdyby były pieniądze. Górale wiedzą swoje…

Swoją drogą, w walce o zimowe mistrzostwa świata najczęściej konkurujemy, na przykład z Lahti, Oberstdorfem, Oslo czy Val di Fiemme. Byłem w tych miejscach, rozumiem dlaczego przegrywamy. I dlaczego raczej będziemy dalej przegrywać. Co prawda szwedzkie Falun, gdzie mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym odbędą się w 2015 roku jest wyjątkowo brzydkie i niczego tam nie mają, ale to tylko wyjątek. Może więc jednak Zakopane nie stoi na straconej pozycji?

Zmierzam do tego, że szczerze zazdroszczę optymizmu tym wszystkim, którzy umieją tak naprawdę wierzyć w to, że i w Polsce mogłyby się odbyć igrzyska. I od razu bardzo się martwię, gdybyśmy kiedyś otrzymali prawo do ich organizacji. Inwestycje związane z Euro to byłaby przy tym naprawdę bułka z masłem.

 

Paraolimpijska moda

Natalka Partyka, Ania Harkowska i cała reszta naszych paraolimpijczyków przebojem podbijają serca Polaków. Wiadomo, nie wszystkich, ale o JKM pisać mi się nie chce.

Skoro pisał coś o debilach… dla mnie też gościa można tak podsumować. To tyle, w końcu chodziło mu o rozgłos, jak zwykle. Zresztą, udało się, bo pan Lis zaprosił go do swojego programu, więc mógł sobie pobredzić w telewizorze.

Nie bardzo chce mi się też o tym, że „mamy skandal, bo TVP nie pokazywała”. Skandalem jest dla mnie zapraszanie wyżej wymienionego typa do studia w dobrym czasie antenowym.

A co od samych igrzysk… Oczywiście, ja też bym chętnie zobaczył walkę Polaków w Londynie. Też uważam, że co jak co, ale ta impreza idealnie wpisuje się w słynną „misję”. I też jestem pełen podziwu dla naszych, bo większość z nich to naprawdę wyjątkowi ludzie.

Chodzi mi o to, że nienawidzę hipokryzji. Dzisiaj wszyscy idą ramię w ramię z naszymi paraolimpijczykami. Wspierają, rozumieją, współczują i krzyczą w trosce o równe traktowanie. Gdyby nie było tam medali to pewnie nikt nawet by się nie zająknął. Zresztą, jakoś nie kojarzy mi się, żebym czytał o tym „skandalu” przed rozpoczęciem londyńskich paraigrzysk, czy żeby protestował na forach tłum kibiców. Czyli jak? Była cisza, bo mieliśmy inne tematy, a że teraz wiele się nie dzieje, to jedziemy? Wtedy też było wiadomo, że TVP tego nie pokaże, naprawdę. Zresztą, kto zabronił innym stacjom wysłać do Londynu wielkie ekipy i dawać dwie godziny dziennie kronik, wywiadów, ciekawych reportaży w najlepszym czasie antenowym?

Niepełnosprawni sportowcy w telewizji kojarzą mi się głównie ze „śniadaniówkami”. Ktoś tam w rogu gotuje jakąś super potrawę, przed chwilą rozmawialiśmy o sposobach na piękne tipsy, zaraz będzie o nowej miłości „wielkiej gwiazdy naszej wspaniałej telenoweli”, a w międzyczasie chwila na poważnie, czyli minuta materiału reporterskiego o dramacie z happy endem, później dwie i pół z niepełnosprawnym sportowcem w studio. Na poważnie, wiadomo. Pochylamy się nad problemem, analizujemy, współczujemy, ale i bardzo podziwiamy. I koniec. „Dziękuję, do widzenia, trzymamy kciuki”.

Jakoś nie sądzę, że Londyn wiele zmieni. Zaraz po „normalnych” igrzyskach, ale jeszcze z Londynu, pisałem w „Przeglądzie Sportowym”, że teraz przed nami ze dwa tygodnie podsumowań, analiz, krytyki, obietnic, a później i tak wszyscy zapomną, bo znajdzie się inny temat. Szkoda, że miałem rację. Nie sądziłem tylko, że nowym „tematem” będą akurat paraolimpijczycy.

Oczywiście nie narzekam, bo lepiej mówić o sukcesach niż znowu być zmuszonym do życia jakąś debilną aferą z politykiem tej czy tamtej partii. Fajnie było właściwie każdego dnia słyszeć o kolejnych polskich medalach. Mówimy przecież o sportowcach z krwi i kości, o ludziach, których życie często jest walką każdego dnia. Walką o wejście do urzędu czy nawet własnego mieszkania. A jednak mają jeszcze siłę i ochotę, żeby trenować, wchodzić na światowym poziom, bić własne rekordy, a często i rekordy świata. Brawo i dzięki, panowie i panie paraolimpijczycy!

Lance Armstrong, czyli pasztet całkiem niestrawny

Miałem nie pisać o sprawie Lance’a Armstronga, bo to co dzieje się teraz jest jakimś kosmicznym absurdem. Dla mnie gość zawsze będzie siedmiokrotnym zwycięzcą Tour de France. Nie dlatego, że wierzę tak bardzo w jego czystość.

Ścigał się w „dzikich czasach” jak mawia wielu kolarzy, więc pewnie własną krew widział nie tylko podczas nakłucia w paluszek podczas wizyty u szkolnej pielęgniarki. O różnych „sztuczkach” też pewnie czytał tylko w gazetach. Nie jestem naiwny, nie łykam jak pelikan tej całej legendy Armstronga. Skoro jednak nikt go nie złapał, albo nie chciał złapać (niepotrzebne skreślić) i nie zdyskwalifikował przez całą karierę, to dlaczego chce zrobić to nagle teraz? Jak najważniejsi ludzie z organizacji odpowiedzialnych za ściganie dopingowiczów mogą teraz występować w mediach i cieszyć się, że „Armstronga wreszcie dosięgnęła sprawiedliwość”? Czytam, że amerykańska agencja antydopingowa ma pozytywne wyniki „Bossa”, które ponoć pochodzą z pierwszych lat kariery kolarza. Super, panowie, naprawdę super. Brzmi to trochę tak, jakbyście wykopali w Egipcie jakąś ekstra mumię albo odnaleźli dowód na istnienie Atlantydy. Bo gdzie były te próbki przez te wszystkie lata? Ktoś to trzymał w szafie jak Monika Lewinsky sukienkę ze spermą Billa Clintona (a i ta zdaje się tak długo nie czekała)? Po co?

Jeśli to prawda, jeśli faktycznie istnieją oficjalnie pobrane od Armstronga próbki, które potwierdzają doping, to zdyskwalifikować trzeba nie Lance’a (albo nie tylko jego), ale przede wszystkim tych, którzy je pobierali. Przecież to całkowita kompromitacja całego systemu. Jeśli WADA czy krajowe oddziały agencji dopingowej przez tyle lat nie potrafiły udowodnić dopingu to są po prostu nieudaczne i nie warto łożyć na nie nawet centa. Bo jak mamy to wszystko rozumieć?

Ja widzę kilka opcji. Ile razy kontrolowano Armstronga w ciągu całej kariery? Znalazłem gdzieś informacje, że zaledwie niewiele ponad 200. Są też tacy, którzy twierdzą, że tysiące. Bez znaczenia. Jeśli tak mało – pytam: dlaczego? Jeśli tak dużo – pytam: dlaczego jesteście tak beznadziejni? Nie chce mi się wierzyć, że jeden gość (nawet wsparty swoim zespołem i wielkimi pieniędzmi) wyrolował cały świat. A jeśli tak – panowie i panie, którzy próbowaliście go złapać przez tych kilkanaście lat – znajdźcie sobie inne zajęcie. Przecież to jakaś żenada.

Teraz czytam wypowiedzi jakiegoś typa z Francji, czyli kraju gdzie przez całe lata zastępy ludzi buszowały w śmietnikach do których zasmarkane chusteczki wrzucał Armstrong, że nie mogli go złapać, bo zawsze miał wcześniej informacje o kontroli. Więc znów pytam: skąd miał taką informację?! Francuzi chcą od Lance’a zwrotu pieniędzy z nagród. A może niech zapłacą też agencje dopingowe?

Nie wiem dlaczego, ale zawsze mam wrażenie, że tym ostatnim nie zawsze zależy na złapaniu wszystkich, że wolą być tuż za plecami tych nieuczciwych niż ich wszystkich wyprzedzać. Bo zawsze lepiej gonić króliczka. Tego z Ameryki, który zdążył zbudować swoją legendę wykraczającą swym zasięgiem daleko poza sport, ścigali kilkanaście lat. I niby złapali, kiedy już od długiego czasu nie był aktywny. Nic dziwnego, że wyszedł z tego pasztet. Absolutnie niestrawny…