Szymon, dzięki!

Dwa srebrne medale igrzysk olimpijskich, tyle samo mistrzostw świata (plus dwa brązy), pięć tytułów mistrza Europy (i srebro), rekord świata, który przetrwał dwanaście lat. Czy o sportowcu z takimi osiągnięciami można powiedzieć, że stać go było na znacznie więcej? Można. O Szymonie Kołeckim, który właśnie zakończył karierę. Przynajmniej oficjalnie, bo na pomoście nie było go od igrzysk w Pekinie. Od tamtej pory walczył, ale na stołach operacyjnych. Osiem razy skalpel rozcinał mu to samo kolano! Nie udało się wszystkiego naprawić, szkoda. Przyznam szczerze, że nie wierzyłem w ten powrót już od dawna. Sam Szymek starał się robić dobrą minę do złej gry.

Kwiecień tego roku, siedzimy w sali kliniki Carolina Medical Center. Tzn ja siedzę, Szymek leży. Na kolanie coś jakby metalowe rusztowanie. Widziałem sporo kontuzjowanych sportowców, ale takiej konstrukcji nigdy wcześniej. Uśmiechnięty, rozmawia przez telefon. – I co, mówiłem ci, że sfrajerzy?! – tłumaczy synowi wyższość Messiego nad Ronaldo. Jeden jest fanem Barcelony, drugi – Realu. Szymon zaraz zaczyna opowieść. Trwają igrzyska w 2020 roku i startuje tam razem z synem, Danielem. Młody debiutuje, Szymek przyjeżdża jako złoty medalista z Rio de Janeiro. Wtedy chyba sam w to jeszcze naprawdę wierzył. Ja patrzyłem na to żelastwo i jakoś nie umiałem. Szkoda, bo nie mamy wielu takich sportowców. Ludzi, którzy, jeśli tylko pozwala im zdrowie (a nawet czasem kiedy im nie pozwala), nie marnują ani chwili. Którzy podporządkowują wszystko swojemu celowi. Którzy wiedzą czego chcą i jak to osiągnąć. Którzy są w stanie pokonać wszystkie przeszkody. Którzy myślą tylko o zwycięstwie. Poza tym, nie ukrywam, że zwyczajnie go lubię.

Pamiętam pierwszą wizytę u Szymka w Ciechanowie. Jego żona Magda opowiada jak to Szymek „obraził się” na drzwi w piwnicy, które z jakiegoś powodu nie działały jak powinny. Poległy. To wtedy chodził mu po głowie jednorazowy wyskok do świata strongmenów i rywalizacja z „Pudzianem”. – Dam mu radę, oczywiście jeśli rozsądnie wybierzemy konkurencje – przekonywał. Innym razem spotykamy się w Cetniewie. Długi, naprawdę długi wieczór, przynajmniej dla mnie. Rano, bardzo wcześnie, Szymon namawia mnie i jeszcze kogoś półprzytomnego na wyprawę kutrem w morze, na ryby. Łącznie z pięć godzin. 15 minut po odbiciu od brzegu marzyłem, żeby ktoś mnie zabił. Do końca tej „wycieczki” nic się w moich marzeniach nie zmieniło.

Igrzyska w Pekinie, Szymek ze srebrem, które tym razem smakowało jak złoto, bo zdobył je na jednej nodze. Dzień czy dwa później idziemy razem z Szymonem i Agnieszką Wieszczek na start Marcina Dołęgi. Agnieszki nie puszczają przez bramki, bo nie ma odpowiedniej wejściówki. Szymek biegnie coś załatwiać, Aga wyjmuje swój brąz i pozuje z bandą Chińczyków do zdjęć. Ci mlaszczą i debatują nad medalem. Nasza zapaśniczka, pewna siebie, idzie więc do przodu. Nie zatrzymuje się nawet kiedy już kilku miejscowych wisi jej na ramionach próbując zatrzymać. W końcu poległa, ale bilety jakoś się chyba znalazły. Tylko Marcin nie zdobył medalu, podobnie jak teraz w Londynie. Szymon i Marcin z rodzinami razem na wczasy nie jeżdżą, ale kiedy spotkałem tego pierwszego w londyńskiej hali ExCel gdzie kilka minut wcześniej Marcin zmarnował szansę życia, było bardzo, bardzo smutno.

Takich obrazków z Szymonem w roli głównej albo drugoplanowej z ostatnich lat przychodzi mi do głowy całe mnóstwo. Niby od dawna wiedziałem, że sztangista-Kołecki już nie wróci na pomost, ale teraz wszystko stało się jakoś bardziej realne, już bez żadnych złudzeń.

A Szymon? Chce zostać prezesem PZPC. Gdyby przegrał wybory, gdyby stan kolana jednak się poprawił to może… – Ale ja wygram, nie ma innej opcji – ucina Szymon w swoim stylu.

P.S. Na razie marzenie Szymona o synu na olimpijskim pomoście stało się mniej realne. Daniel woli iść drogą Ronaldo niż Kołeckiego. Przynajmniej chwilowo.