Justyna rozkręca się powoli

Zaczęło się. Po sobotnim biegu na 10 km techniką dowolną w Gaellivare internet się zagotował. Kończ, Justyna – i tak dalej i w tym stylu, oczywiście po 27. miejscu naszej najlepszej biegaczki. I w sumie to, że pisali tak ludzie w komentarzach, wcale mnie nie dziwi. Tam nic mnie chyba już nie dziwi. Po co sprawdzać, po co analizować, lepiej marudzić. A nawet jak ktoś sprawdzi, a ma ochotę komuś nawrzucać, to czemu nie, internet daje przecież taką możliwość, bo tu każdy może wszystko. Anonimowo, oczywista sprawa! Aha, nie generalizuję, nie wrzucam wszystkich do jednego worka, bo czasem naprawdę można znaleźć fajne wpisy.

Ale są i tacy, którzy „jadą” pod nazwiskiem. Przeczytałem w sobotę wypowiedź pewnego komentatora, że to „był najsłabszy występ Justyny w inauguracyjnych zawodach Pucharu Świata w historii”. W historii?! Ciekawe. Szału nie było, pewnie. Wręcz przeciwnie. Trener Aleksander Wierietielny mówił mi wieczorem w niedzielę, że to bardzo zły wynik, że gorzej już nie będzie i w ogóle był mocno niepocieszony. Sama Justyna zadowolona też nie jest. Trudno, żeby było inaczej. My też przyzwyczailiśmy się do tego, że kończy biegi na lepszych pozycjach, a przede wszystkim z mniejszymi stratami do innych, a raczej przewagą nad resztą. To jasne. Ale spokojnie, bez emocji, patrzę sobie na tę „historię” i jedziemy.

Rok temu po występie w Sjusjoen straciła do Marit Bjoergen ponad 1.12 minuty. Dwa lata temu w Gaellivare – blisko 1.16, więc wszystko się zgadza, choć też szału nie było. Ale już trzy lata temu (Beitostolen) – uwaga! – 1.39,3. Długo nie szukałem, prawda? Jeszcze mniej czasu zajmie sprawdzenie kto wtedy wygrał klasyfikację generalną Pucharu Świata. I kto w tamtym sezonie, obok Bjoergen, cieszył się olimpijskim złotem?

 

Gorsze miejsca też się znajdą. To wszystko oczywiście nic nie znaczy, a w każdym razie nie musi. Pokazuje tylko, że wyciąganie wniosków po dwóch dniach trwającego pięć miesięcy sezonu to nie jest najlepszy pomysł. I żeby było jasne, nie szukam optymizmu na siłę, wręcz przeciwnie, staram się być realistą i nie podniecać się niezdrowo bez powodu.

Czytałem też o tym, że „na premierze mogła być siódma czy ósma, ale nie 27.”. A gdyby była siódma z taką samą stratą jak teraz 27. to byłoby jakoś znacznie lepiej? Tu przepaść, tam też, ogólnie – słabo. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo w końcu mówimy o zawodniczce, która ma odrabiać dystans do pierwszego, a nie siódmego miejsca. Czy się mylę? Poza tym, warto przyjrzeć się temu wszystkiemu co działo się z trasą, żeby wiedzieć skąd 27., a nie 7. miejsce. I coś mi mówi, że o sporej części zawodniczek, które uplasowały się między tymi miejscami, zbyt często już nie usłyszymy. Może się mylę, chociaż nie sądzę.

Generalnie jednak lepiej chyba na razie ostygnąć. Gdyby Justyna miała taką stratę po biegu stylem klasycznym za tydzień w Kuusamo, to można byłoby zacząć się martwić. Tymczasem nie stało się jeszcze nic złego. Podkreślam „jeszcze”, bo nie jestem jasnowidzem. Ale skoro w poprzednich latach trener Aleksander Wierietielny w podobnych okolicznościach mówił, że spokojnie dojdą do siebie w trakcie sezonu i to się sprawdzało, to skąd panika teraz? Czy nie udowodnili przez ostatnie lata, że warto im wierzyć? Justyna rozkręca się powoli. Zawsze tak było i teraz też tak pewnie będzie. Zresztą, już w niedzielnej sztafecie było dobrze, a gdyby nie problemy z nartami, skończyłoby się jeszcze lepiej.

 

Wach już wygrywa

Nie będę się mądrował, nie będę udawał eksperta. Nie wiem czy Mariusz Wach może wygrać z Władimirem Kliczko. Tak naprawdę to nie umiem sobie tego wyobrazić. Jak, gdzie, którędy? Nie mam pojęcia. Gdyby okazało się jednak, że to ja mam za małą wyobraźnię, będziemy mówili o ogromnej sensacji. Jednak nawet jeśli polegnie, ale pokaże serce, to i tak będzie wygrany. To wszystko oczywiste oczywistości, wszyscy poważni i mniej poważni eksperci mówią przecież w ten sposób. Można też oczywiście jeszcze dodać, że „to waga ciężka i decyduje jeden cios”. Można też napisać ble, ble, ble. Wyjdzie na to samo.

Wach już wygrywa, wizerunkowo oczywiście. Przyznam szczerze, że nie znoszę takich typów jak David Haye czy Derreck Chisora i ich sposobu na autopromocję. Dla mnie plucie w twarz to zwykłe chamstwo, nic więcej. Wiem, że to dobrze się sprzedaje, ale co z tego? Czy to jedyna droga? I czy aby na pewno najlepsza? Czy aby dzisiaj zaistnieć trzeba z siebie robić kompletnego kretyna? Nie wydaje mi się…

Haye pozował do zdjęć z urwanymi głowami braci Kliczko i wygadywał niestworzone rzeczy, Wach okleił salę treningową podobizną Władymira, a podczas treningu otwartego uderzał w tarcze z wizerunkiem rywala. Czuć subtelną różnicę? Wach zrobił wokół siebie trochę szumu i bardzo dobrze. Tylko ta akcja z opaską na czole podczas ceremonii ważenia wyszła trochę śmiesznie (moim zdanie oczywiście), ale OK, nie czepiam się więcej. Nie sądziłem, że nasz „Wiking” może być tak naturalny, czy że może potrafić tak ciekawie mówić. Pamiętam, kiedy robiłem jakiś wywiad z Mariuszem zaraz po tym, jak wyjechał do USA. Generalnie nuda. Teraz jest inaczej. Może więc, nawet po porażce, Mariusz stanie się dla bokserskiego świata ciekawy? Ba! Już jest. I to nie moja opinia, a wielu dziennikarzy, których spotykam w Hamburgu. Poza tym, Mariusz ma przed sobą jeszcze kilka lat kariery. Wachowi Ameryka pomogła. W Polsce wszyscy wiedzieli, że ma dobre warunki, ale też zaraz dodawano, że ma kłopoty z kontuzjami i w ogóle, jest leniem i nic z niego nie będzie. – Był odbierany na zasadzie: wielki chłop, więc jest atrakcja i ludzie chętnie popatrzą. Nikt się nie przykładał, nie pomógł mu się rozwinąć – mówi mi dzisiaj jego promotor Mariusz Kołodziej. Ten ostatni już jest mistrzem świata. W dwa lata doprowadził chłopaka znikąd do walki o cztery pasy. – To była najszybsza promocja na świecie – śmieje się biznesmen z Ameryki, który na nowo odkrył Wacha. Teraz jego zawodnik musi wspiąć się na swój szczyt. I dobrze, że nie idzie tam po najmniejszej linii oporu.