Boli od patrzenia, a nawet samego słuchania

- Wiesz co, ja już się natrenowałam podczas przygotowań i chętnie zacznę startować – mówiła mi ostatnio Justyna Kowalczyk. Nie dziwię jej się. Oglądałem kiedyś z bliska jej zajęcia na lodowcu Dachstein, ostatnio przyglądałem się treningom w Zakopanem, często słyszę o tym jak pracuje Justyna od niej samej. Boli od patrzenia, a nawet samego słuchania.

 

Pracuje więcej i mocniej niż większości się wydaje. Kiedy Justyna bywa w miejscach, w których trenują też często inni zawodnicy uprawiający sporty wytrzymałościowe, próbuję to jakoś porównywać… Cóż, nie ma przypadku w tym, że to właśnie ona jest numerem jeden w polskim sporcie. Dobrze, dość laurki, chociaż to wszystko prawda i pewnie nie raz w trakcie sezonu takie „laurki” przeczytacie. Kto nie ma ochoty, nie namawiam.

Ja też się tych startów doczekać nie mogę. To znaczy oglądania startów. Już jest ciekawie, chociaż dziewczyny walczyły tylko w Pucharach FIS. Justyna wygrała trzy razy w Muonio i… spokojnie, nie ma co wyciągać wielkich wniosków. Co prawda przez polskie media przetoczyła się już pierwsza fala (niech będzie, że raczej „falka”, bo w tym samym czasie Robert Kubica wygrał jedną ręką jakiś rajd, więc uwaga się podzieliła), ale na razie w sumie naprawdę nie było ku temu wielkich powodów.

- W Gallivare, za tydzień, czeka nas bieg tysiąca zakrętów – śmiała się w niedzielę popołudniu Justyna. Inauguracje jej nie wychodzą, nigdy w sumie nie wychodziły, więc i teraz nie ma się co nakręcać. Zresztą, ja tam stawiam na Norweżki (wiem, wiem, nie jestem żadnym odkrywcą). To co wyprawia Therese Johaug jest niewiarygodne. Ponad 50 sekund przewagi nad Marit Bjoergen?! Albo to jakaś nie do końca jasna dla mnie taktyka Marit albo Therese zacznie sezon w imponującym stylu, a później całkiem zniknie, żeby wrócić dopiero na mistrzostwa świata.

Tak czy inaczej obstawiam, że główne aktorki całego sezonu się nie zmienią. W poprzednich sezonach Justyna z Marit rywalizowały na nieludzkim wręcz poziomie, a teraz… będą lepsze. – W Libercu, kiedy zdobywałam mistrzostwo świata na 30 kilometrów to przez większość dystansu mogłam się uśmiechać i machać do kibiców. W Vancouver około dziesiątego kilometra zaczęła się masakra, a w Oslo od drugiego kilometra nie wiedziałam jak się nazywam – opowiadała mi ostatnio Justyna. Krótko mówiąc – mistrzostwa świata w Val di Fiemme zapowiadają się niesamowicie.

Na razie nasza Justyna wygrała ze Szwedami wojnę o… pokoje. – Przyjechaliśmy do Gallivare, a tu tak maleńkie pokoje, że nie ma jak postawić torby, do tego bez okien i świeżo po malowaniu. Wkurzyłam się – mówiła mi wczoraj Justyna. Nie przesadzała, widziałem zdjęcie tych klitek, gdzie próbowano zamknąć jak sardynkę w puszce (i to na tydzień) między innymi trenera Aleksandra Wierietielnego czy Sylwię Jaśkowiec. No i Justyna ruszyła do akcji. Skuteczna jest, więc wszystko udało się poukładać. Sezon też pewnie poukłada się po jej myśli.

 

Nie wierzę, że ktoś Mariusza oczyści

– Kontrole i dyskwalifikacje muszą być, ale odczuwalne, nie na 3 czy 6 miesięcy, ale na lata – powiedział Artur Szpilka, oczywiście o sprawie Mariusza Wacha, który prawdopodobnie czy może lepiej nieoficjalnie (niepotrzebne skreślić), miał pozytywny wynik badania antydopingowego po walce z Władimirem Kliczką. Zdarza mi się nie zgadzać z komentarzami Artura, ale tym razem myślę podobnie.

Co do sprawy Mariusza to w porządku, poczekajmy na wynik próbki B, ale bądźmy poważni – cuda się często nie zdarzają. I można się łudzić, że niemiecki Bild, który opublikował tę informację, oparł się na plotce. Tylko po co „plotkę” miałby potwierdzić człowiek z Niemieckiej Federacji Boksu? I to pod swoim nazwiskiem? Nie wierzę, że ktoś Mariusza oczyści, choć chciałbym się mylić, a za kilka dni bić w pierś i przepraszać, że wątpiłem w czystość naszego boksera. Mówimy jednak o sterydach anabolicznych. To żaden „wysublimowany” doping. Wręcz przeciwnie – ordynarny, wręcz prostacki, co oczywiście niewiele zmienia. Poza tym, że wykryć go bardzo łatwo. Hipotez o tym jak to się stało też powstało już na pęczki. Od „nieświadomego przyjęcia” już w Hamburgu po taką, że Wacha pierwszy raz w miarę porządnie skontrolowali. Sam Mariusz oczywiście wszystkiemu zaprzecza, „ścięło go z nóg” i tak dalej, ale akurat tłumaczenia „zszokowanych” zawodników z reguły są podobne.

Pisałem jeszcze przed walką „Waszki” z Kliczką, że już wygrywa, że fajnie się sprzedał. Bo to była prawda, widziałem na własne oczy w Hamburgu. Teraz najpewniej dużo przegra, przede wszystkim wizerunkowo, bo poważnej kary pewnie nikt na niego nie nałoży (oczywiście najpierw musi się wszystko potwierdzić). Łatka już została przypięta. Na długo.

I co z tego, że nie jest jedyny? Ktoś może zaraz napisać mi, że „wszyscy biorą”, ale to nieprawda. Stereotyp, nic więcej. Coś jak „wszyscy Polacy to pijaki i złodzieje”. Naprawdę wszyscy?

Swoją drogą (abstrahując od kwestii winy czy jej braku w przypadku Wacha), doping w takim sporcie jak boks jest dużym problemem. Zaryzykuję pewnie kontrowersyjną dla niektórych tezę i powiem, że większym niż choćby w kolarstwie. Różnica jest taka, że tam ktoś realnie z tym walczy. Ba! Zawodnicy sami muszą oddawać część swoich zarobków na testy, wpadają również ci najwięksi, a tutaj… Znam w Polsce jednego trenera, który głośno domaga się regularnych kontroli i wyrywkowych badań. Jednego! I wiem, że jeśli któryś z jego zawodników wpadnie to będzie ich koniec współpracy. Znam też jednak skrajnie inne przykłady.

Dzisiaj badania bokserów to jeden test po walce. Do tego badają tylko mocz. Kpina. A jak ktoś chce poważnego traktowania, dokładnych testów, także krwi to później mamy takie szopki jak ta z Mannym Pacquiao, który ponoć „bał się strzykawek” (oczywiście wiem, że w przypadku walki „Pacmana” z Floydem Mayweatherem jr to bardziej skomplikowana sprawa, w której chodzi głównie o pieniądze). Sportowcy z dyscyplin olimpijskich tylko się śmieją. Z drugiej strony mamy inne (nieolimpijskie rzecz jasna) sporty walki i gale, po których nikomu nie przychodzi do głowy badania choćby i samego moczu. Bo po co?

Ja wiem, że dzisiaj ściganie dopingowiczów jest jak pogoń kota za myszą. I wiem, że kot nie zawsze chce tę mysz łapać, bo mu się czasem nie opłaca. Wiem też jednak, że na takich testach jakie odbywają się w boksie wpadają tylko… Sami sobie dopiszcie kto. Ale co z tego?! Czy lepiej zrezygnować z badań w ogóle i pozwolić na wszystko? Przemek Saleta w magazynie „Ring” powiedział kiedyś, że jego zdaniem to najlepsze rozwiązanie. A mnie się nie podoba. Wiem, że nie da się wyłapać wszystkich, a właściwie to udaje się łapać bardzo niewielu. Ale jednak w innych sportach się zdarza. I to częściej. Chciałbym, żeby w boksie panowały normalne zasady. Żeby Wach czy ktokolwiek inny był objęty programem ADAMS.

Tylko kto za to zapłaci? A koszty są niemałe. Więc może trzeba znaleźć jakąś drogę pośrodku? Obejmować takimi programami zawodników, którzy podpisali kontrakt na walkę mistrzowską albo, jeszcze lepiej, są w pierwszej piętnastce konkretnej federacji (swoją drogą, włodarze największych organizacji mają tu ogromne pole do popisu, zamiast zajmować mnożeniem mistrzów)? Trudno sobie jednak wyobrazić, że ktoś płaci za tych wszystkich „Gulaszów”, którzy jeżdżą jako worki do obijania po całym świecie, więcej niż zarabiają w ringu. Krótko mówiąc: wiem, że to nie jest takie proste, ale nie uważam też, żeby najlepszym rozwiązaniem była samowolka.