Kibic ma zawsze rację

I znowu się zaczęło. Najpierw hałas o wyniki Plebiscytu „Przeglądu Sportowego”, a teraz tego „onetowego”. Jeden i drugi wygrała Justyna Kowalczyk. A ja tego zamieszania nie rozumiem. Kilka tygodni temu też nie rozumiałem. Krzysztof Materna, którego niektórzy może pamiętają sprzed bardzo wielu lat jako zabawnego gościa w parze z Wojciechem Mannem, komentował „przeglądowe” wyniki i stwierdził, że „sama pani Justyna nie czuje się komfortowo”. Hę?! A dlaczego miałaby się czuć niekomfortowo jako Sportowiec Roku po raz czwarty z kolei w PS, a teraz drugi z rzędu w Onecie? To Justyna wtedy wysyłała smsy z Tesero przed podbiegiem pod Alpe Cermis, a teraz w Soczi siedziała przed komputerem? Bądźmy poważni…

Pamiętam jak niedawno dziennikarz pewnej gazety, telewizji i radia napisał, że „idzie pod prąd” i zaprosił po Balu Mistrzów Sportu do swojej audycji Tomasza Majewskiego. Że pod prąd, bo nie Justynę? Coś mi mówi, że nie to było powodem. Nieśmiało przypuszczam, że łatwiej zaprosić Majewskiego z Warszawy do Warszawy niż Justynę z odległości półtora tysiąca kilometrów. Ale niech będzie, przecież „pod prąd” tak ładnie i modnie brzmi.

Swoją drogą, jeśli gdzieś czytam coś o wynikach to najczęściej, że „szkoda Majewskiego”. A dlaczego nie Adriana Zielińskiego? Też zdobył złoto w Londynie, a nieśmiało przypominam, że mówimy o wyborze Sportowca Roku, a nie czterolecia. A to Adrian pobił życiówkę na międzynarodowych zawodach, a nie Tomasz. Że mu się należy? Bo w wywiadach chętnie opowiada, że lubi piwo, więc to „swój chłop”? Ja nic nie mam do Tomasza, sprawia naprawdę fajne wrażenie, ale histerii nie znoszę. Swoją drogą, co to znaczy, że się należy? Ta sama Justyna po igrzyskach w Turynie, gdzie zdobyła brązowy medal olimpijski nie załapała się nawet do dziesiątki. Nie „należało” jej się?

Dyskusje zawsze będą, to jasne. Kolega mówi mi, że on Justyny nie widział w trójce, bo obok Majewskiego umieściłby tam Zielińskiego i Anitę Włodarczyk. Zaraz, zaraz kolego, mówię. A dlaczego nie Sylwię Bogacką? Inne srebro niż Anita zdobyła?! Czy może więcej kobiet rzuca kulką na metalowej lince niż strzela?

Żaden pomysł na sposób wybierania nie jest idealny, żadne wyniki nie zadowolą wszystkich, nie ma takiej opcji. Obiektywna byłaby kapituła? A jakie będą kryteria? Przy takich samych medalach z igrzysk, krążki z mistrzostw świata, Europy, Pucharów Świata? A jeśli ktoś ma dwadzieścia startów w PŚ, a nie ma akurat mistrzostw? Albo odwrotnie? Uznaniowo? To ja wolę, żeby „uznaniowo” robili to kibice. Bo ze wszystkich sposobów ten wydaje mi się jednak najsensowniejszy. Oczywiście z wadami, oczywiście wybiera się też „przy okazji” najpopularniejszego, ale lepszej drogi nie ma.

I oczywiście, że jestem nieobiektywny, ale wszyscy inni też. Mnie bliżej do biegów narciarskich i podnoszenia ciężarów, niż pchania kulą w rogu stadionu czy rzucania młotem. Pisałem to już w onecie kilka razy i napiszę jeszcze raz – dla mnie Justyna Kowalczyk to absolutny numer jeden w polskim sporcie. Teraz okazuje się jeszcze, że zdobyła serca kibiców. Że mimo to wyniki Plebiscytu mogły być inne? Mogły, ale nie są. Koniec. Kropka.

P.S. A Justyna po ostatnich niepowodzeniach szybko wróci. Znacznie silniejsza.

 

Moda na koks

Pewnie jestem dla niektórych nudny, bo znowu będzie o koksie. Jeszcze nie wszyscy ostygli po telewizyjnym coming oucie Lance’a Armstronga, a już pozazdrościł mu Michael Rasmussen. Słynny „Kurczak” też się przyznał, ale jemu akurat raczej nic nie zrobią. Inna sprawa, że lista środków, o których opowiedział robi wrażenie. Należałoby teraz liczyć jeszcze na zeznania Eufemiano Fuentesa. Szkoda, że łatwo się w tym wypadku przeliczyć.

Wreszcie ruszyła sprawa hiszpańskiego lekarza, w którego miało się „leczyć” naprawdę wielu sportowców. Oczywiście, dostało się głównie kolarzom. Już dawno temu pan doktor powiedział, że jego klientami byli też piłkarze największych hiszpańskich klubów, tenisiści czy lekkoatleci, ale ten wątek jakoś nie wzbudził wielkiego zainteresowania. Teraz znowu o tym mówi, ale w Hiszpanii mają dość specyficzne poczucie sprawiedliwości, bo przewodnicząca składu sędziowskiego Julia Santamaria zareagowała bardzo szybko. Od razu stwierdziła, że Fuentes nie musi zdradzać nazwisk klientów. No bo po co? Oczywiście, może jeśli chce, ale generalnie nikt go zmuszał nie będzie, bo to narażałoby interesy wskazanych przez niego osób. Bzdura tysiąclecia! Obrzydliwa, wstrętna i odrażająca. To tak, jakby oskarżony o współudział w morderstwie nie musiał zdradzać szczegółów zbrodni, bo to narażałoby interesy wspólnika. Oczywiście, nie porównuję takich przestępstw, chodzi mi tylko o zasadę. Efekt jest taki, że wszystko znowu skupi się na kolarstwie. Zeznawał będzie Alberto Contador, wezwali Tylera Hamiltona i wyjdzie na to, że wszystkiemu winni są cykliści. Jak zwykle.

Od dawna świat nie ufał hiszpańskiemu sportowi i czasem nawet się dziwiłem, bo nie lubię oskarżeń bez dowodów. Teraz… sam im nie ufam. Oglądam mecz Realu Madryt z Barceloną i zastanawiam się podświadomie, którzy z zawodników byli już w tych klubach w czasie szczytu „kariery” Fuentesa. Nie mam żadnych dowodów, pewnie nikt ich nigdy miał nie będzie, bo panu doktorowi grzecznie dano do zrozumienia, że takiej wiedzy nikt nie chce. A że on sam jest sprytny to pewnie zrozumiał. A ja? Nie mam ochoty oglądać już takich sportowców, a kiedy jakiś Hiszpan będzie walczył z kimkolwiek innym, kciuki zacisnę za tego drugiego. Perdón, Espana! Sami jesteście sobie winni…