Leć, Pietrek!

Dawno nie widziałem takiego zamieszania jak to z udziałem Piotra Żyły w ostatnich dniach. Dotąd traktowany raczej jako wesołek w polskiej kadrze, cenne uzupełnienie drużyny, a teraz wyrósł na prawdziwą gwiazdę. No dobrze, na gwiazdkę.

Uśmiechnięty, spontaniczny, czasem, jak by to ująć… nieporadny w tym co mówi, ale w sumie zawsze szczery. Większość kibiców kupiła go w całości. I fajnie, bo dzisiaj na naszych skoczków z uznaniem patrzą choćby tacy Austriacy. Mamy potencjał, mocną grupę z dobrym trenerem i możliwości, żeby jeszcze kilka lat powojować o poważne cele. Pewnie, nie zawsze Polacy będą wygrywali, bo nie co tydzień jest dzień dziecka, ale stać ich na dobre wyniki. I super, że wreszcie można to pisać bez poczucia niepotrzebnego rozdmuchiwania oczekiwań ponad miarę. Jeszcze fajniej, że wreszcie można cytować prezesa PZN Apoloniusza Tajnera bez poczucia, że ten ostatni oderwał się od rzeczywistości w potoku bezpodstawnego optymizmu.

A Żyła? Pamiętam, jak chyba dwa lata temu przesiedzieliśmy ze dwie godziny w Engelbergu. To wtedy zaczął pokazywać, że naprawdę umie zaprezentować te swoje słynne możliwości. Słynne, bo mówiło się o tym od dawna. Skoki z miejsca? Żyła najlepszy. Równowaga w chodzeniu po linie? Żyła lepszy nawet od Adama Małysza. – Robili nam zawody w tym chodzeniu po taśmie rozwiniętej między drzewami. Innym udawało się przejść raz, ja chodziłem w tę i z powrotem. Trenowałem koło domu – opowiadał mi kiedyś. Teraz wreszcie przekłada się to na skoki narciarskie.

Tak jak te jego treningi i skłonność do ryzyka. Inna historia – testowanie nart w Szczyrku, opowiada główny bohater: – Trzy razy się wywaliłem. Cóż, zdarza się. Nie mam oporów przed testowaniem, bo to też fajna adrenalina. Zastanawiasz się: wysuną się czy nie? Pamiętam jak pojawiły się wiązania z wykrzywionym bolcem. Adam takie dostał, ale później przyszły jeszcze nowsze. No i kiedyś w Wiśle pyta, czy nie chcę spróbować. Pewnie, mówię i było spoko. A na początku zimy wziąłem je na imadło i pokrzywiłem jeszcze bardziej młotkiem. Na treningu w Szczyrku zacząłem próbować, ale czasem z tego wiązania nie wysuwała mi się jedna narta. Wtedy nie było chętnych do roli przedskoczka w konkursie na mamuciej skoczni w Harrachovie, więc od razu się zgłosiłem, z tymi nie do końca sprawnymi wiązaniami. No ale co mi się miało stać? Popsikałem je WD40 i było nieźle. A później pojechałem do Japonii i zacząłem zdobywać punkty.

Takich historyjek sam Piotrek i jego koledzy mogą opowiadać dziesiątki. W tym roku w Willingen odwołano zawody z powodu wiatru, ale dla kibiców przygotowano konkurs-zabawę z udziałem kilku zawodników na naprędce zbudowanej maleńkiej skoczni. Chciał tam spróbować Kamil Stoch, ale Łukasz Kruczek zabronił, bo to zbyt niebezpieczne. Jeden z naszych już tego nie słyszał. – Jak myślisz, kto poszedł? – przysłał mi Łukasz wiadomość-pytanie. Proste, prawda?

Sam jestem ciekaw, jak dalej potoczy się kariera Piotrka. Nie sądzę, żeby seryjnie wygrywał, choć obstawianie czegokolwiek w jego przypadku jest dużym ryzykiem. On sam chce chyba przede wszystkim daleko latać. – Kiedyś, na treningu w Klingenthal w serii próbnej odbiłem się z progu i… 120 metrów, a ja dalej lecę i lecę. Szkoda mi było kombinezonu, bo ryzyko wywrotki było duże, więc wylądowałem na 135. metrze. Pomyślałem jednak, że gdyby tak kiedyś było w zawodach to nie odpuszczę, żeby nie wiem co. Nawet jeśli później mnie „poskłada” o zeskok to trudno, lecę do oporu – opowiadał mi kiedyś. No to leć, Pietrek, leć!

 

Justyna IV Wielka

Pamiętam Oslo sprzed dwóch lat. Zima, trwają mistrzostwa świata, cały kraj wariuje. Dziesiątki tysięcy ludzi śpi przy trasie w namiotach, palą ogniska i ciągle się bawią. Po mieście chodzą z nartami biegowymi na plecach, w parkach na nartkach dreptają dzieciaki, którym jeszcze trzeba zmieniać pieluchy. Od igrzysk w Vancouver do tamtych mistrzostw Norwegowie kupili pół miliona nowych par nart (!!!). Wypowiadają się eksperci i wielkie autorytety naukowe. Jeden z profesorów przekonuje, że nie ma ani jednego Norwega, który nie posiadałby biegówek. Odkąd podczas igrzysk w Calgary w 1988 roku dostali lanie od narciarskiego świata stworzyli program wyławiania talentów. A mają gdzie łowić, bo w finałach krajowych mistrzostw dzieci wystartowało ich 15 tysięcy.

U nas podobno biegówki są w modzie. Fakt, biega coraz więcej ludzi (choć w sumie nie ma za bardzo gdzie), sam ich widuję, ale jakiekolwiek porównania są bez sensu.

Przypomniało mi się to, bo w sobotę i niedzielę przy okazji biegów panów i pań w Oslo będzie podobnie. Zawsze tak jest. Ostatnio opowiadał mi o takiej Norwegii sprzed ponad trzydziestu lat Józef Łuszczek, sam też kilka razy widziałem to na żywo w bardziej współczesnych latach. – Biegówki to tutaj coś więcej niż sport – przekonywał mnie kiedyś biathlonista wszech czasów Ole Einar Bjoerndalen.

Dzisiaj Norwegowie są fabryką, gigantyczną korporacją narciarską. Na każdym poziomie – od powszechnego i rekreacyjnego do tego profesjonalnego. Z tirami, sztabem serwismenów i paniami w foliowych rękawiczkach przygotowujących kanapki gwiazdom na śniadanie. Dwa lata temu Marit Bjoergen w przypływie szczerości powiedziała mi w Kuusamo, że pieniędzy mają w sumie aż za dużo. To przemysł, zakład produkujący biegaczy i biegaczki na najwyższym poziomie. Podobne starają się działać stworzyć Szwedzi, Finowie czy Rosjanie. Starają się Niemcy, po swojemu kombinują Amerykanie, ale wszyscy są daleko w tyle. I w tym całym biznesie liczonym w dziesiątkach milionów dolarów wygrywa dziewczyna z Polski. Ja wiem, że zaraz się zacznie gadanie o mistrzostwach świata, o tym, że Bjoergen nie startowała cały rok, ale co z tego? Pewnie, przed wyjazdem do Val di Fiemme troszkę inaczej sobie to wszystko wyobrażałem. Dzisiaj przypominam sobie to wszystko co działo się na miejscu i uważam, że Justyna pokazała klasę. Obroniła mistrzostwa medalem w ostatnim biegu. Biegu z cyklu „być albo nie być”. W takich sytuacjach radzą sobie tylko wybitne jednostki.

A ta nasza „jednostka” już po raz czwarty zdobyła Kryształową Kulę. Justyna IV Wielka – przeczytałem gdzieś w internecie. Zmyślne. Patrzę na klasyfikację krajów, których sportowcy zdobywali Kryształowe Kule. Norwegowie dokonali tego 21 razy. Związek Radziecki i Rosja (razem) – 14, Szwedzi – 11, a Finowie – 9. Za nimi ex eqo, z czterema Kulami są Niemcy i Polska w osobie Justyny Kowalczyk. Dzięki, Justyna.

P.S. Jechałem autem, kiedy kolega przysłał mi smsa, że Marit i Therese Johaug nie wystartują w Drammen. „Pewnie zaraz ogłoszą, że chorują” – pomyślałem. Dojechałem do pracy, włączyłem komputer i oczywiście taki komunikat znalazłem. Chorowite dziewczyny, ale coś mi mówi, że będę śmigały w Oslo w niedzielę jak młode kozice. Ciekawe to wszystko, ale nie czas i miejsce, żeby się w to kolejny raz zagłębiać.

 

Kule Justyny, serce Marit

Przed sezonem napisałem w „Przeglądzie Sportowym”, że to będzie „polska zima”. Cóż, fajnie czasem mieć rację, bo w rolach głównych wystąpiła nie tylko (i zgodnie z oczekiwaniami) Justyna Kowalczyk, ale i Kamil Stoch, a pod koniec włączył się jeszcze Piotr Żyła. Zresztą, nasi skoczkowie spisali się na medal (dosłownie).

Trener tych ostatnich, Łukasz Kruczek, jest dla mnie największym wygranym sezonu, bo jako pierwszy w historii stworzył DRUŻYNĘ. Największa porażka to działania FIS. Może jednak jestem nieobiektywny? Cóż, na pewno jestem, już kiedyś o tym pisałem. No i żeby było jasne – skupiłem się na narciarstwie klasycznym.

A jak astma

Właściwie przez cały sezon nawet nie padło to słowo! Przynajmniej oficjalnie. Żeby było jednak jasne – spora część narciarskiego świata rzadko zmienia zdanie w kluczowych sprawach. A w kuluarach sporo było różnych, ciekawych historii…

B jak belka

Startowa. Ciągle przesuwana, kompletnie bez sensu. Miało być bezpieczniej, stało się bardziej skomplikowanie. Niepotrzebnie i głupio. Ale ostatnio w skokach narciarskich tak lubią…

D jak drużyna


Nie tylko ta brązowa czwórka z Val di Fiemme. Dziesięciu Polaków zdobyło punkty, w sumie najwięcej w historii. Łukasz Kruczek ze swoją ekipą doszedł tam, gdzie nikomu się nie udało. W Kuusamo pokazali, że stoją za sobą murem. W Predazzo, że wiedzą co robią. I że umieją się dobrze bawić. Sam widziałem jak w Val di Fiemme Kamil Stoch biegał z łopatą i budował tor dla zdalnie sterowanego auta Dawida Kubackiego. Ten ostatni musi jeszcze trochę podszkolić swoich kolegów.

F jak Fettner


Manuel, Austriak. Dał rodakom mistrzostwo świata w drużynie. Zaraz po lądowaniu wypięła mu się narta, a mimo to ustał skok! Co ciekawe, podobno w Predazzo zgłupieli sędziowie, bo przepisy skoków narciarskich nie mówią nic o „podpórce nogą”. Gdyby zabrali mu punkty, Austriacy mogliby się pożegnać ze złotem. Inna sprawa, że sędziowie i przeróżne zasady to najsłabsze ogniwo skoków narciarskich.

F to też Falun. O mały włos nie doszło tam do największego skandalu od lat. Twardziele z FISu zmiękli jednak bardzo szybko. Nie mieli wyjścia, bo wszystkie zawodniczki (i spora część zawodników) zagrały w jednej drużynie. Ramię w ramię Justyna, Marit, Charlotte, Kikkan. Tak trzymać, dziewczyny. Są sprawy ważniejsze niż sport. Zdrowie na przykład.

G jak Gregor

Schlierenzauer. Kolekcjoner zwycięstw w Pucharze Świata kolejny raz pokazał, że podczas wielkich imprez nie radzi sobie tak dobrze, więc trzeba jeszcze poczekać z określaniem go mianem skoczka wszech czasów. Złośliwi, których jak wszędzie nie brakuje, przekonują, że jeśli potrzeba mu wysokich not do zwycięstwa, to sędziowie gotowi wystawić mu po 22 punkty, choćby i się przewrócił.

Swoją drogą, kiedy nie wyszedł mu jeden z konkursów mistrzostw świata stałem niedaleko Heinza Kuttina, który przez lata trenuje Thomasa Morgensterna. Były trener polskiej kadry nie wyglądał nie smutnego. Team spirit w krainie wysokich mandatów wcale nie jest więc taki fantastyczny.

H jak Hofer

Walter. Absolutny pan i władca skoków narciarskich. Czasem jednak i jemu jest głupio. Jak choćby po drużynówce w Predazzo. Szkoda, zepsutego konkursu, bo o tej wpadce wszyscy będę długo pamiętać. Ja zapamiętam, że Polacy najpierw się wściekali, a dopiero później mogli cieszyć, a odwrotną drogę przeszli Norwegowie. Że asystent Grzegorz Sobczyk, Łukasza Kruczka najpierw tłumaczył nam rozdygotany, że chyba wejdziemy na podium, później Marcelina Hula krzyknęła, że mamy medal, a później sytuacja zmieniała się jeszcze kilka razy. Cieszę się, że skończyło się sprawiedliwie, ale co kibica obchodzi, że jeden z drugim panem nie umie obsłużyć kalkulatora? I co z tego, że Hofer wziął „całą winę na siebie”? Przecież i tak nikt nie wyciągnie żadnych konsekwencji wobec winnych.

J jak Justyna


Kowalczyk. Wielu liczyło na worek medali w Val di Fiemme. Z wielu różnych powodów, także tych od niej samej niezależnych, skończyło się na jednym, srebrnym. Ci, którzy dzisiaj krytykują za kilka lat pewnie będą wspominać te mistrzostwa z łezką w oku. A Justyna zdobyła też czwartą Kryształową Kulę i w świetnym stylu wygrała Tour de Ski, choć porównanie zaplecza jej i Norwegów, Szwedów czy kilku innych nacji to jak wyścigi ambitnej firmy rodzinnej ze wielką korporacją. Dla mnie nic się nie zmieniło – nadal uważam Justynę za numer jeden w polskim sporcie. I coś mi mówi, że zdania nie zmienię, bo nie będzie ku temu żadnych powodów.

K jak Kamil

Stoch. Albo „rakieta z Zębu” jak nazwał go Adam Małysz pisze swoją historię, choć wielu i tak zawsze będzie go nazywać następcą mistrza z Wisły. Dla mnie to bzdurne określenie, sam Kamil twierdzi, że już się przyzwyczaił. Tak czy inaczej, zadał kłam teorii, że żeniaczka rujnuje karierę. Ewa Bilan Stoch wyraźnie dodała mu wiatru w żagle. Czy raczej pod narty.

Ł jak Łukasz

Kruczek, trener polskiej kadry. Dla mnie największy wygrany sezonu w polskich sportach zimowych. Doszedł z drużyną tam, gdzie nie udało się Apoloniuszowi Tajnerowi, Heinzowi Kuttinowi czy Hannu Lepistoe. A jeszcze na początku sezonu rzucił hasło o dymisji. Ba! Od początku pracy z kadrą był „zwalniany” kilkanaście razy. Bo słaby skoczek, bo człowiek Tajnera, bo coś tam jeszcze. A dzisiaj większość krytykantów mówi: dobry trener.

M jak Murańka


Klimek, a raczej już Klemens, bo to dorosły chłopak. Skakał ledwo widząc, w najgorszym momencie stracił 80 procent wzroku! Trenerzy zauważyli to, kiedy Klemens, jadąc wyciągiem na górę skoczni krzyknął do Roberta Matei, żeby ten nie machał mu chorągiewką, a… krzyczał. Wyprowadził za to w pole lekarzy, bo śpiewająco przeszedł badanie okulistyczne. Podobno nauczył się tablicy z literami na pamięć. Na szczęście po kłopotach zostało już tylko wspomnienie, a Klimek zdobył nawet tytuł wicemistrza świata (indywidualnie i w drużynie).

P jak prezydent


Gian Franco Kasper, prezydent Międzynarodowej Federacji Narciarskiej. Szefuje w FIS od maja 1998 roku. Ostatnio został wielkim orędownikiem zmian w przepisach skoków narciarskich, które jego zdaniem muszą zostać „uproszczone”. Dzięki, panie prezydencie. Szkoda, że to pana organizacja sama je najpierw skomplikowała.

S jak serce


To Marit Bjoergen oczywiście. Niesamowita historia, zdaniem niektórych aż niewiarygodna, ale nie ma co się czepiać–medycyna widziała ponoć nie takie przypadki. Dziewczyna musiała przestać trenować z powodu poważnej arytmii serca, trafiła do szpitala, a kilkanaście dni później wygrywała. O tej arytmii nikt już nie pamiętał. Serce jak dzwon!

Ś jak święty Mikołaj


Jedyny Fin, który w tym sezonie ma powody do zadowolenia. W Kuusamo był w wysokiej formie, nawet kiedy ukradkiem popalał papierosy. Biegacze i skoczkowie z Finlandii odgrywali tylko role trzecioplanowe.

T jak Tajner

Apoloniusz, prezes PZN. Sympatyczny Polo, wieczny optymista, wreszcie mógł wygłaszać peany pochwalne o naszych skoczkach i nie sprawiać wrażenia oderwanego od rzeczywistości. Ich sukcesy to też jego sukcesy, bez dwóch zdań. Tylko ta czapka… TVR, dla niewtajemniczonych: Telewizja Rolnicza. W teorii mają tam pokazywać na przykład sposoby na uprawę buraka. Tymczasem rolnicy mogli śledzić ślub córki Apoloniusza z pewnym czerwonowłosym piosenkarzem. Na żywo, oczywiście.

W jak Weng

Wielu widzi w niej przyszłą królową biegów narciarskich i coś w tym jest – od czasu do czasu potrafi błysnąć naprawdę jasnym blaskiem. Przyznam jednak szczerze, że spodziewałem się więcej tych „wystrzałów”, choć nadal uważam, że to przyszła królowa biegów.

Odkąd po zakończeniu poprzedniego sezonu w Falun Justyna szepnęła jej na ucho, że pewnego dnia będzie najlepsza, wielka fanka naszej biegaczki.

Ż jak Żyła

Piotr, nowa gwiazda polskich skoków. Rozbrykał się strasznie w ostatnich konkursach, ale sam przyznawał, że cieszył się z końca, bo wreszcie może porządnie potrenować i pograć w piłkę. A robi to bardzo dobrze. Może do kadry go? Lepiej pewnie nie będzie, za to śmieszniej na pewno. A to już coś. Fanów ma niewiarygodnych, jednego z nich miałem (nie)przyjemność widzieć z bliska w Planicy. Biegał po zeskoku w skarpetkach i… akredytacji na szyi z napisem „Team Pol” i prawem wejścia do sektora „FIS Family”.

 

Łukasz Kruczek przeszedł do historii

Gdyby ktoś mi w Kuusamo na początku tego sezonu powiedział, że drużyna naszych skoczków zdobędzie medal mistrzostw świata w konkursie drużynowym to chyba miałbym problemy z wiarą. Z drugiej strony, odkąd pamiętam podobała mi się praca jaką wykonuje Łukasz Kruczek. Z Finlandii w grudniu też wyjeżdżałem z optymizmem, bo widziałem zgrany, fajny zespół ludzi, którzy chcą iść w jednym kierunku. Było to widać z bliska już znacznie wcześniej, ale tam, na dalekiej północy nastąpił jakiś przełom, bo wszystko co osiągnęli wcześniej zostało wystawione na próbę.

Dzisiaj to Łukasz jest największym wygranym polskiej ekipy w Val di Fiemme. Zbudował DRUŻYNĘ, a tego nie udało się nikomu przed nim. Potknął się Apoloniusz Tajner, Heinz Kuttin i Hannu Lepistoe. Oczywiście, można powiedzieć, że wreszcie dojrzało nowe pokolenie, ale nasi zawodnicy już wcześniej zdobywali medale juniorskich imprez i nic z tego nie wynikało. Kruczek to poskładał i za to brawa. A przecież przez lata traktowano go raczej z przymrużeniem oka. Że zausznik Tajnera, a wcześniej kiepski zawodnik i tak dalej. Dzisiaj triumfuje, choć po swojemu, czyli raczej po cichu. Brawo, Łukasz, przeszedłeś do historii, bo nikomu wcześniej nie udało się wprowadzić na podium całej drużyny.

Sam konkurs też okazał się historyczny. Nie tylko ze względu na pierwszym medal Polaków, ale i okoliczności w jakich się zakończył. Polakom podium się należało, ale finałowe zamieszanie było zwykłą kompromitacją. Okazało się też (kolejny raz zresztą), że nowy system z tymi wszystkimi przelicznikami i możliwością przesuwania belki na życzenie trenera to kompletna głupota. Niby wyrównuje szanse i pozwala płynniej prowadzić konkursy, ale co z tego? Powiedzcie to Jacobsenowi i spółce. Co oni są dzisiaj winni, że komuś zaciął się kalkulator? A gdyby Jacobsen wiedział, że goni, a nie broni podium? Albo inaczej, dlaczego Polacy musieli chodzić po skoczni ze smutnymi minami, bo zabrakło im niecałe pół metra, żeby zdobyć medale, skoro sobie na nie sprawiedliwie zapracowali? I dlaczego później musieli biegać po skoczni w niepewności, zastanawiając się czy robić sobie nadzieję, czy ta jednak jest płonna i zaraz zgaśnie? Po co komplikować fajną dyscyplinę sportu?