Lewandowski jak Szewczenko

No i się zaczęło. Zbigniew Boniek oddaje „hołd”, cały świat pieje z zachwytu, a dziennikarze się głowią co tu napisać o gościu, o którym napisali w sumie już wszystko, bo w tak ubogim w wielkich sportowców kraju już i tak wycisnęli chłopaka jak cytrynę. Dziewczyna dobra w karate, głupole z Legii, co to się nie znają na piłce, bo nie zobaczyli talentu i tak dalej i w tym stylu. Będą też (kolejne zresztą) poważne analizy na temat tego, dlaczego taki dobry u Niemców, a ubrany na biało-czerwono już niekoniecznie.

Coś nowego musi się jednak pojawić. Znam ten świat zbyt dobrze, więc teraz czekamy na wywiad z jego rybkami akwariowymi. To trudna sprawa, więc będzie pewnie mniej oryginalnie, odpytany zostanie pies. No i jazda obowiązkowa, czyli koledzy z podwórka, wychowawczyni z podstawówki i może ksiądz, który „zna Roberta od małego i pamięta, że był bardzo skromnym chłopakiem”. Nie czepiam się, sam większość tych tekstów chętnie przeczytam, a i sam pisuje podobne teksty o innych sportowcach. Nic w tym złego, wręcz przeciwnie. Mamy gwiazdę, taką prawdziwą, bez dwóch zdań. Robert Lewandowski…

Przemek Rudzki napisał wczoraj na onetowym blogu, że „o tym wyczynie Lewandowskiego opowiecie wnukom”. I coś w tym jest. Pamiętam kiedy Andrij Szewczenko strzelał trzy bramki Barcelonie. Jej, jak to działało na moją wyobraźnię. Chłopak z Ukrainy, w wielkim świecie, jedzie z gwiazdami jak na podwórku. Nasi w tamtym czasie, później zresztą też, po wyjeździe do zagranicznego klubu najczęściej mieli problemy z trenerem, który Polaków nie lubi albo byli silnymi punktami defensywy drużyny broniącej się przed spadkiem w Niemczech czy Francji. Super, ale jakoś nie porywało. Ostatnio jest inaczej i nie chodzi tylko o Lewandowskiego czy jego kolegów z Dortmundu.

Nie jestem ekspertem od piłki, nie zajmuję się nią zawodowo, a mecz Borussii z Realem obejrzałem sobie jako zwykły kibic. Bez ciśnienia, bez wiszącego nad głową deadline’u, bez zastanawiania się z czym zdążę na pierwsze wydanie. Szczerze? Nie nastawiałem się na żadne święto. Ostatnio nawet najlepiej zapowiadające się mecze mnie nudzą. Nawet kiedy okazuje się, że były naprawdę ciekawe dowiaduję się o tym z relacji w prasie albo internecie, bo zazwyczaj przysypiam już w pierwszej połowie. A tu proszę, miła odmiana. Znowu byłem jak nastolatek, znowu mi się chciało. Ktoś powie, że jestem typowym „Januszem”. No i git, jestem. Lata mi to, wiecie gdzie. Lewandowski jest właśnie bohaterem takich ludzi. Że w sumie nudny? I co z tego? Ten „nudny” gość to dzisiaj absolutny „superstar”, bez żadnego gadania, żadnego „ale”.

Nie znam go, w życiu z nim nie rozmawiałem, więc nie mam zdania na temat tego, jaki jest prywatnie. Pamiętam tylko, że raz mi „podpadł”, kiedy wyparł się słów z wywiadu udzielonego moim kolegom. Śmieszne i takie małe – pomyślałem. Z drugiej strony, sam miałem w swojej dziennikarskiej przygodzie takie przypadki ze sportowcami, których lubię do dzisiaj. Ludzie tak mają, czasami przerasta ich efekt tego co powiedzieli. To wszystko jednak niezbyt istotne, bo Lewandowski ma strzelać bramki. I strzela. Cztery razy Realowi Madryt… Minęło kilka godzin, a ja wciąż jestem pod wrażeniem. Tak, będziemy o tym opowiadali wnukom.

 

Igrzyska w Soczi przejdą do historii polskiego sportu

Trzysta dni. Tyle zostało do igrzysk olimpijskich w Soczi. Dawno tak nie czekałem na żadną imprezę…

Pamiętam Vancouver sprzed trzech lat. Pewnie, biegaliśmy głównie za Justyną Kowalczyk, Adamem Małyszem i czasem za Tomkiem Sikorą. Przebił się też karabin Weroniki Nowakowskiej czy sanki. No i oczywiście „brązowe” panczenistki, choć… Kiedy one zdobywały medal, po złoto sięgała Justyna Kowalczyk. A wyprawa z Whistler, gdzie biegała ta ostatnia do Vancouver, gdzie z kolei były dziewczyny to kilka godzin. Jechać i szukać panczenistek późnym wieczorem (bez prawa wejścia do wioski olimpijskiej) czy obejrzeć historyczną dekorację Justyny i później ją opisać? Zostałem, a pomógł mi później nieżyjący już prezes PKOl Piotr Nurowski. On mógł ruszyć zaraz po tym, jak Justynie założyli na szyję złoto, a kiedy dotarł – dał mi do telefonu nasze medalistki. Dobre i to.

Jakoś ta Kanada wryła mi się w pamięć. Malowanie pasów w dniu otwarcia (tak jest – nie tylko u nas pracuje się na ostatnią chwilę) czy czerwone rękawiczki, które z bliżej nieznanych mi powodów zostały absolutnym hitem imprezy. Ale i sport, polskie medale, sukcesy, wzruszenia. Takich igrzysk zimowych nie mieliśmy nigdy. Justyna na podium ze złotem, srebrem, brązem. I Małysz. Pamiętam jak zdobył srebro. Stoimy grupą polskich dziennikarzy z Hannu Lepistoe, biegnie Adam. Szczęśliwy, szeroko uśmiechnięty, prosto do swojego trenera. Zwalnia koło niego, a fiński mistrz Yoda patrzy na niego chwilę, kładzie mu rękę na ramieniu, mówi powoli „ja, gut Adam”. I tyle. Swoją drogą, przed drugim skokiem (nie pamiętam w którym konkursie) Hannu pokazał do kamery uniesiony kciuk. To był znak dla jego żony, która denerwowała się przed telewizorem. Poinformował ją, że będzie dobrze. Już wiedział, widział jaki jest wiatr, a o swojego skoczka był spokojny.

Jak będzie teraz? Liczę na Justynę, żadne odkrycie. Będzie mocna, jestem przekonany. Skoczkowie? Wiadomo, wreszcie dzieje się coś dobrego. Już nie trzeba być Apoloniuszem Tajnerem, żeby wszędzie szukać optymizmu, bo teraz ten ma uzasadnione podstawy. Biathlonistki? Dlaczego nie? Do tego panczeny, pod koniec sezonu błysnął Mateusz Ligocki i Karolina Riemen. Właściwie gdzie nie spojrzeć dało się znaleźć biało-czerwoną flagę. Właściwie to sukcesy ponad stan i możliwości. Ale na pewno nieprzypadkowe. Chociaż czy kiedy za kilka miesięcy świat doda gazu nie zostaniemy z tyłu, „jadąc” swoim tempem?

Zobaczymy. Na razie można było jednak odnieść wrażenie, że polski sport zimą stoi. To akurat błąd. Polski sport ogólnie jest słaby. Ja tam mimo wszystko liczę, że po Soczi znowu wszystkim zostaną w głowach piękne wspomnienia. Trzysta dni, odliczamy dalej…