Polaka stać na wygrywanie w Tour de France

No to jedziemy. A właściwie jadą uczestnicy jubileuszowego, setnego Tour de France. Mam problem z tym wyścigiem – czekam (jak co roku) z dużą ciekawością na wydarzenia, szczególnie w górach i jednocześnie… sam nie wiem co myśleć.

Kto wygra? Jeśli nie zrobi tego Chris Froome, będziemy mieli chyba sensację roku. Gość jeździ jak Jacek Czachor na motorze w rywalizacji z dziećmi na trójkołowcach. Kiedy chce, dodaje gazu i po prostu odjeżdża. Bez widocznego wysiłku, bez bólu i cierpienia. Nie musi poprawiać swoich ataków, nie musi się oglądać za siebie. I robi to facet, którego kilka lat temu kibice kompletnie nie kojarzyli. A jeśli już to dlatego, że ścigał się z dość oryginalną w zawodowym peletonie kenijską licencją. Ba! Trzy sezony temu wyrzucili go z Giro d’Italia, bo trzymał się samochodu na podjazdach. Później przeszedł metamorfozę i już drugi sezon jeździ jak młody Bóg. Ba! Tour powinien wygrać rok temu, ale szefowie Sky kazali mu przywieźć na pierwszym miejscu Bradleya Wigginsa. Ten ostatni był słabszy od Chrisa, ale co z tego? To on dostał od królowej tytuł szlachecki. Teraz Froome jedzie tylko dla siebie. I pewnie zrobi swoje. Chociaż… ja jakoś tak nie umiem tego kupić bezwarunkowo. Może jestem niesprawiedliwy, niepotrzebnie uprzedzony, może marudny, ale podchodzę do Froome’a z rezerwą. I to się już pewnie nie zmieni. – Mam swoje cele, związane z tourem i to nie tylko w tym roku, ale przez następne sześć czy siedem sezonów. Za każdym razem, gdy stanę na starcie to z jedną myślą: walki o żółtą koszulkę – powiedział jakiś czas temu Chris w rozmowie z „Time”. Już jeden kiedyś wygrywał seryjnie. Pamiętacie?

Kto jeśli nie Froome? Większość wskazuje Alberto Contadora. Fakt, w ostatnich latach jeździł wspaniale. Tyle że po „wakacjach”, na które wysłali go po przejedzeniu stekami z clenbutoerolem, jakoś nie przypomina dawnego Alberto. Niby ciągle w czołówce, niby akcentuje swoje akcje, ale to już nie to, przynajmniej do tej pory tak było. Co dalej? Porte? Valverde? Evans? A może ktoś inny? Nie wiem, ale jedno jest pewne – jeśli nie wygra Froome, względnie Contador, będziemy mogli mówić o naprawdę wielkiej niespodziance.

Mnie ciekawią Polacy. Michał Kwiatkowski to kandydat do zdobycia białej koszulki najlepszego młodzieżowca. A może poszuka swojej szansy na którymś z etapów? Stać go na wygrywanie, nawet w Tour de France. Wiem, wiem, dla wielu jestem zbyt wielkim optymistą, ale obserwuję jak jeździ ten chłopak i jak się rozwija, jaką drogę przeszedł od mistrza świata juniorów do teraz. Trafiła nam się perełka i jeszcze wiele radości dostarczy nam ten chłopak. Dla mnie Michał jest dzisiaj numerem jeden w polskim kolarstwie.

Co do dwóch pozostałych… Maciek Bodnar najpewniej przez większość wyścigu będzie niewidoczny, ale on akurat pracuje najwięcej wtedy, kiedy na trasie nie ma jeszcze kamer. Robota to niewdzięczna, ale uwierzcie – Bodnar to bardzo ceniona „firma” w światowym peletonie! No i Przemysław Niemiec. Giro d’Italia ukończył w pierwszej dziesiątce i narobił wielu apetytów na więcej. Czy we Francji stać go na powtórkę? Trudno powiedzieć, bo Przemek na pewno jest zmęczony, ale coś nam mówi, że Niemiec nie odpuści i poszuka swojej szansy.

Szkoda tylko, że Hiszpanie z Movistaru nie zabrali na TdF Sylwestra Szmyda. Szkoda, bo lubię oglądać Sylwka w akcji, kiedy rozrywa peleton pracując dla swojego lidera. Dla mnie jest najlepszym polskim kolarzem ostatniej dekady, chociaż w sumie wygrał tylko jeden raz. Jednak to on przez wiele lat łączył Polskę z poważnym ściganiem. I nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Diablo skuteczny Krzysiek

Wygraną z Rachimem Czakijewem w piątej obronie pasa mistrza świata federacji WBC w wadze junior ciężkiej Krzysztof Włodarczyk zrobił dla siebie i swojej kariery więcej niż czterema poprzednimi. Tak mi się wydaje, przynajmniej tak na gorąco tuż po pojedynku.

W ringu w Moskwie zaczęło się właściwie tak, jak można było się spodziewać, czyli zły początek i powolne dochodzenie do głosu. Spodziewałem się, że Czakijew ostro ruszy, ale że aż tak to już niekoniecznie. Dobra, będę szczery, bałem się o wynik tej walki okrutnie. Nie dlatego, że nie wierzę w Krzyśka. Oglądałem w życiu trochę jego treningów i wiem co umie. Prawie wszystko. Gorzej mu idzie sprzedawanie tego w ringu. W Moskwie też nie było najlepiej. Jak to sam określił boksował „ślamazarnie”. Ale skutecznie, diabelsko skutecznie. Ja wiem, że teraz można mówić o braku doświadczenia Czakijewa, o tym, że zabrakło mu sił i szukać jeszcze więcej dziur w tym sukcesie, ale po co? I, przede wszystkim, co to obchodzi Diablo?

Chłopak pojechał na teren rywala, właściwie nie był faworytem, a jednak wraca ze swoim pasem. Koniec, kropka. Udowodnił, że choć nie zawsze radził sobie z własnym życiem to jednak ma jaja, jest wojownikiem i prawdziwym mistrzem. Tak to widzę. Pewnie, jest nad czym pracować i co poprawiać, popełnia błędy, ale kto ich nie robi?

– Nabrałem do niego jeszcze więcej szacunku. Krzysiek to wielki zawodnik. Wiedziałem już wcześniej, że jest twardym i upartym skurczybykiem, ale to co pokazał… nic, tylko patrzeć i brać przykład. Ukłony przed nim. Jestem z niego dumny – mówił mi tuż po walce Artur Szpilka. I dobrze, niech się uczy. – Cieszę się, że wygrał! – uśmiechał się z kolei Tomek Adamek. W wielu miejscach ściskali kciuki za Krzyśka.

Chociaż, nie wszyscy. Pomijam netowych napinaczy, którzy liczyli na porażkę, bo go nie lubią albo nie lubią grupy, w której walczy Włodarczyk. Szkoda czasu… Ci, którzy oglądali walkę w telewizji (obojętnie jakiej) pewnie słyszeli jak czekając na wywiad i myśląc pewnie, że jeszcze nie jest na wizji krzyczał coś w stylu, że „ja mu kurwa nie daruję tego ciężkiego ko”. Słyszałem, że to takie pozdrowienia dla dawnego mistrza pięści, a do niedawna prezesa Polskiego Związku Bokserskiego Jerzego Rybickiego, który wieszczył ponoć sromotną porażkę Diablo w Moskwie.

Teraz pytanie co dalej z Diablo? Wcześniej wszędzie mówiło się dużo o rewanżu. Teraz zastanawiam się czy to w ogóle miałoby sens. Zresztą, nie tylko ja. Andrzej Wasilewski twierdzi, że jeśli pojawi się dobra oferta to dlaczego nie, ale jego zdaniem nie pojawi się raczej żadna. Nawet jeśli tak będzie to nic się nie stanie. Diablo ma co robić. I oby tylko walczył częściej niż raz na rok.

Wielki powrót Bartłomieja Bonka

Dzisiaj w „Przeglądzie Sportowym” mój kolega Szymon Tomasik opisuje powrót na pomost Bartka Bonka. Sztangisty, który podczas igrzysk olimpijskich w Londynie zdobył brąz. Brąz, którego nikt właściwie nie miał prawa się spodziewać. Bartek wykorzystał prezent od losu i nie zmarnował szansy.

– Gdybyś mi miesiąc temu powiedział, że zdobędę tutaj medal to tylko zacząłbym się śmiać i powiedział, że to niemożliwe. I kazałbym ci się puknąć w czoło – mówił mi jeszcze w Londynie przy okazji nagrywania „Londyn Stop Cafe”. Z brązowym medalem na kolanach opowiadał o różnych sprawach. O tym, że świadomość sukcesu dociera do niego bardzo powoli, że czasem brakuje pieniędzy, że podczas przygotowań do igrzysk połknął dziesiątki tabletek przeciwbólowych, żeby móc wejść na salę treningową, a miesiąc przed wylotem do Londynu zastanawiał się czy to w ogóle ma sens. Podobało mi się w nim to, że nie dorabiał jakiejś sztucznej ideologii do swojego medalu. Wiedział, że wykorzystał prezent, po prostu. Pamiętam, że przed nagraniem, kiedy onetowa ekipa szykowała sprzęt staliśmy jakiś czas na balkonie naszego londyńskiego studia. Pod nami Park Olimpijski, tysiące ludzi, a Bartek tak naprawdę najchętniej opowiadał o innym „sukcesie”, który czeka na niego w domu. Później wszystko powtórzył przed kamerą.

– Staraliśmy się z żoną o drugiego potomka. Okazało się, że będę miał dwie dziewczynki, bliźniaczki! Jestem bardzo szczęśliwy. Pod koniec tego roku zostanę tatą dwóch córeczek – cieszył się z tego co przed nim. Pogadaliśmy nawet o ich przyszłości. Bartek nie chciał dziewczynek namawiać na sport, a już na pewno nie na ciężary. Starszego synka zresztą też nie. Medal był ważny, pewnie, ale tak naprawdę jako środek do zapewnienia normalnego życia powiększonej rodzinie. Pięknie, bajkowo, optymistycznie…

Bajka się skończyła. Niedługo później Polskę obiegła informacja, że jedna z dziewczynek walczy o życie. Błąd lekarzy w Opolu sprawił, że Julia urodziła się z poważnym niedotlenieniem mózgu. Dzisiaj już jest w domu, ale podłączona do specjalnej aparatury i być może nigdy nie wróci do normalnej sprawności. – Nie ma pan pojęcia co przeżywamy patrząc z jednej strony na Maję, która świetnie się rozwija, szaleje i bryka, a z drugiej na Julię… – mówi w PS Bartek. Czytam i nie wyobrażam sobie tego, co przeżywa jego rodzina. Nie umiem, nie chcę.

Bartek opowiada, że pod swoim oknem widział na spacerze z wnukiem ordynatora oddziału, który nie zgodził się na cesarskie cięcie u jego żony. – Szkoda gadać – mówi tylko. Dzisiaj walczy ze szpitalem o odszkodowanie, które pozwoli im normalnie i odpowiednio opiekować się Julką. Trzymam kciuki.

Bonk postanowił jednak wrócić na pomost, do pracy. W sobotę, w drugiej rundzie drużynowych mistrzostw Polski we Wrocławiu spróbuje pomóc swojej drużynie, Budowlanym Opole. Nie wiem czy faktycznie jest w dobrej formie, ale cieszę się, że wraca. Bez względu na wszystko, ten powrót już jest wielki. – Ile jeszcze będę dźwigał? Nie wiem, zależy od zdrowia – mówił mi wtedy w Londynie. Teraz wszystko zależy też od wielu innych czynników, ale i tak trzymam kciuki. – Chciałbym na kolejnych igrzyskach, w Rio de Janeiro potwierdzić, że ten medal z Londynu nie był przypadkowy – to zdanie Bartka też zapamiętałem. Trzymaj się, mimo wszystko.