Potęga? Co za bzdury…

Miałem już nie pisać (przynajmniej przez jakiś czas) o tenisie, Agnieszce Radwańskiej, Jerzym Janowiczu i Łukaszu Kubocie, ale… No dobra, w sumie o naszych gwiazdach będzie najmniej. Ja w innej sprawie – nie wierzcie za bardzo w to, co teraz opowiadają wam politycy i działacze. W sumie nic nowego – raczej kłamią, jak zwykle.

Tym razem chodzi o rozwój tenisa w Polsce. No więc „nie możemy zmarnować szansy”, „musimy wykorzystać okazję” i, oczywiście „bierzemy się za budowanie kortów”. Słucham tego wszystkiego i tylko się śmieję. Kilka lat temu, choć lepsze już jest słowo „bardzo dawno temu” podobnie było z basenem po sukcesach Otylii Jędrzejczak.

Budowie obiektu o wymiarach olimpijskich „dla naszej Oti”, choć tak naprawdę dla całej dyscypliny, poświęciłem wiele tysięcy znaków wklepanych w klawiaturę, które później wydrukowano w „Przeglądzie Sportowym”. Przez chwilę myślałem nawet, że to ma sens, że coś się ruszy, pójdziemy za ciosem, coś się zmieni. Ministrowie, posłowie, działacze – wszyscy mówili, mówili, mówili i jeszcze więcej obiecywali. Były plany, terminy i uśmiechy. Zbudujemy w Warszawie ośrodek przygotowań z prawdziwego zdarzenia. Pewnie.

No niby jest w stolicy 50-metrowy basen, ale… Wiecie dlaczego nie można na nim przeprowadzać żadnych poważnych zawodów? Bo tak naprawdę nie ma tych 50 metrów, tylko kilka centymetrów mniej. A zawodowcy nawet trenować tam za bardzo nie mogą, bo nikomu to się nie opłaca. Dobrze, że po tylu latach wybudowano obiekty, choćby w Szczecinie. Ba! Wybudowano wiele innych, ale właściwie wszystkie mają zarabiać pieniądze, więc potrzebne są tam bardziej zjeżdżalnie niż sportowcy. Oczywiście o żadnym systemie nie ma mowy. Po Otylii i reszcie pływaków z tamtych złotych czasów zostały w sumie piękne wspomnienia. Budowanie ośrodka? To już niemodne, więc nie ma sensu.

Później przyszedł czas Justyny Kowalczyk. Ta od samego początku opowiada o tym, że brakuje nam trasy rolkowej, takiej naprawdę porządnej. Już nawet nie dla niej, bo Justyna radzi sobie i bez tego, ale dla młodszych zawodników. Zresztą, nie tylko dla biegaczy, ale też biathlonistów i przedstawicieli wielu innych dyscyplin. „Oczywiście, trzeba to zrobić, warto dla następnych pokoleń, ble, ble, ble”. Trasy nie ma. To znaczy jest, ale na tej w Zakopanem to mogę sobie pohasać ja. Zresztą, głupie wylanie nowego asfaltu wymagało takich zabiegów, jakby chodziło o start promu kosmicznego. Kiedy przyjechali Norwegowie nakręcić materiał o Justynie i zobaczyli to miejsce, poprosili, żeby już przestać żartować i zabrać ich tam, gdzie Justyna naprawdę trenuje. Nie mogli pojąć, że to nie wkręt, a rzeczywistość. Ale co tam trasa, po co zajmować się drobiazgami – zorganizujmy od razu igrzyska olimpijskie! Kto bogatemu zabroni, prawda?

W międzyczasie były produkowane taśmowo Orliki. Złośliwi mówią, że przede wszystkim na sztukę i w sumie bez sensu. Ale co tam, te przynajmniej są.

Teraz nadszedł czas kortów. A więc wszyscy biegiem do sklepu sportowego po rakiety, będziemy odbijali zielone piłki! Wyprodukujemy kilku nowych Janowiczów i Radwańskie, będziemy potęgą. Ba! Już jesteśmy. Co za bzdury… Czytam wypowiedzi działaczy, że skoro Rosjanie mogli, to dlaczego nie my? Przecież już mamy sukcesy. Co prawda za pieniądze upartych rodziców, którzy w ten sposób postanowili zainwestować w przyszłość dzieci (i swoją rzecz jasna) i Ryszarda Krauzego z Prokomu, który przez lata wspierał polski tenis, a nie dzięki systemowi szkolenia, ale kto o tym pamięta, skoro można sobie ocieplić wizerunek fajną fotką ze sportowcem? Prezydent, minister, wszyscy uśmiechnięci. Poza tymi, którym akurat teraz nie było to dane. Nic to, zrobią sobie z kolejnymi gwiazdami, kiedy już dojdą do władzy. Bo przecież niedługo o tenisie wszyscy zapomną, a zaczniemy być „potęgą” w czymś innym. Oczywiście potęgą z przypadku. Na co stawiacie?

Dzięki, Agnieszka! Mimo wszystko.

Szkoda tego półfinału, bardzo szkoda. Pewnie jak wielu innych widziałem już Agnieszkę Radwańską w finale. Ba! W wygranym finale. Wszystko układało się bajkowo, a tu nic z tego, nie tym razem. Ja tam jednak na długo zapamiętam ten mecz. I wcale nie dlatego, że skończył się porażką.

Nie znam dziewczyny, może kilka razy widziałem ją gdzieś na żywo. Za to lubię oglądać jej mecze. I nic mnie nie obchodzą głosy fachowców, że Radwańska zaszła tak daleko w rankingach, bo dzisiaj mamy niższy poziom. Nawet jeśli to co z tego? Czy z tego powodu powinna mieć wyrzuty sumienia? Weszła w wielki świat zawodowego sportu, zarabia grubą kasę i najpewniej tego typu krytykę ma gdzieś. Pewnie, z taką Williams w dobrej formie jest w bez szans, z kilkoma innymi też, ale nie zawsze wszyscy są w „dobrej formie”. Kolejny raz – to naprawdę nie jest problem Polki.

Dzisiaj przegrała półfinał Wimbledonu. Szkoda, bo zwycięstwo w Wielkim Szlemie było pewnie bardziej realne niż kiedykolwiek. A jednak dzięki, Agnieszka. Mimo wszystko. Dawno już nie oglądałem meczu z takim zainteresowaniem. Pewnie, było dużo błędów. Pewnie, zwycięstwo było na wyciągnięcie ręki. Pewnie, Lisicki (Lisicka?) przeplatała asy trudnymi do wytłumaczenia babolami. Czepiać można się długo, ale niech to robią inni. Ja tam zawsze chętnie mecz Radwańskiej obejrzę. Mniejsza, słabsza, ale sprytna dziewczyna, która potrafi zagrać ciekawie. Nie palnąć na siłę, ale coś wymyślić. Nie wiem czy kiedykolwiek wygra wielkoszlemowy turniej, ale tak czy inaczej, wielu zapamięta ją z tej umiejętności nieszablonowej gry. Trzymaj się, Agnieszka i rób swoje.

Żeby było jasne – nie jestem bezkrytycznym fanem Radwańskiej. Zresztą, jak żadnej gwiazdy. Bo że Radwańska jest dzisiaj globalną marką chyba nikt nie ma wątpliwości. Słyszę od ludzi, że jest trudno dostępna, że miewa fochy i tak dalej, ale to znowu nic nadzwyczajnego, szczególnie u kobiet, prawda? Pewnie, że średnio mi się podobało jak wyzywała własnego tatę (nawet jeśli faktycznie jej przeszkadzał). Tak samo średnio fajne (przynajmniej moim zdaniem) były wpisy o katastrofie smoleńskiej na nieistniejącej już stronie sióstr z Krakowa, które najpewniej zamieszczał tam tata Radwański. Takie mieszanie sportu i polityki to dla mnie głupota. Raczej szukałbym tam informacji o porannym treningu, zapowiedzi meczu albo fotki z lotniska przed kolejną podróżą niż opinii na temat tego jak twarda może być brzoza. No ale podobno pan Radwański dzisiaj już głównie odpoczywa w Krakowie. A córka gra w tenisa. I to fajnie, przynajmniej dla oka.

Tymczasem ciągle ktoś ma jakiś problem. Dzisiaj część kibiców, co widać na forach (w sumie nawet zrozumiałe, bo nadzieje były wielkie), szczególnie tych, gdzie można wpisywać się anonimowo. Ba! Ostatnio wyczytałem, że nawet pewien ksiądz „potępił” Agnieszkę za to, że ta zdecydowała się wystąpić w odważnej sesji zdjęciowej. Oczywiście, efektów jeszcze nikt nie oglądał, ale widać krytykować można i bez tego. No bo czemu nie, widać ksiądz lubi być klikalny.

Klikalny był też serial pod tytułem „Radwańska w Londynie”. Pamiętam konferencję przed rozpoczęciem ostatnich igrzysk olimpijskich, już w angielskiej stolicy. W niewielkiej salce Agnieszka, wokół przedstawiciele wszystkich świętych polskiego sportu, na sali przedstawiciele pewnie wszystkich akredytowanych mediów z Polski. Też byłem, choć akurat tenis to raczej nie moja działka. No i Radwańska opowiada o losowaniu, o szansach, aż wreszcie mówi o stroju, w którym zamierza wystąpić podczas igrzysk. Że niebieski z pomarańczowym, a na plecach napis „Poland”. Wszyscy dzielnie notują, wszyscy kiwają głowami, nikt się nawet nie zająknął, że to nie jest najlepszy pomysł. Oczywiście, sam też się nie odzywałem, ale to dlatego, że dla mnie akurat kolory koszulki nie miały wielkiego znaczenia. Szepnąłem jednak do kogoś obok, że to w sumie ciekawe, bo spodziewałem się jakiejś „patriotycznej kontry”. Spisałem więc co powiedziała nasza zawodniczka, wysłałem i zapomniałem. Po porażce z Goerges się zaczęło. Jak mogła? Bez orzełka?! Dlaczego nie biało-czerwony? I tak dalej, i w tym stylu. Ci sami „wszyscy święci” oburzeni, media wariują. Gdyby jeszcze wszyscy skupili się tylko na sporcie, byłoby ok. Tym bardziej, że były powody. Ale że równie dużo miejsca poświęcono koszulce? Głupio tak w sumie podśmiewać się z kolegów, ale długo się zastanawiałem o co w tym chodzi. Nie słyszeli? Przestali lubić niebieski i pomarańczowy? Wcześniej było cacy, później już nie? Pewnie, Radwańska jednak trochę nie przemyślała tematu, ale bez przesady. My jednak chyba lubimy przesadzać. Po sukcesach i porażkach…

Kwiatkowski otwiera nowy rozdział polskiego kolarstwa

Szkoda tej koszulki… – pomyślałem po jeździe drużynowej na czas podczas Tour de France. Michałowi Kwiatkowskiemu zabrakło niecałej sekundy (na dwudziestu pięciu kilometrach!), żeby założyć najbardziej rozpoznawalny trykot świata sportu. A chwilę później przyszło mi do głowy co innego – gdyby kilka lat temu powiedział mi, że będziemy mieli takie „problemy” pewnie tylko bym się zaśmiał. W poważnej grupie ścigał się tylko Sylwek Szmyd i to by było na tyle Polaków w wielkim świecie kolarstwa.

Teraz jest znacznie lepiej, nasi szosowcy w zagranicznych ekipach naprawdę stanowią mocne punkty. Oczywiście nie oznacza to, że nasze kolarstwo wyszło z kryzysu, ale to temat na inną opowieść… Wolę wrócić do Kwiatkowskiego. Bo jednak gdzieś tam głęboko jest zawód i można sobie pomarudzić. Nie żebym miał pretensje do Michała, w żadnym razie i wręcz przeciwnie! Chłopak w debiucie na takiej imprezie wykonuje fantastyczną robotę. Ba! To co pokazuje w całym tym sezonie jest super. Wiosenne klasyki, Tirreno-Adriatico, momenty w Dauphine, no i teraz Tour de France! Było już czwarte i trzecie miejsce indywidualnie, a teraz drugie z kolegami w drużynie. A że apetyt rośnie w miarę jedzenia to nic dziwnego, że czekamy na dokończenie tej wyliczanki. Sorry, Michał, tak to działa… Już sobie wyobrażam szum wokół „Kwiatka” przy okazji Tour de Pologne.

A jednak nie ma co ukrywać – szkoda tej drużynówki. Może dzisiaj bardziej nawet nam niż Michałowi. My rozpamiętujemy, on jedzie dalej. Rozmawiałem o tym z Michalem Gołasiem, przyjacielem „Kwiatka” i jednocześnie kolegą z grupy Omega Pharma-Quick Step. – Mam nadzieję, że walka o żółtą koszulkę jeszcze się nie skończyła. Może spróbuje na trudniejszych etapach? Jest w super formie – zastanawiał się Michał, ale chwilę później przyznał, że takiej szansy jak we wtorek zawsze będzie szkoda. – Była niepowtarzalna – powiedział mi Michał.

„Goły” tour ogląda w telewizji. Przyznał, że tak jest nawet trudniej niż siedzieć na rowerze w peletonie. On sam rok temu miał wielką szansę założyć różową koszulkę lidera Giro d’Italia. Nie wyszło. Michał opowiada, że wtedy tak bardzo się tym nie przejmował, ale później przyszła jednak refleksja. – Po jakimś czasie inaczej na to patrzyłem. Szkoda mi było… – wspominał. Jego przyjaciel mógł dokonać tego, co udało się Lechowi Piaseckiemu 26 lat temu. 26 lat! Tyle czekamy na to, aby kolejny polski kolarz założył maillot jaune. Było blisko. Czy Kwiatkowski też tak na to spojrzy? Nie mam pojęcia, chociaż wydaje mi się, że akurat on realnych szans na wielkie sukcesy będzie miał jeszcze sporo, bo takiego talentu w polskim kolarstwie nie mieliśmy od wielu, wielu lat. Jak dla mnie to kolarz, który może nam przywieźć medal igrzysk olimpijskich z Rio de Janeiro. Maciek Bodnar, inny Polak w zagranicznej grupie przed tą drużynową czasówką mówił mi, że „Kwiatek może otworzyć nowy rozdział polskiego kolarstwa”. We wtorek nie całkiem się udało, ale coś mi mówi, że to tylko kwestia czasu.