Maja Włoszczowska: łza się w oku kręci

Drugim miejscem w RPA bym nie wzgardziła – mówiła mi Maja Włoszczowska przed startem w mistrzostwach świata w RPA. Mówi i ma, dzisiaj zdobyła swoje czwarte srebro (w startach indywidualnych) tej imprezy.

Swoją drogą, drugie miejsce to chyba jej ulubione. Cztery razy była też druga w mistrzostwach Europy i oczywiście ma też srebro igrzysk olimpijskich z Pekinu. Oczywiście, złote medale na światowym i europejskim czempionacie też zdobywała. To z Pietermaritzburga jest jednak wyjątkowe, bo i wyjątkowy to rok dla Majki. Zmieniła ekipę na zagraniczną (sponsorowaną przez producenta rowerów Giant), ale przede wszystkim wracała po kontuzji, która wyeliminowała ją ze startu w ubiegłorocznych igrzyskach olimpijskich w Londynie i mistrzostw świata w Austrii. Obrazek koszmarnie wykrzywionej stopy obiegł wtedy internet. Rehabilitacja trwała miesiącami. Za to wróciła od razu w wielkim stylu. Zresztą, nie pierwszy raz. Pamiętam 2009 rok i wyprawę do australijskiej Canberry. Razem z ówczesnym trenerem Andrzejem Piątkiem głośno mówili, że celem jest tęczowa koszulka. Tymczasem walkę o złoto Majka oglądała na ekranie komputera zaraz po wyjściu ze szpitala. Na jednym z ostatnich treningów przed startem uderzyła twarzą w ostre kamienie. „Zęby, szczęka, twarz” – takiego smsa przysłał mi trener Piątek po wypadku, w drodze do szpitala. Byłem tam i gdyby nie to, że Majka wciąż miała na sobie biało-czerwony strój reprezentacji Polski, nie poznałbym jej. Nikt by nie poznał. Lekarze podejrzewali skomplikowane złamanie szczęki, o rowerze nikt nawet nie myślał. Kilka tygodni później zdobyła srebro mistrzostw Europy w maratonie, a w kolejnym sezonie, już w Kanadzie, upragnioną „tęczę”. Teraz było pewnie trochę mniej spektakularnie, ale też szacunek!

Tym bardziej, że od początku sezonu Majka ściga się na bardzo stabilnym poziomie. Trzy razy była druga (a jakże!) i dwa razy jedenasta w zawodach Pucharu Świata. Srebro z RPA też ją cieszy, chociaż… – Jestem z siebie bardzo dumna, bo startuję też w tym sezonie we wszystkich zawodach Pucharu Świata, a przecież kilka dziewczyn odpuściło choćby wyjazd od Kanady. Zaryzykowałam i fajnie, że udało się to wszystko pogodzić. Natomiast nie ukrywam, że kiedy tytuł jest tak blisko… Cóż, łza się w oku trochę kręci i wcale nie ze szczęścia. Julie była jednak też bardzo silna i też wróciła po kontuzji. Powtórzę jeszcze raz: jestem dumna z super wyścigu i naprawdę wielkiej walki, ale jest też trochę smutku – powiedziała mi Maja kilkadziesiąt minut po ukończeniu zawodów. Sama jednak wie, że Julie Bresset (kolejna wracająca po kontuzji) była chyba jednak w sobotę troszkę silniejsza.

 

Rozmowę z Mają po zdobyciu srebra w RPA znajdziecie tutaj:


http://kolarstwo.przegladsportowy.pl/Kolarstwo-Maja-Wloszczowska-po-zdobyciu-wicemistrzostwa-swiata,artykul,179986,1,975.html

Szymon Kołecki i Andrzej Fonfara gośćmi magazynu „Ring”

Ostatnimi gośćmi Janusza Pindery i moimi w magazynie „Ring” byli Andrzej Fonfara po walce z Gabrielem Campillo i Szymon Kołecki, dwukrotny wicemistrz olimpijski w podnoszeniu ciężarów, a obecnie prezes PZPC.

Jedziemy chronologicznie, czyli zaczynam od Andrzeja. W pierwszej części programu mówił o Legii Warszawa. O tym jak się zaczęła jego „kibicowska” przygoda, o przyjaźni z Arturem Borucem i kilku innych wątkach związanych z piłką nożną. Jedno jest pewne – typowanie wyników mu nie wychodzi najlepiej, bo przed pierwszym meczem ze Steauą Bukareszt stawiał na 2:1 dla legionistów… Cóż, dzisiaj ten klip to już w sumie staroć, ale gdyby ktoś chciał zerknąć to niżej link:


http://eurosport.onet.pl/boks/polski-ksiaze-stawia-na-legie-warszawa/n822s

Później było już o boksie i o przyszłości Fonfary w wadze półciężkiej. Andrzej przekonuje, że jest już o krok od walki o tytuł mistrza świata. A jeszcze bliżej ma do stałego kontraktu z telewizją HBO. O tym tutaj:


http://eurosport.onet.pl/boks/andrzej-fonfara-o-krok-od-kontraktu-z-hbo/9bhlp

 

I wreszcie „deser”, czyli Szymon Kołecki. Pierwsza część rozmowy jest już dostępna pod linkiem:


http://eurosport.onet.pl/boks/szymon-kolecki-po-kilku-tygodniach-dalbym-rade-w-mma/h3y1g

Polecam, bo jest ciekawie. O tym, że Szymon woli jednak MMA od boksu, co mnie akurat zasmuciło. Poza tym, że kiedyś myślał na poważnie o spróbowaniu swoich sił w sportach walki i kiedy już przestanie być prezesem PZPC, do tego pomysłu może wrócić. I ile czasu potrzebowałby na przygotowanie do walki z Krzysztofem Ibiszem…

A już wkrótce: Szymon Kołecki „zawstydza” bokserów i zawodników mma ;)

Co siedzi w głowie Mike’a Tysona?

Nie mam pojęcia czy Mike Tyson jest na granicy śmierci. Niby sam o tym mówi, ale wcześniej też sam opowiadał z tysiąc razy, że mroczna przeszłość dawno za nim i że jest czysty jak łza. – Chcę żyć w trzeźwości. Nie chcę umrzeć. A je­stem na gra­ni­cy śmier­ci, ponieważ jestem okrut­nym al­ko­ho­li­kiem. Nie bra­łem żad­nych nar­ko­ty­ków i nie piłem od sześciu dni i dla mnie jest to w ogóle cud. Wszyst­kich okła­my­wa­łem, że je­stem czy­sty, ale nie je­stem. To mój szó­sty dzień. Już nigdy wię­cej niczego nie wezmę – mówi teraz. Do tego oczywiście zestaw banałów: – Je­stem cza­sa­mi złym ko­le­siem. Zro­bi­łem bar­dzo dużo złych rzeczy i chciał­bym, żeby mi wy­ba­czo­no. Chcę zmie­nić swoje życie, chcę je pro­wa­dzić w inny spo­sób.

Nie oceniam jego wyborów, tych życiowych przynajmniej, bo to nie moja rola. Chcę, żeby został w mojej pamięci przede wszystkim jako wielki bokser, jeden z największych. Taki, którego walki lubię sobie często oglądać w internecie do znudzenia. Warto, bo był wyjątkowy. Tyle tylko, że w jego przypadku cholernie trudno oddzielać boks od „normalnego” życia. Pamiętam przecież szopki z konferencji prasowych, powody, dla których trafił do więzienia, co z kolei przerwało jego karierę. I nie sposób nie pomyśleć o tym, co by było gdyby… Tu wszystko się łączy, więc o pewnych rzeczach nie da się zapomnieć (Ok, występy w show innego niegrzecznego syna Ameryki, Charliego Sheena, można puścić w niepamięć).

Teraz słyszę gościa, który z sercem na dłoni mówi o tym, jak bardzo jest zły i jak jeszcze bardziej chce się zmienić. I do razu widzę go kiedy przyjechał pierwszy raz do Polski reklamować puszki z napojem energetycznym. Rozbiegany wzrok podczas żenującej konferencji prasowej (to już akurat wina kompletnie nieprzygotowanych organizatorów) to najmniejszy problem. Pamiętam za to dokładnie jak opowiadał, że boks w sumie to nie jego bajka, bo teraz lata po świecie i spotyka różnych ludzi. – Nie interesuję się tym – mówił tłumacząc, że brakuje mu cierpliwości i skupienia. Minęło trochę czasu i Mike został promotorem, żeby „znaleźć nowego nowego czempiona kategorii ciężkiej z mojej ojczyzny”. Pewnie, najprawdopodobniej Tyson głównie „daje twarz” całemu przedsięwzięciu, a prawdziwą robotą zajmują się inni, ale co z tego?

Poza tym, nie on pierwszy i nie ostatni, bo losy wielu legend (nie tylko sportowych) są zadziwiająco podobne. Paul Gascoigne, Diego Maradona i inni umieli wchodzić na najwyższe szczyty, ale kiedy zaczynali drogę w przeciwnym kierunku, dotykali dna. I wszyscy kłamali. A problem z zawodowymi kłamcami jest zawsze ten sam – nigdy nie wiesz, kiedy mówią prawdę. Kiedy są prawdziwymi fachowcami w tej dziedzinie… zaczynasz się zastanawiać czy to aby nie jest tylko kolejny pomysł obliczony na wzrost zainteresowania. Mike Tyson to wybitny ekspert we wciskaniu kitów. I dzisiaj naprawdę nie wiem czy Mike Tyson faktycznie jest ciężko chorym gościem czy tylko rozpoczął nową gierkę, dzięki której znowu trafił na usta wszystkich. Sorry, Mike, sam jesteś sobie winien.

Co z tym pasem Diablo Włodarczyka?

No i narobiło się trochę zamieszania związanej z przyszłością Krzysztofa Włodarczyka i jego pasa mistrza świata federacji WBC w wadze junior ciężkiej. Jakby ktoś jeszcze nie czytał i nie wiedział o co chodzi, a miałby ochotę to proszę bardzo:


http://boks.przegladsportowy.pl/Boks-Krzysztof-Diablo-Wlodarczyk-dobrowolnie-moze-oddac-pas-mistrza-swiata,artykul,178983,1,290.html

Co dalej? Na razie stawiam, że jednak dojdzie do trzeciej walki Włodarczyka z Giacobbe Fragomenim.

P.S. A dzisiaj w onecie nowy odcinek magazynu Ring. Tym razem z Andrzejem Fonfarą, który opowiada o Legii Warszawa i swoich przewidywaniach przed meczem w Bukareszcie. Całość tutaj:


http://eurosport.onet.pl/boks/polski-ksiaze-stawia-na-legie-warszawa/n822s

Kamil Stoch pewny siebie, dobre wiadomości dla Justyny Kowalczyk. Zimo, czekamy!

Kamil, jak cię znam to jeśli w Soczi nie zdobędziesz medalu, wrócisz mocno zawiedziony – mówiłem ostatnio do Kamila Stocha. Niby każdy sportowiec chce wygrywać i zdobywać medale, ale akurat nasz skoczek często uciekał od takich pytań. Teraz też powiedział mi, że niczego nie obiecuje, ale zaczął odpowiedź inaczej. – Szczerze? Tak. Medal to jedno z moich marzeń – przyznał (zresztą, cały wywiad tutaj:
http://skoki-narciarskie.przegladsportowy.pl/Sporty-zimowe-Kamil-Stoch-przed-igrzyskami-w-Soczi,artykul,178927,1,300.html
).

Podoba mi się ta przemiana Stocha, którą obserwuję już od pewnego czasu. Podoba mi się jak dojrzewa jako sportowiec. Już nie taki zagubiony jak kiedyś, już bez scen z waleniem pięścią w ściany szatni z bezsilności. Odwrotnie – pewny siebie i swojej wartości chłopak, który nie boi się mówić o marzeniach. Zresztą, cała ta kadra dorosła. Dzisiaj nie musimy się wstydzić rozmów o medalu zespołu, bo ci chłopcy po prostu są w stanie stawać na podium. Nie wiem jaka będzie zima, udane lato to też dla mnie żaden wielki wykładnik, bo to tylko skoki na trawnikach. Ale jednak coś się zmieniło. Pamiętam czasy, kiedy czekaliśmy z innymi dziennikarzami na Adama Małysza. I tylko na niego. Dzisiaj Małysza na skoczni nie ma, są inni. Wiadomo, Stoch to numer jeden, ale obok jest Maciek Kot, Piotrek Żyła i inni. Projekt firmowany nazwiskiem trenera Łukasza Kruczka działa coraz sprawniej. A przecież jeszcze niedawno tego samego Kruczka większość chciała pogonić. Zresztą, właściwie od początku pracy z kadrą większość tego chciała. Dzisiaj Łukasz to mocny kandydat na trenera roku. Tego i, mam nadzieję, przyszłego.

Przyszłego, bo przed nami rok igrzysk. I mam też nadzieję, że wybór będzie trudny. Z powodu Soczi oczywiście i sukcesów nie tylko skoczków, ale też Justyny Kowalczyk i jej trenera Aleksandra Wierietielnego. Na oficjalnym profilu facobookowym Justyny pojawiła się informacja, że organizatorzy igrzysk zmienili trasę biegu na dziesięć kilometrów stylem klasycznym. Na trudniejszą, z 2-kilometrowym podbiegiem przed metą. Dla Justyny to dobra wiadomość, bo i ten akurat bieg jest dla niej najważniejszy w całych igrzyskach. A wiadomo, że im trudniej, tym lepiej dla naszej biegaczki.

Wiem, że jest ciepło, o śniegu nikt nie pamięta, a do igrzysk zostało ponad 170 dni. Co z tego? Ja już odliczam…

Szpilka ma (na razie) dość

Napisałem przed walką Artura Szpilki, że być może po rewanżu z Mikiem Mollo wiele mądrzejsi nie będziemy i w sumie miałem rację. Bo jakie odpowiedzi przyniosła nam ta walka? Dobrze wyglądała pierwsza runda, później jeszcze nieźle czwarta i piąta, a w międzyczasie Artur dał się ponieść emocjom. Że ma gorącą głowę? No ma, wiedzieliśmy to od bardzo dawna. Że ma luki w obronie? Że mimo wszystko najczęściej naprawdę fajnie się go ogląda? Jakieś nowości? Koniec końców nawet ci, którzy znowu go krytykują i tak obejrzą kolejną walkę. Że z różnym nastawieniem? I co z tego? Szpilka budzi emocje, to oczywista oczywistość.

Nie mam ochoty i nie widzę potrzeby „jazdy” ze Szpilą, bo ta już pewnie trwa na forach. Bronić też go nie będę, chociaż pamiętam, że ma dopiero 24 lata i powoli dojrzewa. No i czytam zachwyty płynące zza Oceanu. Jedni i drudzy przesadzają. Pewnie, oczekiwania wielu są znacznie większe niż wskazywałby zdrowy rozsądek, ale o tym już było w poprzednim wpisie.

Swoją drogą, kilka godzin po walce dość długo rozmawiałem z Arturem i trenerem Fiodorem Łapinem. Ten ostatni nie mógł być w pełni zadowolony, ale też mówił o swoim bokserze łagodniej niż zwykle. Artur (jak zwykle zresztą) sam wie, co było nie tak (inna sprawa to pytanie co z tą wiedzą zrobi…). Wie też jednak, że generalnie całość mogła się podobać kibicom i dobrze zapracował na największą gażę w karierze. Pytanie tylko, co dalej? Szpilka chce przez kilka tygodni odpocząć, a najlepiej już w tym roku nie wchodzić do ringu. I nawet chłopakowi się nie dziwię. Z drugiej strony, może się okazać, że grupa będzie go potrzebować szybciej. W Polsce, albo w Stanach. Taki biznes.

Czy Szpilka będzie mistrzem?

Polski internet go kocha. Albo nienawidzi. Właściwie kiedy tematem rozmowy jest Artur Szpilka to rzadko zdarzają się stany pośrednie. On sam widzi siebie z pasem mistrza świata wagi ciężkiej. Ba! Widzi to też część kibiców. Ci po drugiej stronie barykady tylko się głośno śmieją. „Przytomni” zauważają, że jak dotąd walczył z przeciętnymi rywalami albo bokserami, którzy lata świetności mieli już za sobą, więc tak naprawdę o skali jego możliwości trudno wypowiedzieć się jednoznacznie. I dodają, że w sumie wciąż jest bardzo młody jak na boksera wagi ciężkiej, a przy tym jednak dość odważnie prowadzony. Za to większość siada przed telewizorem albo na trybunach, żeby obejrzeć Szpilkę w akcji.

Tak naprawdę to Szpilka wciąż budzi najwięcej emocji z powodów pozasportowych. Wszyscy świetnie pamiętają bójkę z Krzysztofem Zimnochem, „więzienne wakacje” i oryginalne majtki, które zakłada na ważenie. Walki, błędy, uniki, lewe sierpy rozpamiętują dłużej najczęściej ludzie, którzy naprawdę żyją boksem i udzielają się na forach. Reszcie wystarcza (przynajmniej na razie) zwykle informacja, że wygrał i przewrócił kolejnego rywala na deski. I trudno mieć o to pretensje. Ma być show, to jest. Do tego Szpilka świetnie odnajduje się w kontaktach z mediami, a te go lubią, bo przynajmniej nie trzeba później wymyślać tytułu na siłę. Prosta zależność. Swoją drogą, prywatnie to naprawdę fajny chłopak i w sumie inny niż mogłoby się wydawać komuś, kto widział i słyszał go tylko w telewizji.

A sportowiec? Tak naprawdę wciąż nie dostajemy konkretnych odpowiedzi i pewnie w sobotę rano, po rewanżu z Mikiem Mollo, wcale łatwiej nie będzie. Stawiam na zwycięstwo chłopaka z Wieliczki, chociaż z nim tak naprawdę nic nie wiadomo. Lubi przyjąć, lubi iść na wymianę ciosów, ma charakter wojownika, ale nie jest mistrzem świata w obsłudze własnych hamulców.

Ja z kolei lubię rozmawiać z Arturem zaraz po walce, nawet kiedy jeszcze ma zabandażowane ręce. Umie, a to w sumie rzadkie wśród bokserów, analizować swoją walkę, powiedzieć gdzie, jak i kiedy popełnił błąd. Od razu też zapewnia, że to się nie powtórzy, ale to już wychodzi mu słabiej. Tak czy inaczej, mógłby być skarbem każdej telewizji jako ekspert. Czy będzie skarbem jako mistrz? Nie mam pojęcia. Rozmawiałem kiedyś z jego pierwszym trenerem, Władysławem Ćwierzem. – Kiedy zaczynał, ważył 60 kilogramów, a ja myślałem, że będzie walczył najwyżej w wadze średniej! Miał talent, ale takich było wielu. I wielu poszło na marne. Ktoś wyjechał do Anglii, inny do Norwegii, a Artur robi karierę. Pamiętam jeszcze jedną historię. Poszedłem z nim i dwoma innymi chłopakami na wywiad do „Panoramy Wieliczki”. Jeden opowiadał, że myśli o szkole, drugi coś tam innego, a Artur, że jego interesuje mistrzostwo świata. Miał szesnaście lat – opowiadał mi trener. Minęło kilka lat i nic się nie zmieniło, bo Szpilka wciąż o mistrzostwie mówi. I wciąż daleka droga przed nim.

 

P.S. Podczas ważenia Fonfary i Campillo, „kibice” Wisły Kraków skandowali „Campillo, Campillo!”. Straszna WIOCHA, panowie. STRASZNA – napisał na Twitterze polski dziennikarz z USA, Przemek Garczarczyk. Przemek, masz rację, straszna wiocha, ale jakoś nie jestem bardzo zdziwiony.

Usain Bolt i czerwona lampka

Fenomen, nadczłowiek, car i tak dalej i w tym stylu. Albo odwrotnie: największy wyrzut sumienia antydopingowych kontrolerów. Usain Bolt, najszybszy człowiek świata.

Nie wiem jaka jest prawda o Jamajczyku, chociaż jak zwykle patrzę podejrzliwie. Nie moja wina, takie czasy. Pamiętam igrzyska olimpijskie w Pekinie i biegi Bolta na 100 i 200 metrów. Pochwalę się, bo widziałem je z bliska, nawet z bardzo bliska. Z bliżej nieznanych powodów udało mi się dotrzeć prawie do samej linii mety. No przesadzam, miałem do tartanu z 10 metrów. Do „Przeglądu Sportowego” pisał jeden z moich kolegów, ja wracałem akurat z olimpijskiego basenu i wpadłem jako zwykły kibic bez deadline’u nad głową. Widziałem dokładnie jak Usain zwalniał, hamował przed metą i przyglądał się tablicy wyników, gdzie za chwilę ogłoszono, że pobił właśnie rekord świata. Niewiarygodne, po prostu. Tak na gorąco, w pierwszej chwili, nie ma czasu na podejrzliwość, jest tylko podziw. Bo widzisz coś, co najzwyczajniej w świecie nie mieści się w głowie, a jednak masz to przed oczami.

Bolt jest bohaterem, ale powtórzę się: to nie moja wina, że żyjemy w takich, a nie innych czasach. Smutnych czasach, bo każdy może być podejrzanym. A jego opowieści o tym, jak to przed finałem olimpijskim najadł się skrzydełek kurczaka z fast fooda, bo był głodny, czy że ma nierównej długości nogi, a trenować w sumie za bardzo nie lubi, powodują że czerwona lampka ostrzegawcza mruga jakby mocniej. Byli już przecież „herosi”, którzy wcześniej pokonywali raka albo mieli astmę i jednocześnie płuca o pojemności ośmiu litrów i oczywiście, byli czyści po przejściu dziesiątek testów. Tak samo jak ich rywale, choć dzisiaj już wielu przyznaje, że przyjmowali doping podawany łopatami niczym lokomotywy parowe węgiel. Wiem, wiem, w kółko marudzę i psuję święto, a przecież ludzie lubią świętować. Co ja jednak poradzę, że kiedy pomyślę o tym, jak to na Jamajce długo nie było laboratorium antydopingowego, a kontrolerzy z zagranicy nie bardzo mieli ochotę latać do slumsów Kingston, to czerwone światełko mruga jakby szybciej? A kiedy dołożyć do tego wydarzenia ostatnich tygodni z Jamajczykami w roli głównej, to świeci właściwie ciągle.

Na razie oczywiście nie ma tematu. Bolt jest wielką gwiazdą, mega bohaterem i jednym z ostatnich sprawiedliwych w zepsutym świecie wielkiego sportu. Swoją drogą, czapki z głów, bo jakakolwiek nie byłaby prawda to przy tym wszystkim trzeba umieć wytrzymać ciśnienie. Przecież w Moskwie nikt nie pytał o jego konkurentów, tylko z jaką przewagą wygra. Bo że wygra było jasne dla wszystkich. Dzisiaj bardzo chcę wierzyć, że zrobił to talentem i pracą albo w ogóle o tym nie myśleć, jak przez ten krótki czas w Pekinie. Tylko jakoś nie zawsze mi wychodzi.

Możemy mieć wielką drużynę

Nie zamierzam słodzić Czesławowi Langowi i jego ekipie, ale Tour de Pologne, ten jubileuszowy, 70 zapamiętam na długo. Z różnych powodów i wcale nie dlatego, że przejechałem blisko pięć tysięcy kilometrów i przesiedziałem w aucie prawie 80 godzin przez tych kilka dni, choć to też ciekawe przeżycie. Zapamiętam, bo to był fajny wyścig. Wiem, że wielu kibiców na forach ma nieco inne zdanie, ale o telewizji i realizacji zbyt wiele napisać nie mogę – oglądałem wszystko w większości na żywo. Sorry…

Zapamiętam, bo było ciekawie każdego dnia. I każdego dnia inaczej. Wystarczy prześledzić scenariusz kolejnych etapów. A pod względem sportowym chyba najbardziej podobała mi się czasówka w Krakowie. Wiggins, Cancellara, Phinney – co tu więcej komentować? Do tego walka o zwycięstwo Riblona, Izagirre, Weeninga…

Pewnie, znowu nie wygrał Polak, ale to w sumie wiedzieliśmy już wyjeżdżając z Włoch. Rafała Majka, który z Passo Pordoi wracał w żółtej koszulce lidera też chyba o tym wiedział. Za mało przewagi, po prostu. I tak pojechał na czas lepiej niż ktokolwiek mógł się spodziewać, więc brawa. Z tego Majki będą ludzie, choć to wiedzieliśmy na długo przed naszym tourem, bo w Giro d’Italia udowodnił ostatecznie, że w legendach o jego możliwościach jest sporo prawdy. Mówi, że będzie próbował do skutku, więc czekamy. A kolejny Tour de Pologne pewnie znowu wyjedzie gdzieś za granicę, najpewniej do Brukseli, na Słowację, Ukrainę albo kolejny raz do Włoch.

Swoją drogą – co za ironia losu – rok temu wszyscy marudzili, że gdyby była czasówka, Michał Kwiatkowski zostawiłby rywali daleko z tyłu. Bez takiego etapu przegrał o kilka sekund. Teraz słychać głosy, że gdyby nie czasówka, większe szanse miałby Majka… Można gadać do woli, to już bez znaczenia. Michał w trakcie wyścigu uśmiechał się z każdego plakatu, ale na rower nie wsiadł. I dobrze, lepiej niech chłopak rozwija się powoli, a po Tour de France należał mu się odpoczynek. Jeszcze będziemy mieli z niego sporo pociechy. Może już za rok?

Tak czy inaczej, od bardzo dawna chodzi mi po głowie pewna myśl. Podczas wyścigu właściwie nie dawała mi spokoju. Gdyby tak zebrać najlepszych polskich kolarzy w jednej ekipie, mielibyśmy jedną z najmocniejszych drużyn na świecie. Wiadomo, bez sprinterów na światowym poziomie, bo tych jakoś od lat nie widać, ale poza tym? Majka na Giro d’Italia i Vuelta a Espana, Kwiatkowski na Tour de France i klasyki, a do tego Szmyd, Niemiec, Gołaś, Maciek Bodnar, Marczyński, Huzarski… Można tak wymieniać jeszcze dość długo, ale są liderzy na wyścigi jednodniowe i etapowe, pomocnicy do jazdy w górach i na na płaskim terenie, specjaliści od jazdy na czas, ucieczek, szybkich akcji na krótkich podjazdach i tak dalej. Coś mi mówi, że włożone w taki projekt kilka milionów euro miałoby większy sens promocyjny niż radość sponsora z reklamy podczas meczu pucharowego naszych piłkarzy w stepach Kazachstanu. No ale ja się nie znam. I nie mam kilku milionów.