Tak mocnej kadry nie mieliśmy nigdy

Nie pompuje balona oczekiwań, staram się myśleć racjonalnie i naprawdę nie spodziewam się medalu, ale nie mogę się doczekać wyścigu o mistrzostwo świata w kolarstwie w kategorii elity mężczyzn. Bo tak mocnej kadry (przynajmniej na papierze) nie mieliśmy od bardzo dawna.

I to nie tylko moja opinia. – Po raz pierwszy od wielu lat nie mam żadnych uwag do wyboru składu reprezentacji – powiedział mi Ryszard Szurkowski. Czasem mam inne zdanie od legendy kolarstwa w bieżących sprawach tej dyscypliny, ale tym razem podpisuję się pod tym obiema rękami. Wreszcie nie było układów i układzików, polskiego piekiełka, czyli wyboru z klucza krajowego tak, żeby wszyscy byli zadowoleni. We Florencji jadą po prostu najlepsi polscy kolarze. Do tego aż dziewięciu, czyli tylu, ilu maksymalnie można wystawić. Pewnie, najpoważniejsi kandydaci do podium i zwycięstwa nie zakładają biało-czerwonych koszulek. Bukmacherzy stawiają na Fabiana Cancellarę czy Petera Sagana, ale nasz skład też prezentuje się ciekawie. Po kolei i nie alfabetycznie:

Michał Kwiatkowski to wschodząca gwiazda światowego peletonu. I to znowu nie tylko moja opinia, a ekspertów z całego świata. To jest chłopak, który ma wszystko, żeby wcześniej czy później zostać mistrzem świata i kończyć Tour de France w ścisłej czołówce (bo Giro d’Italia czy Vuelta a Espana już raczej nie, ale to opowieść na inną okazję). Rafał Majka przebojem wdarł się do świadomości Polaków świetną jazdą w Giro d’Italia. Tomasz Marczyński czy Bartosz Huzarski to kolarze, którzy zawsze mogą zaatakować, umieją odnaleźć się w grupie najlepszych. Michał Gołaś też wie co robić, żeby być w czołówce. Maciek Paterski pod koniec sezonu błyszczy i jest zmotywowany jak… chyba nigdy wcześniej. Sylwek Szmyd, czyli weteran światowych szos ma za sobą nieudany sezon, ale ostatnio chyba wrócił do normalności. Dalej jest jeszcze Przemek Niemiec, bohater pierwszej części sezonu i Maciek Bodnar, który wyrobił sobie w środowisku markę świetnego pomocnika.

Pewnie, nie jesteśmy Hiszpanią (z różnych względów może i dobrze) czy Włochami, ale dzisiaj naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Wręcz przeciwnie. Czy to już daje podstawy do optymizmu? – Dla mnie dobry wynik to miejsce w pierwszej dziesiątce – opowiadał mi selekcjoner naszej kadry Piotr Wadecki. Jeśli faktycznie to się uda, będzie super. Ja się cieszę, że już nie ma powodów, żeby podśmiewać się z naszej kadry. Kilka lat temu publicznie zakładałem się z Wadeckim, że do mety mistrzostw świata nie dojedzie nawet połowa naszej ekipy. Niestety, miałem rację. Pamiętam, że później kolarz z Burkina Faso opowiadał, że on dał sobie spokój, bo „tak szybko to on nie jeździ nawet autem”. Nasi nie mówili nic, ale też szybkość ich „zabiła”. Dzisiejsi kadrowicze znają prędkości najlepszych.

– To najsilniejsza kadra odkąd pamiętam! Nie sądzę, żeby w 2000 roku w Pluay, gdzie Zbyszek Spruch zdobył srebro, były aż tak mocne nazwiska. Tam mieliśmy trochę szczęścia, wzięliśmy ciężar wyścigu na siebie, a Zbyszek, który był w świetnej formie, skutecznie zafiniszował. Teraz nasz zespół jest tak samo silny albo jeszcze lepszy. Sam pokonałem pętlę dwa razy, jest wymagająca. Na pewno sprzyja ucieczkom i nie możemy pozwolić, żeby ruszył 8-9 osobowy odjazd bez Polaka – zapowiada Wadecki. Piotrek, i tego się trzymajmy!

 

P.S. Polskie sukcesy we Florencji już mamy! „Kwiatek” jest mistrzem świata w drużynie z Omega Pharma-QuickStep i to akurat bardzo miłe. Z kolei w wyborach na prezydenta UCI wygrał Brian Cookson, którego ostro wspiera z tylnego fotela Wojciech Walkiewicz. I byłoby bardzo miło, gdyby nie jeden problem. Brytyjczyk wyprowadził na prostą kolarstwo na Wyspach, więc wydawał się świetnym kandydatem na miejsce skompromitowanego na tysiąc sposób Pata McQuiada. Wydawał się, bo jeśli ktoś wiąże się z człowiekiem, który dał się poznać jako wybitny szkodnik w swoim kraju (i tutaj mam na myśli właśnie Walkiewicza, byłego prezesa PZKol, dzięki któremu związek wciąż tonie w długach), to coś tu jest nie tak. Albo inaczej – to były wybory między kandydatem złym i gorszym. Tylko nie wiem, który jest który…

Michał Kwiatkowski: czuję się zwycięzcą

Pisałem o nim już tutaj. e nadzieja na lepszą przyszłość, że wielki talent i fajny chłopak. Wszystko to prawda. teraz jest też mistrzem świata. Co prawda drużynowa jazda na czas podczas mistrzostw w zestawieniach ekip, a nie reprezentacji narodowych to dla wielu nie to samo, ale i tak fajnie, że Michał Kwiatkowski mistrzem świata w elicie już jest. Niżej moja rozmowa z „Kwiatkiem”, która ukazała się też w „Przeglądzie Sportowym” i na przegladsportowy.pl.

Kamil Wolnicki: Gratuluję zdobycia tytułu mistrza świata. Wyścig ułożył się tak, jak oczekiwaliście z kolegami z Omegi?

Michał Kwiatkowski: Założyliśmy, że jedziemy od początku bardzo mocno i wyszło świetnie. W końcówce zrobiło się jednak trochę nerwowo. Wygraliśmy o niecałą sekundę i to był rewanż za Tour de France.

Skoro sam pan wywołał temat Wielkiej Pętli… We Francji przegraliście z Orica-GreenEdge o 0,75 sekundy, teraz równie minimalnie pokonaliście Australijczyków. Gdyby udało się wtedy, założyłby pan koszulkę lidera wyścigu.

Michał Kwiatkowski: Gdybym miał wybierać, które zwycięstwo wolę, to stawiam na mistrzostwo świata. Mówię szczerze. Ta drużynówka to wielki stres. Skupienie, przygotowanie i wszystko wokół było absolutnie niezwykłe. Zapamiętam ten wyścig na bardzo długo.

Dawał pan dość długie i mocne zmiany, ale nie dojechał do mety w czwórce najlepszych kolarzy grupy. To wynik zmęczenia czy jeszcze skutki kontuzji po upadku w wyścigu w Kanadzie?

To nie przez kontuzję. A czy dawałem długie zmiany, nie wiem. W porównaniu z Tonym Martinem wydawało się, że krótkie. Włożyłem we wcześniejszą jazdę tyle sił, że odpadłem, tak zwyczajnie. Wydarzyło się to tuż przed wjazdem do centrum Florencji. Fajnie byłoby przyjechać w sześciu, ale gdybyśmy przegrali? W takim wyścigu osobiste ambicje trzeba zostawić z boku i dać z siebie wszystko. Ja tak zrobiłem, a teraz czuję się zwycięzcą.

Pytałem o kontuzję, bo przy wchodzeniu na podium było widać, że pan kuleje.

Michał Kwiatkowski: Byłem po godzinie maksymalnego wysiłku, bez chwili, żeby się wyprostować na rowerze, więc ścięgna i mięśnie musiały to odczuć. Nie tylko ja tak zresztą reagowałem, wszyscy byli zmęczeni. Dzień po wyścigu nie ma już śladu po tych problemach.

Ostro świętowaliście z kolegami?

Michał Kwiatkowski: Nie było na to czasu. Oczywiście, nie obyło się bez wspólnej kolacji, wypiliśmy po lampce szampana, ale to tyle. Miło podziękować sobie wzajemnie, trzeba jednak już myśleć o kolejnych wyścigach.

Teraz przed panem występy w koszulce reprezentacji Polski, czyli jazda na czas i wyścig ze startu wspólnego. Do tej pierwszej konkurencji podchodził pan z rezerwą.

Michał Kwiatkowski: Zastanawiałem się czy nie odpuścić czasówki i skupić się tylko na starcie wspólnym. Podjąłem jednak decyzję, że pojadę. Może będzie szansa na miejsce w pierwszej dziesiątce, ale jeśli się nie uda, nic się nie stanie. Uważam jednak, że potrzebuję startu. Nie tylko ze względu na wynik, ale też patrząc na przyszłość, bo to cenne doświadczenie. A na starcie wspólnym trzeba się bardzo skupić, bo nie zdarza się przecież często, że mamy tak mocny skład ekipy jak w tym roku.

I na co stać ten zespół? Pan ma być liderem.

Michał Kwiatkowski: Na niespodziankę! Wiadomo, że to nieprzewidywalny wyścig, na tak trudnej trasie wielu kolarzy stać na fajny wynik. A liderowanie? Na pewno założenia taktyczne zostaną ustalone przed startem, lecz wyścig można rozgrywać na różne sposoby i kwestia liderowania nie ma tu nic do rzeczy.

Kolarska Polska smuci się śmiercią Stanisława Szozdy. Znał pan tego legendarnego zawodnika?

Michał Kwiatkowski: Właśnie się dowiedziałem, że nie żyje. Smutne… Znałem go osobiście, pierwszy i chyba ostatni raz spotkaliśmy się kiedy byłem juniorem. Bardzo inspirująca osoba. Zapraszał mnie nawet do siebie, żeby nauczyć mnie wchodzenia w zakręty pedałując. Mówił, że jeśli to opanuję, wygram każdy kręty finisz…

Zostawcie martwych (i żywych) w spokoju

Zaczęło się od nowa we wtorek i trwa. Ciągła jazda, raporty komisji śledczych, szukanie winnych, wzajemne oskarżenia. Wszystko na forum publicznym, wszystko brutalnie. Wcale nie chodzi mi o jakieś durne polityczne rozgrywki, ale o himalaizm. O rozgrzebywanie po raz kolejny sprawy Broad Peak, gdzie 5 marca, po udanym, pierwszym zimowym w historii ataku na szczyt, do bazy nie wróciło dwóch z czterech ludzi. Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski zginęli, Adam Bielecki i Artur Małek przeżyli. Dzisiaj są winni, szczególnie ten pierwszy. Bo nie pomógł, bo nie przyprowadził kolegów, bo myślał tylko o sobie, a tak naprawdę: bo… przeżył. Momentami mam wrażenie, że dla wielu najlepiej byłoby gdyby ci dwaj też zginęli. Można byłoby ich godnie, najlepiej z pompą opłakać, może nawet dać jakieś ordery czy inne odznaczenia i zamknąć sprawę. Straszne i obrzydliwe jednocześnie.

Kolejny raz studiuję z uwagą fora internetowe. Nie te, gdzie wpisują się, przepraszam za określenie, przypadkowi widzowie tego „spektaklu”, ale ewidentnie ludzie gór, co widać po wpisach. I nic z tego nie rozumiem. Znam kilka środowisk, ale to konkretne odbieram jako niewiarygodnie skłócone, zawistne, właściwie… wstrętne i odrażające. Z jednej strony mowa o ideałach, miłości do gór i bliźniego, o czymś więcej niż tylko sport, ludziach, którzy traktują się trochę na innych (czytaj: lepszych) zasadach, a z drugiej wyliczanie kto ma prawo coś powiedzieć, kto gdzie był, co osiągnął, ile zarobił i zarabia, kogo oszukuje.

Czytam kolejny raz w „Gazecie Wyborczej” niespójny wywiad z kolegą Macieja Barbeki, panem Gajewskim i zastanawiam się czy on sam to zrobił i zrozumiał siebie. Bo ja mam wrażenie, że co chwilę sam sobie zaprzecza. Może się mylę, przepraszam, ale jako laik właśnie takie mam wrażenie (pamiętam też wywiad mojego kolegi Bartka Gębicza z Bieleckim w Tygodniku „Przeglądu Sportowego” pod tytułem „Góry na śmierć i życie”, zrobiony już po tragedii na Broad Peak:
http://m.przegladsportowy.pl/Tygodnik-Adam-Bielecki-kocha-gory,artykul,174847,1,1054.html
).

Góry lubię najbardziej kiedy zjeżdżam z nich na nartach, więc wyroków nie feruję. Nie mój świat. Nigdy nie byłem na ośmiu tysiącach metrów i nigdy nie będę, bo nie mam takiej potrzeby. Nie rozumiem też tych, którzy mają, ale jeśli ktoś ma ochotę tam łazić, bo taką ma pasję, ja to szanuję, więc niech sobie idzie, jego biznes. Wyobrażam sobie jednak, że kiedy już ktoś się decyduje, wie jakie jest ryzyko, szczególnie kiedy chce coś zrobić „jako pierwszy”. Właściwie zawsze w wywiadach poruszany jest ten temat i zawsze w odpowiedzi słychać o tym ryzyku, więc to element tej „zabawy”, prawda? No więc ci czterej podjęli ryzyko, później kolejne. Dzisiaj winny jest Bielecki, bo wszedł pierwszy, a kiedy mijał kolegów wracając to nie zabrał ich ze sobą. A chcieli wracać? Oni nie ryzykowali i nie szarżowali? Według w sumie zgodnych (co dziwne) w tej kwestii fachowców: jeden za bardzo wiekowy, drugi bez doświadczenia. Zarzucają Bieleckiemu, że zawiódł partnerów nie pierwszy raz, że w środowisku od dawna wiedzą „co to za gość”. Wszyscy wiedzieli i z nim poszli? – Każdy z nas na tej grani musiał spojrzeć w głąb siebie i powiedzieć „dam radę” albo „nie dam rady”. Oni się pomylili – broni się teraz himalaista w rozmowie z „Tygodnikiem Powszechnym” i jednocześnie przyznał, że sam się bał i „psychicznie nie udźwignął tego ataku”. Nie bronię go, ale jak wszyscy inni nie byłem z nimi na górze i nie wiem co tam się działo. Oni wiedzą. Dwójka zabrała wiedzę do grobów, dwójka musi z nią dalej żyć. I żaden raport tego nie zmieni.

 

Bez ciężarów byłbym w więzieniu

Historię Bartłomieja Bonka znają chyba wszyscy kibice. Niespodziewany sukces na pomoście, a później dramat w życiu osobistym (krótkie przypomnienie historii Bartka znajdziecie pod wywiadem). Pamiętam go z Londynu, kiedy rozmawialiśmy na balkonie studia onetu. O medalu i życiu, o tym, że wkrótce powiększa mu się rodzina… Nie wszystko jednak było jednak jak w bajce.

W weekend porozmawialiśmy w Ciechanowie, przy okazji mistrzostw Polski. Nie tylko o ciężarach, a właściwie o ciężarach jak najmniej. Wywiad ukazał się w poniedziałek w „Przeglądzie Sportowym”, ale może ktoś jeszcze nie czytał.

Mówi się, że w podnoszeniu ciężarów wygrywa się podrzutem, a pan podczas mistrzostw Polski w Ciechanowie pokazał, że rwanie jest równie istotne.

BARTŁOMIEJ BONK: To była podpucha (śmiech)! A szczerze mówiąc, osiągnąłem wyniki, na jakie mnie przy takim treningu obecnie stać. Potrzebuję czasu i spokojnej pracy. Podrzut przyjdzie z czasem, bo nie da się zrobić wszystkiego w dwa czy trzy miesiące. To taki sport, że trzeba trenować na dużych ciężarach. Jest jeszcze trochę czasu do mistrzostw świata, więc mogę myśleć o dobrym występie. Rok temu podczas mistrzostw Polski uzyskałem wynik o 5 kilogramów gorszy, a miesiąc później podczas igrzysk dołożyłem 20 kg. Gdybym teraz to powtórzył, byłbym zadowolony.

Ze zdrowiem wszystko w porządku?

Bartłomiej Bonk: Gdyby nic mnie nie bolało, zacząłbym się bać. Radzę sobie jakoś… Bolą mnie plecy, ale za tydzień przejdzie, nie zwracam na to uwagi.

W Ciechanowie pana rywale mocno naciskali.

Bartłomiej Bonk: I dobrze. Cieszę się, że nie walczę tylko ze sobą. Przecież chłopakom zależy, żeby wystartować w mistrzostwach świata i nikt medali za darmo nie daje.

Dla pana to był sprawdzian przed mistrzostwami świata?

Bartłomiej Bonk: Przede wszystkim sprawdzian siebie i swojej psychiki, czy ja jeszcze sobie radzę na pomoście, bo co innego trening, a co innego zawody. Podchodzę pewnie, rwanie zaliczam, a podrzut też będzie w porządku. Ostatnio zacząłem kombinować, ale jeśli potrenuję, to odpowiednie kąty przy dźwiganiu same się poustawiają. Po tych wszystkich przejściach w życiu prywatnym cieszę się przede wszystkim z powrotu do ciężarów.

Ogłoszono, że dochód z biletów podczas mistrzostw świata będzie przekazany na rehabilitację pana córki, Julii.

Bartłomiej Bonk: Piękna wiadomość i wielki gest ludzi, którzy zarządzają związkiem. Po tym co robią i jak działają widać, że są odpowiednimi ludźmi na stanowiskach. Wielkie podziękowania i szacunek z mojej strony.

Wspomniał pan o powrocie do sportu. Trudno było pozbierać się po tym wszystkim?

Bartłomiej Bonk: Coś tam robiłem, ale na poważnie zacząłem trenować ze dwa miesiące temu.

Miał pan w ogóle ochotę wracać do sportu?

Bartłomiej Bonk: Trudno jest, ale gdybym nie dźwigał…. Trening to rehabilitacja dla mojej psychiki. Gdybym nie wrócił, siedziałbym w więzieniu.

Aż tak? Były takie myśli?

Bartłomiej Bonk: Cały czas takie mam. Nie da się nie myśleć o tym, co się stało, o tym, jak zawinili ludzie, którzy nic sobie z tego nie robią.

Jak wygląda w tej chwili sytuacja? Wiem, że walczył pan ze szpitalem o odszkodowanie.

Bartłomiej Bonk: Jesteśmy po pierwszej rozprawie, 2 października będzie kolejna. Zdaję sobie sprawę, że to długo potrwa.

Chodzi o pieniądze i zasady.

Bartłomiej Bonk: Pieniądze zdrowia mojemu dziecka nie wrócą, ale są potrzebne, żebyśmy mogli rehabilitować córkę. To co oni zrobili, jest nie do pomyślenia. Ci ludzie nie mają honoru ani odwagi się przyznać, choć dokładnie wiedzą, że to ich błąd.

W jednej z rozmów w „Przeglądzie Sportowym” powiedział pan, że widział spacerującego pod swoim oknem lekarza, który odbierał poród pana żony.

Bartłomiej Bonk: Dobrze, że szedł z dzieckiem, bo nie wiem, naprawdę nie wiem… Pracuje sobie teraz prywatnie, a ten człowiek nigdy nie powinien być lekarzem. Ile złego zrobił, on wie najlepiej. Nasłuchałem się tyle od ludzi… On powinien siedzieć w więzieniu, ale takie mamy prawo, jakie mamy. Moja Julka jest bardzo poważnie chora przez lekarzy, którzy pozostają bezkarni, bo są lekarzami. Ale zobaczymy, ja walczę na pomoście, ale też z nimi. I nie poddam się!

Rok 2012 dla pana…

Bartłomiej Bonk: Huśtawka nastrojów. Trudno było. Medal olimpijski, szczęście, a później życie wywraca się do góry nogami.

Pan ma ciężary, a żona?

Bartłomiej Bonk: Żona ma mnie. Tylko ja ją mogę wspierać, bo razem przez to przechodzimy. Nie jest lekko.

Spotkaliście się w tej tragedii z wieloma dobrymi głosami.

Bartłomiej Bonk: Sporo w tym racji, ale nie całkiem, bo spotkaliśmy różnych lekarzy. Nie mówię już o tych ze szpitala, w którym rodziła się Julka. Byliśmy jeszcze w trzech innych. Jeden ordynator miał o sobie wielkie mniemanie, czuł się bogiem na oddziale i nie dał sobie nic powiedzieć, tylko narzucał swoje zdanie. A kiedy się postawiliśmy, musieliśmy szybko zabierać dziecko ze szpitala. Nawet inny lekarz powiedział mi, że moja córka jest traktowana jako zło konieczne i żebyśmy zabierali ją jak najszybciej. Z drugiej strony, trafiliśmy do Krakowa i tam spotkaliśmy ludzi o wielkich sercach, którzy pomagali i pomagają. To dzięki nim Julka może być leczona komórkami macierzystymi. Wcześniej nawet nie wiedzieliśmy, że taki program istnieje.

Jest szansa, że córka wyzdrowieje?

Bartłomiej Bonk: Lekarze są różni i mają różne zdanie. Ci w Krakowie są optymistami, ale wiem, że cudem będzie gdyby Julka stała się w przyszłości samodzielna. Na szczęście teraz jest w domu, wie i czuje, że jest kochana, objęta wielką miłością. To całkiem inne dziecko niż kiedy wróciliśmy ze szpitala. Wtedy nie dawała się dotknąć, od razu była spięta i zdenerwowana.

Macie bliźniaczki – chorą Julkę i drugą, zdrową córeczkę.

Bartłomiej Bonk: Mamy porównanie, wiemy co by było, gdyby podczas porodu ci kretyni zrobili, co powinni, czyli cesarskie cięcie. Dzisiaj miałbym dwie zdrowe córki. Teraz jedna biega, oczy jej się świecą i ciągle się śmieje, a druga… leży i cierpi.

Ufa pan lekarzom?

Bartłomiej Bonk: Nie. Kiedy jestem chory, leczę się sam. Zawód sportowca jest specyficzny, bo kiedy mam grypę, mogę połknąć aspirynę i rutinoscorbin. To wszystko.

Z drugiej strony często macie kontuzje.

Bartłomiej Bonk: Mamy lekarzy w kadrze. Ufam doktorowi Markowi Krochmalskiemu, który operował mi kolana i to dzięki niemu jeszcze trenuję. Ale ci z porodówek… Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy, ale wielu to zwykłe mendy.

Dzisiaj pan dźwiga z myślą, że musi utrzymać rodzinę, w której koszty utrzymania są znacznie większe. Słyszałem, że jedno piętro w pana domu to właściwie szpital.

Bartłomiej Bonk: Tak jest. Na szczęście podczas pierwszej rozprawy sąd zasądził rentę na czas trwania procesu, więc Julia dostaje pieniądze. Dokładamy oczywiście, bo nie da się oszczędzać. Robimy wszystko. Dwa razy dziennie rehabilitacja, pielęgniarka, która przychodzi i pomaga żonie albo mnie. Przy Julce trzeba czuwać całą dobę.

Mistrzostwa świata, kolejne igrzyska – myśli pan o takich sprawach?

Bartłomiej Bonk: Absolutnie. Nie patrzę w przyszłość. Ciężary sprawiają mi radość, teraz to praca i robię, co muszę. Dobrze, że zdobyłem medal igrzysk w Londynie. Bez niego cała sprawa nie ujrzałaby światła dziennego, bo lekarze zamietliby ją pod dywan. A tak, są ludzie, którzy nam pomagają. Powtórzę jednak jeszcze raz: do takiej sytuacji jak w listopadzie ubiegłego roku w szpitalu w Opolu, nigdy nie powinno dojść. Nigdy.

 

Bartłomiej Bonk

Sztangista Budowlanych Opole to olimpijczyk z Pekinu i Londynu. Na ostatnich igrzyskach zdobył brązowy medal w kategorii 105 kilogramów, co było sporą niespodzianką. W 2011 roku stanął też na trzecim stopniu podium mistrzostw Europy.

Z żoną Barbarą, byłą sztangistką, ma 9-letniego syna oraz córki bliźniaczki, które urodziły się w listopadzie ubiegłego roku. Jedna z dziewczynek przyszła na świat z niedotlenieniem mózgu, ponieważ lekarze nie zdecydowali się na cesarskie cięcie i popełnili inne błędy. Po kontroli zwolniono ordynatora oddziału patologii ciąży i jego zastępcę. Sprawa sądowa ciągle trwa.

Maszyna do zarabiania milionów $

 

Dzisiaj w nocy oczy całego świata będą skierowane na Las Vegas. To tam spotka się Floyd Mayweather z Saulem Alvarezem. Boks jest tu bardzo ważny, ale i tak najwięcej mówi się o setkach milionów dolarów, które leżą wokół ringu.

To mój tekst z Przeglądu Sportowego. Uznałem, że warto go tu wrzucić.

Więcej boksu na: boks.przegladsportowy.pl

A tutaj z kolei link do kolejnego odcinka magazynu Ring. Tym razem rozmawialiśmy z Januszem Pinderą właśnie o walce Mayweather jr – Alvarez:


http://eurosport.onet.pl/boks/floyd-mayweather-saul-alvarez-ta-walka-bije-wszystkie-rekordy/7s8pe

Są gwiazdy, supergwiazdy i supermegagwiazdy. Tom Cruise jest supergwiazdą, a ja fascynuję gwiazdy. Jestem więc supermegagwiazdą – powiedział po jednym z treningów, kiedy jego zajęcia oglądał właśnie przywołany aktor i najsłynniejsza celebrytka świata Paris Hilton. Floyd Mayweather junior jest bez wątpienia najbardziej pewnym siebie sportowcem świata. Sam o tym mówi (ogłosił się kiedyś „największym sportowcem w historii”) i właściwie bez przerwy podkreśla swoją wielkość. Buta? Być może, ale ma ku niej podstawy.

Jako amator stoczył 84 walki, z których przegrał tylko sześć. Z igrzysk w Atlancie wrócił z brązem, ale prawdziwa kariera chłopaka z Grand Rapids rozpoczęła się na zawodowstwie. Był mistrzem świata w pięciu kategoriach wagowych, nigdy nikt go nie pokonał. I większość ekspertów przewiduje, że dzisiaj w nocy to się akurat nie zmieni, choć wielu przestrzega przed stawianiem na straconej pozycji Saula Alvareza. Inna sprawa, że ta walka to coś więcej niż tylko boks. To gigantyczne wydarzenie w świecie show biznesu, które ma pobić wszelkie dotychczasowe rekordy, przede wszystkim finansowe. Floyd ma zagwarantowany zarobek w wysokości 41,5 mln dol., który może się podwoić, jeśli pojedynek w Las Vegas dobrze się sprzeda. A tak będzie, nie ma żadnych wątpliwości. Same bilety do słynnego kasyna MGM Grand rozeszły się za blisko 20 mln dol. Wielu spodziewa się rekordu sprzedaży pakietów ppv. Najlepszy wynik to dotąd 2,44 miliona przy okazji walki Floyda z Oscarem de la Hoyą. Ten ostatni zarobił wtedy 58 milionów dolarów. Teraz przy ringu go nie zobaczymy – „Złoty chłopiec”, dzisiaj prężny promotor, nie radzi sobie w życiu tak dobrze jak w ringu i biznesie i po raz kolejny wybrał się na odwyk.

Mayweatherowi to na razie nie grozi. Magazyn „Forbes” uznaje go za najbogatszego sportowca świata, który daleko w tyle zostawia Tigera Woodsa, LeBrona Jamesa i wszystkich innych. Nie zawsze było jednak tak różowo, bo „Money” to kolejny sportowiec, który drogę na szczyt zaczynał w biedzie.

- Wychowywałem się w zasadzie sam i to moja siostra pilnowała, żebym wstawał rano z łóżka i szedł do szkoły. W domu była tylko zimna woda, którą grzaliśmy, żeby się umyć. Ja sam miałem tylko kilka ubrań i codziennie zmieniałem zestawy, żeby wyglądać inaczej – opowiadał kiedyś w jednym z wywiadów i mówił dalej: – Drzwi od domu otwieraliśmy nożem, a w domu śmierdziało moczem. Tak mówili ludzie, bo ja się przyzwyczaiłem i nic nie czułem. Modliłem się, żeby wreszcie dorosnąć i się stamtąd wyrwać. Miałem tylko boks i tą drogą poszedłem.

Dzisiaj wszystko jest inaczej. Floyd na treningi przyjeżdża rolls-roycem, otacza go zawsze wianuszek przyjaciół, a on sam lubi przesadnie obnosić się bogactwem. – W samych zegarkach mam półtora miliona dolarów – powiedział kilka lat temu. Od tego czasu kolekcja z pewnością się znacznie powiększyła. W sierpniu zeszłego roku świat obiegło zdjęcie, na którym widać juniora przy okienku punktu bukmacherskiego z… trzema milionami dolarów w gotówce. Stawiał na mecz akademickiej ligi futbolu amerykańskiego. W tym roku podobno postawił 5,9 miliona dolarów na wygraną Miami Heat z Indiana Pacers w 7. meczu półfinałowym ligi NBA. Co więcej, Floyd miał ponoć zaznaczyć, że LeBron i spółka muszą wygrać co najmniej siedmioma punktami. Udało się, drużina z Florydy pokonała Pacers 99:76.

- Ja kocham pieniądze, a one kochają mnie. I nie będę ukrywał, że to co robię jest na pokaz – mówi człowiek, który teraz mieszka w Las Vegas. Jak donoszą amerykańskie media jego dom ma 7 sypialni i 9 łazienek plus pokój zabaw i oczywiście basen. Brzmi nieźle, choć na tle wielu innych gwiazd pod tym akurat względem szału nie robi… Co innego jego garaż. Ferrari Spider, Bentley Mulsanne i Lamborghini Aventadora używa w las Vegas. Reszta czeka w Miami i Los Angeles.

Przez długi czas mówiło się, że „Money” (czyli „pieniądze”) ma smykałkę do biznesu i mimo wystawnego stylu życia umie radzić sobie z pomnażaniem majątku nie tylko dzięki występom w ringu. Trochę cienia rzucił na to jednak 50 Cent. Słynny raper, który jakiś czas temu postanowił zacząć działać w bokserskim biznesie. Mieli stworzyć wielki team, ale nic z tego nie wyszło. – Floyd pokazał drugą twarz i tyle. Wszyscy wokół niego czekają na przypływ szczodrości, a ja sam mam mnóstwo kasy i na nikogo nie czekam, robię swoje – mówił muzyk, który miał też zarzucić „Moneyowi”, że ten skończy kiedyś jak bankrut, bo nie umie odkładać pieniędzy.

Stosunki między tą dwójką miały się popsuć, kiedy Floyd siedział w więzieniu. Trafił tam po tym, jak amerykański sąd skazał go na trzymiesięczną karę za przemoc fizyczną w stosunku do matki swoich dzieci. Świadkami tego, co miał wyczyniać Floyd wobec Josie Harris, mieli być ich dwaj synowie, wtedy w wieku 8 i 10 lat. Co ciekawe, to nie był pierwszy raz, kiedy Harris oskarżyła Mayweathera o pobicie, ale pięć lat wcześniej sąd nie dał jej wiary.

„Pretty Boy” (to kolejny z przydomków boksera) lubi szokować. Jeszcze niedawno cały świat czekał na jego walkę z Mannym Pacquiao. Gdyby wtedy do niej doszło, wszelkie rekordy finansowe padłyby już wcześniej. Nic z tego nie wyszło i pewnie nie wyjdzie, ale świat z wypiekami na twarzy śledził kolejne doniesienia. Floyd i jego ludzie dawali do zrozumienia, że „Pacman” stosuje niedozwolone wspomaganie. Później zamieścił w internecie filmik, na którym nazywa Mannego Pacquiao „durniem”, „karłem”, „żółtkiem” i wreszcie „skur…”

- Ugotuję tego żółtego kotleta. Skopię dupę temu karłowi. Powinien smażyć się na grillu razem z psami. Zmuszę go, żeby przyrządził mi ryż i sushi – to tylko fragment twórczości Floyda. Jeśli jednak przykład idzie z góry, to Floyd miał się od kogo uczyć, bo jego ojciec to też chodząca fabryka wyzwisk. Inna sprawa, że panom nie zawsze bywa, delikatnie mówiąc, po drodze. Junior wyrzucał już seniora z domu, a ten z kolei miał ofertę trenowania Oscara de la Hoi do walki z… juniorem.

Ostatecznie nic z tego nie wyszło, ale po pojedynku tatuś powiedział, że „Oscar wygrał na punkty”, bo „był agresywniejszy i zadawał więcej ciosów”. Kiedy z kolei „Money” miał rozważać pomysł występów w mieszanych sztukach walki, tata szybko wygłosił swoje zdanie. – Powinien trzymać się od tego g… z daleka! Jakiś skur… siądzie mu na głowie albo walnie łbem o ziemię i Floyd już nigdy nie będzie sobą – troszczył się senior. Synek posłuchał i słusznie. Dzisiaj jest uznawany za najlepszego boksera świata bez podziału na kategorie wagowe i jednocześnie chodzącą maszynę do zarabiania pieniędzy. Gigantycznych pieniędzy. Takich, o jakich świat MMA jeszcze długo będzie mógł tylko marzyć. I choć Floyd ma już 36 lat, to jeszcze jakiś czas nic się nie zmieni. Nawet gdyby poległ z Alvarezem to… rewanż (który przy takim rozstrzygnięciu jest zapisany w kontrakcie) pobije kolejne rekordy.

TRZY NAJBARDZIEJ KASOWE WALKI W HISTORII

1. Floyd Mayweather Jr – Oscar De La Hoya

5 maja 2007, Las Vegas, walka o mistrzostwo świata WBC w wadze junior średniej, wygrana Mayweathera na punkty (116:112, 115:113, 113:115).

Najbardziej dochodowe starcie w historii boksu. Dochód z pay-per-view wyniósł aż 136,9 mln dolarów (przy założeniu, że rzeczywiście sprzedano od 2,45 miliona pakietów), a kolejne 18 milionów uzyskano ze sprzedaży biletów. De La Hoya zarobił 52 miliony, a Mayweather 25.

2. Evander Holyfield – Mike Tyson II

28 czerwca 1997, Las Vegas, walka o mistrzostwo świata WBA w wadze ciężkiej, wygrana Holyfielda przez dyskwalifikację Tysona w 3. rundzie.

Transmisję słynnego pojedynku, w którym Tyson odgryzł Holyfieldowi kawałek ucha, wykupiło 1,99 miliona odbiorców, co przełożyło się na zysk rzędu 112 mln dol. Na samych biletach zarobiono 14 milionów. Holyfield wzbogacił się o 35 milionów, a Tyson o 30.

3. Lennox Lewis – Mike Tyson

8 czerwca 2002, Memphis, walka o mistrzostwo świata WBC, IBF i IBO w wadze ciężkiej, wygrana Lewisa przez nokaut w 8. rundzie.

Transmisję w systemie pay-per-view wykupiło 1,97 mln widzów w USA, co przełożyło się na zysk w wysokości 106,9 mln dolarów. Lewis wzbogacił się o około 30 milionów dolarów, Tyson zarobił niewiele mniej.

„Witamy w horrorze pod nazwą polska koszykówka”

Nie jestem ekspertem od koszykówki. Nawet jakimś wielkim kibicem nie jestem. Raczej takim „Januszem” czy może nawet „sezonowcem”. Mistrzostwa Europy więc chętnie oglądam. Pewnie, że nie wierzyłem w żaden medal dla Polski, bo i niby dlaczego miałbym? Ale jednak skoro wszyscy wokół mi mówili, że to ekipa z potencjałem, którą stać na niespodziankę to wierzyłem, że będzie ciekawie. Było tylko śmiesznie czy raczej, jak powiedzieli w amerykańskim ESPN „żałośnie”. Były ponoć także takie wstawki, które w trakcie meczu przytaczał na twitterze polski dziennikarz z USA, Przemek Garczarczyk: „Witamy w horrorze pod nazwą polska koszykówka”. A kiedy przegrywaliśmy 49:11 komentatorzy zaczęli robić sobie jaja i mówić, że teraz Polska rozpocznie pościg za rywalem, który przejdzie do historii. I na deser: „Litwa wygrała w 1939 roku 120 do 9. Polska jest bezpieczna, ma więcej niż 9 pkt”. Krótko mówiąc, katastrofa i wstyd. Pewnie, nikt nie mógł w sumie liczyć na wygraną z Hiszpanią, ale całe te mistrzostwa wyszły Polakom beznadziejnie. I nawet gdyby wygrali ostatni mecz to chyba nic już nie zmieni, prawda?

Nie chodzi o to, żeby kopać leżącego, ale Gortat, Lampe, Ignerski, Kelati i kilku kolejnych mogli sprawić, że koszykówka w Polsce odżyje, znowu stanie się modna, że dzieciaki wezmą piłki i pójdą na boiska porzucać. Po takich mistrzostwach piłkę mogą wrzucić do kosza… na śmieci. Przesadzam, pewnie że tak, ale to była wyjątkowa antyreklama koszykówki. Polsat, który pokazuje całą imprezę zrobiłby największą przysługę naszej kadrze, gdyby w trakcie meczu dał tabliczkę z napisem „przepraszamy za usterki”. W sumie byłoby prawdziwie, bo to była poważna usterka.

Szkoda, bo to fajny sport. I, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ciekawa drużyna. Czekam więc, aż ktoś mi sensownie wytłumaczy co i dlaczego się tak naprawdę wydarzyło.

Cóż, na trenera naszej kadry nie liczę. Czytam właśnie rozmowę z Dirkiem Bauermannem i nie wiem, śmiać się czy tylko dziwić? „Jestem bardzo rozczarowany tym, że szukacie wyłącznie negatywnych rzeczy. A nikt nie chce dostrzec tego, co było dobre. Z Czechami mieliśmy świetną pierwszą kwartę, z Chorwacją wróciliśmy do gry. Patrzycie wyłącznie na to, co jest negatywne. Uważam to za postępowanie nie fair wobec tej drużyny” – powiedział. A więc mieliśmy świetną kwartę (!) i wróciliśmy do gry, chociaż tu warto dodać, że wróciliśmy i przegraliśmy. Nie wiem co jeszcze pozytywnego można znaleźć, ale kiedy wrócą ze Słowenii moi koledzy to zapytam. Może chociaż jedzenie dobre im dawali?