Bartłomiej Bonk, wojownik każdego dnia

Jest ciężko, nie ma co ukrywać. Moje dźwiganie to nic w porównaniu z codziennym życiem – powiedział Bartłomiej Bonk, brązowy medalista ostatnich mistrzostw świata w podnoszeniu ciężarów. Na co dzień razem ze swoją rodziną walczy o zdrowie swojej córeczki, Julki.

Nie wiem czy faktycznie jest w dobrej formie, ale cieszę się, że wraca. Bez względu na wszystko, ten powrót już jest wielki – napisałem w czerwcu tego roku na blogu. Chodziło o Bartka Bonka, który szykował się do pierwszego startu po igrzyskach olimpijskich w Londynie, w zawodach ligowych. Minęło kilka miesięcy, a Bonk po raz kolejny wszystkich zadziwił, tym razem podczas mistrzostw świata we Wrocławiu. Tak jak w Londynie rok temu nikt na niego nie liczył (nawet on sam nie wierzył w medal) i tak jak wtedy, zdobył brązowy medal. Tym razem uratował mistrzostwa dla Polski. Liczyliśmy na dwa, trzy medale, prezes PZPC Szymon Kołecki głośno mówił o czterech. Skończyło się tylko na jednym krążku. Swoją drogą, z naszymi ciężarami nie jest tak dobrze, jak widział to Szymon, ale też nie tak źle, jak wskazywałyby wyniki. A wracając do Bartka – niby nic wielkiego, niespodzianki w sporcie się zdarzają, a mówimy „tylko” o brązie. Historia Bonka jednak taka normalna nie jest. Wszyscy ją znają, wszyscy wiedzą, że jego rodzinę doświadczył los (czy raczej błąd lekarza), a Julka, jedna z niespełna rocznych bliźniaczek wymaga ciągle całodobowej opieki, bo urodziła się z poważnym niedotlenieniem mózgu. Ja wiem, że takie historie się zdarzają, że dotykają też ludzi, których losem później nikt się za bardzo nie interesuje. Jedno łączy ich wszystkich – każdy przypadek to wielki dramat.

Kiedy we Wrocławiu Bartek odbierał brązowy medal, obok stała jego żona Barbara z córką Mają na rękach, biegał starszy syn i nie sposób było nie pomyśleć, że brakuje Julki. – Tak, ale nie da się cofnąć czasu. Julcia kibicowała mi w domu. Trudno o tym rozmawiać. Dziecko jest w bardzo poważnym stanie. Moja walka na pomoście jest niczym przy tym, jak ona walczy każdego dnia o każdy kolejny – mówił nam Bartek już po zawodach. Opowiadał też o tym, co dają mu ciężary i że marzy o starcie w igrzyskach w Rio de Janeiro. Walcz, chłopie! Dla siebie, ale przede wszystkim dla rodziny. Trzymam kciuki!

P.S. W środę w PS znajdziecie rozmowę z Bartkiem.

Szpilka kontra Zimnoch – świat zwariował

Tu nie chodzi o boks. Właściwie sportu jako takiego w tym niewiele. A jednak walka Artur Szpilka kontra Krzysztof Zimnoch to dzisiaj pewny hit. Być może dojdzie do niego wreszcie w pierwszej połowie przyszłego roku. Podobno, ale to nic pewnego…

Artur Szpilka to bydlak. Bydło powinno się trzymać chlewie, trzy razy dziennie spuszczać mu wpier…, a gdyby chciało wyjść na zewnątrz, gazować – mniej więcej taki wywód Krzysztofa Zimnocha można znaleźć w internecie. Z kolei dla Szpilki „Zimny to konfident”.

– To się robi niesmaczne – powiedział mi Piotr Werner, jeden z właścicieli grupy KnockOut Promotions, promującej Szpilkę i posiadającej „udziały w Zimnochu”. „Niesmaczne” to bardzo delikatne określenie. To w sumie żenujące. Taki Derreck Chisora czy David Haye też prowokują i wyzywają, ale mam wrażenie, że tam wszystko jest bardziej wyrachowane, obliczone na zysk. Tutaj jakby bardziej na serio. Niech więc ta walka wreszcie się odbędzie, dla dobra wszystkich, choć nie wiem czy to coś da. Boks bardzo lubię, ale takich scen nienawidzę. Ja wiem, że to się sprzedaje, że dzisiaj o tej dwójce słyszało większość kraju, a połowa ma wyrobione zdanie na temat wyniku. Świat zwariował, ale wcale nie muszę się z tego cieszyć.

Skoro jednak wszyscy tego chcą, to pewnie w końcu panowie wejdą do ringu. Nie wiem co wydarzy się wcześniej, ale jestem w stanie wyobrazić sobie akcje z metalowymi klatkami, w których obaj siedzą (osobno, rzecz jasna) podczas konferencji prasowych. Cóż, zgadzam się z zupełności z trenerem Szpilki, Fiodorem Łapinem, który powiedział: – Trzeba zrobić im tę walkę, bo dłużej się tak nie da. Chciałbym mieć to za sobą.

Wydawałoby się więc, że walkę obejrzymy podczas Polsat Boxing Night w przyszłym roku, ale to nie takie proste. Pierwszy termin to 22. lutego i Polsat Boxing Night (szef sportu w Polsacie, Marian Kmita powiedział mi jakiś czas temu, że w przyszłorocznym planie są dwie gale PSB – 22.2 i 18.10, obie w Łodzi). – Wszystko jest na dobrej drodze i liczę, że walka odbędzie się w pierwszym półroczu przyszłego roku – mówi Piotr Werner. Z punktu widzenia promotora walka dwóch zawodników bez porażki nie jest wymarzonym scenariuszem (nie zgadzam się z tym, ale tak po prostu jest), ale jak mówi Werner „wielu ma na koncie przegrane, a zostaje później mistrzami świata”. – Ten luty aż się prosi – dodał trener Łapin. Szkoleniowiec Szpilki ma tylko jeden warunek. Tylko i aż, bo nie wyobraża sobie, aby podczas jednej gali walczył w ważnych pojedynkach Krzysztof Włodarczyk i Artur. A w lutym Diablo ma się spotkać z Albertem Sosnowskim (najpierw jednak musi wygrać z Giacobbe Fragomenim w Chicago). Poza tym, dwie takie walki to cztery wielkie wypłaty. A zarobić chcą też promotorzy i telewizja. I koło się zamyka.

Efekt jest takie, że tak naprawdę nie trwają aktualnie żadne rozmowy (poza medialnymi rozważaniami) w sprawie ringowej walki Zimnoch – Szpilka. Chłopaki walczą więc na słowa. Krzysiek już chyba wszystko powiedział w wywiadzie po starciu z Zimnochem. Niby starał się być spokojny, ale widać, że emocje też w nim kipią. Wcześniej przypadkowo spotkał się ze Szpilką przed wyjściem do ringu, z którego później wskazał na Artura jako „następną ofiarę”, na co ten odpowiedział niewybrednym gestem. A w wywiadzie opowiadał też o tym jak koledzy Artura mieli mu zakłócać noc i o ich „sympatii” znowu jest głośno jak kilka miesięcy temu, kiedy pobili się na konferencji prasowej przed niedoszłą walką. – Mógł mnie nie wyzywać z ringu. Pieprzy głupoty, że dzwoniłem do niego po nocach. A po co? Ja nawet jego numeru nie mam. Dał złą walkę i teraz wymyśla – odpowiada Szpilka i dodaje: – Nasz pojedynek musi się odbyć. Ludzie chcą to zobaczyć, a my mamy sobie coś do udowodnienia.

Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia kto mówi prawdę, ale w sumie to nawet niezbyt ważne. Wiem za to jedno – tak jak trener Łapin chciałbym, żeby ta walka się odbyła, bo ci dwaj są gotowi publicznie się wyzywać przez całe życie. A to już teraz nie jest zabawne.

Polscy kolarze rządzą!

Tak, wiem – ten tytuł to jednak przegięcie, ale może za rok, dwa… Bo niby dlaczego nie? Wreszcie nie trzeba pisać o fantazjach i życzeniach, bo wszystko można poprzeć realnymi argumentami. Ok, w tym sezonie nie mieliśmy spektakularnych zwycięstw, ale Michał Kwiatkowski, Rafał Majka czy Przemek Niemiec bywali na ustach kolarskiego świata. Dwaj pierwsi są jak dobrze oprocentowana lokata – po prostu muszą przynieść „zyski”, a Przemek pewnie jeszcze będzie nam „wypłacał” emocje. Do tego jest kilku innych, którzy na co dzień ścigają się wśród najlepszych. Z mniejszym lub większym powodzeniem. A że poważne ściganie w tym roku już się skończyło, nadszedł czas podsumowań. Traktujcie to jednak proszę bardziej jako zabawę. I od razu zaznaczam – biorę pod uwagę zawodników ekip World Tour i Bartka Huzarskiego z kontynentalnego NetAppu.

Numer 1. to dla mnie Michał Kwiatkowski.

Świetna wiosna, z 4. miejscem w Amstel Gold Race i 5. w Strzale Walońskiej, tytuł mistrza Polski, dziesięć etapów w białej koszulce lidera klasyfikacji młodzieżowej Tour de France i 11. pozycja w klasyfikacji generalnej tej imprezy. Do tego wreszcie tytuł mistrza świata w drużynie z Omega Pharma-QuickStep. Nic dziwnego, że „Kwiatek” już dawno przedłużył kontrakt z belgijską grupą i raczej się nie mylę jeśli stwierdzę, że jest dzisiaj najlepiej zarabiającym polskim kolarzem, a jego umowa jest liczona w setkach tysięcy euro (setkach, czyli pewnie bardziej 600-800 tysięcy niż 200). Zasługuje, bo moim zdaniem to przyszły mistrz świata. A któregoś roku i w TdF może powalczyć o podium. W giro czy vuelcie już raczej nie, bo tam z reguły trudniej w górach i mniej czasówek. Co ciekawe, jakiś czas temu rozmawiałem o tym z Michałem i w sumie się ze mną zgadzał. Tak czy inaczej – dla mnie to najbardziej harmonijnie rozwijająca się kariera polskiego kolarza od lat. I zarazem największy talent, być może w całej historii tego sportu w Polsce. Poukładany chłopak, który świetnie radzi sobie w klasykach, etapówkach, jeździe na czas i coraz lepiej w górach. A do tego potrafi jak mało kto odnajdować się w grupie. Dziś to już klasa światowa.

 

Rafał Majka

Kolarz Saxo-Tinkoff od lat był przedstawiany jako chłopak o fenomenalnych możliwościach. Przy okazji kolejnych edycji Tour de Pologne, spiker do znudzenia (dosłownie) powtarzał legendę o tym, jak to młodziutki Majka zachwycił Bjarne Riisa na jednym z treningów, kiedy nie zdołał mu odskoczyć Alberto Contador. Opowieść przypominała te o yeti – wszyscy o tym gadali, ale nikt nie widział. Riis co prawda przekonywał, że to kandydat na lidera grupy w wielkich tourach, ale kiedy już mieliśmy się o tym przekonać, przytrafiała się kontuzja. I wreszcie Majka zaszalał, właśnie teraz. Siódme miejsce w generalce Giro d’Italia (i 2. w klas. młodzieżowej), 2. w Mediolan – Turyn, 3. w legendarnym Giro di Lombardia i 4. w Tour de Pologne. 24-latek przedstawił się światu w wielkim stylu. A wszystko wskazuje na to, że to dopiero początek. Świetny w górach, odporny psychicznie, twardy i zawzięty. Taaak, z tego chłopaka będziemy mieli wiele pociechy, a 7. miejsce w trzytygodniowej imprezie powinien szybko poprawić. Stawiam, że w kolejnym sezonie.

 

Przemysław Niemiec

Przez lata trochę na uboczu wielkiego kolarstwa. Niby lider włoskiej grupy Miche, ale tylko Miche. Odkąd przeszedł do Lampre miał szansę pokazać się szerszej publice. Albo i nie, bo w końcu sprowadzono go głównie do pomocy liderem, choćby Michele Scarponiemu. No i Przemek pomaga, chociaż podczas giro jechał chyba bardziej dla siebie. No i dojechał na 6. miejscu, a na dwóch etapach był 3. Nie jestem przekonany czy taki Scarponi się z tego cieszył, ale my, w Polsce, jak najbardziej. Niemiec udowodnił, że mógłby być liderem z prawdziwego zdarzenia. Ech, gdyby tak dostał też prawdziwą szansę, z ekipą u boku do pomocy. Oczywiście najlepiej podczas giro, ale to raczej marzenie ściętej głowy. Polak kapitanem we włoskiej drużynie na włoskim wyścigu sezonu? Jakoś tego nie widzę. Zostaje więc Vuelta a Espana, bo już taki Tour de France jest nie dla niego. W tym roku spróbował na własne życzenie, ale później sam stwierdził, że „zobaczył i wystarczy”.

 

Bartosz Huzarski

Jedyny nie „worldtourowiec” w tym gronie, ale godny, naprawdę godny reprezentant polskiego kolarstwa. Rok temu był drugi na jednym z etapów giro, w tym 3. na odcinku vuelty. Brakuje tylko pierwszej trójki we Francji… Gdyby NetApp tam wystartował to kto wie? „Huzar” lubi zaatakować w końcówce trudnego etapu, umie się też odnaleźć w ucieczce. Ba! Kto przypomni sobie tegoroczne mistrzostwa świata, musi widzieć przed oczami, uciekającego przez ponad 200 kilometrów Polaka. W ulewnym deszczu, przy wiejącym wietrze, parł do przodu najdłużej ze wszystkich śmiałków. Pewnie, właściwie od początku było wiadomo, że ta akcja nie ma szans powodzenia, ale co z tego? Fajnie się to oglądało i za to dzięki, Bartek! Szkoda mi tylko jednego – że chłopak z takim stylem jazdy tak długo siedział w Polsce i ścigał się po dziurach. Dzisiaj ma 33. lata i nie ma co ukrywać, że jest bliżej niż dalej końca przygody z rowerem. Ale pewnie jeszcze kilka sezonów będzie można ściskać za niego kciuki!

 

Michał Gołaś

Nigdy nie będzie wygrywał wielkich tourów, ale to bardzo solidny kolarz, którego stać na przebłyski. Nie w wysokich górach, bo te raczej nie dla niego, ale pagórkowaty teren i trudniejsze finisze to już jego „naturalne” terytorium. Kompan „Kwiatka” w Omega Pharma-QuickStep to dzisiaj jeden z najsolidniejszych polskich kolarzy. I pewnie w najbliższych latach będzie jeszcze lepszy.

 

Maciej Paterski

W drugiej części sezonu szalał. Był w ucieczkach, finiszował, a podczas mistrzostw świata został najwyżej sklasyfikowanym Polakiem. Owszem, nic nie wygrał, ale tak aktywnego Maćka dawno nie oglądaliśmy. Cóż z tego, skoro nie przedłużył kontraktu we włoskim Cannondale i na razie nie ma ekipy. – Jeszcze nic nie wiem, ale mam nadzieję, że w najbliższych dniach coś się wyjaśni – powiedział mi ostatnio. Wygląda na to, że wypadnie z ekip World Touru. Hmm… CCC Polsat Polkowice?

 

Maciej Bodnar

Dla mnie to najbardziej niedoceniany polski kolarz. Przynajmniej przez „kibiców w kapciach”, bo w środowisku ma wyrobioną markę. Ivan Basso nie chce się bez niego ruszać na poważne imprezy, podobnie jest z Peterem Saganem. „Body” nie wygrywa, ale nigdy nie miał takich zadań. W nomenklaturze piłkarskiej byłby pewnie defensywnym pomocnikiem. Osłania liderów od wiatru, nadaje tempo na płaskich odcinkach, ciągnie drużynę w jeździe drużynowej na czas. Takim jak on kryzys w kolarstwie nie jest straszny. Wydaje się, że Bodnar może być spokojny o pracę przez najbliższych kilka sezonów.

 

Tomasz Marczyński

Podobnie jak Paterski nie ma kontraktu, bo jego Vacansoleil-DCM… przestał istnieć. Inna sprawa, że w podobnej sytuacji jest dzisiaj ponad stu kolarzy na rynku. „Maniek” powinien jednak znaleźć sensowne miejsce do pracy, bo to po prostu dobry kolarz. W tym sezonie tego nie potwierdził, bo nie miał zbyt wielu okazji. – Pechowy sezon! Pół roku wyjęte z życia, cztery miesiące się nie ścigałem, a przez półtora nie wsiadałem na rower. Szkoda, bo nadzieje i plany były znacznie ambitniejsze – mówi Marczyński. Limit pecha chyba już wyczerpał i w przyszłym sezonie znowu powinien być widoczny. Pytanie w jakiej koszulce…

 

Sylwester Szmyd

Hmm… nie ma co ukrywać, że Sylwka lubię też prywatnie. Za to jakim jest człowiekiem i za to jak rozumie kolarstwo. Przez lata był naszym w sumie jedynym „łącznikiem” z wielkim kolarstwem. Jednak ten sezon… – Jeśli chodzi o wyniki to był mierny i tyle – mówi wprost Sylwek. I faktycznie, ścigał się mało. A kiedy już stawał na starcie, było słabo. O pierwszym sezonie w barwach hiszpańskiego Movistaru chciałby pewnie szybko zapomnieć. Był jakby niepasującym puzzlem w pudełku. – Pracę na treningach oceniam na piątkę z plusem, tylko co z tego? – mówi. Przekonuje jednak, że nie powiedział ostatniego słowa, nie jest wypalony i w przyszłym roku chce potwierdzić, że wciąż jest jednym z najlepszych pomocników na świecie.

 

A tak na koniec – przejrzyjcie tę listę jeszcze raz. I jeszcze. Widzicie to? Kwiatkowski i Majka na wielkie toury, u boku w górach Niemiec, Szmyd, Huzarski, Marczyński i Bodnar w płaskim terenie. W klasykach „Kwiatek”, Gołaś, Paterski… Do tego kilku kolarzy z krajowych ekip, o których tutaj nie pisałem. Mamy wszystko poza klasowym sprinterem, ale gdyby ktoś miał wolnych z 5, może 6 milionów euro to może zorganizować krajową drużynę, która nie byłaby wcale słabsza od takiej rosyjskiej Katiuszy, a i brytyjskiemu Sky coś by urwała. Cóż, pomarzyć piękna rzecz…

Król jest nudny, a Master zawodzi

Wielu liczyło w Moskwie na bokserską ucztę. W menu planowano najpierw smaczną przystawkę, a po niej danie główne za miliony. Krótko mówiąc – wygrana Mateusza Masternaka, a później wreszcie poważne wyzwanie dla Władymira Kliczki, czyli Aleksander Powietkin. Cóż, ja stawiałem na wygraną Polaka i nudną walkę wieczoru. W pierwszym przypadku się pomyliłem, w drugim miałem rację, chociaż to akurat marna pociecha.

– Liczę na Mateusza, dla mnie w tej walce jest faworytem, choć boksuje na wyjeździe. Drozd jest zawodnikiem silnym fizycznie, ale wolnym, to materiał do dobrego koncertu dla Mateusza – przekonywał przed walką Mateusza Masternaka w Moskwie Dariusz Michalczewski, który ostatnio znalazł się blisko naszego boksera wagi junior ciężkiej (załatwił mu nawet sponsora). Cóż, z całego wydarzenia pod tytułem „Masternak kontra Drozd” najbardziej podobał się polski hymn, który chyba nigdy tak długo nie rozbrzmiewał za naszą wschodnią granicą.

Walka? Zawód i tyle. Polak miał być szybszy. Nie był. A przy tym zawiodła mobilność, precyzja, pomysł i tak dalej, i w tym stylu. Nad pracą narożnika po rozcięciu łuku brwiowego nie chcę się rozwodzić.

Krzysiek Włodarczyk, który z Masternakiem raczej nie wysyłają sobie życzeń na święta, mógł tym razem bezkarnie pozwolić sobie na złośliwość i powiedzieć, że „ta walka oddzieliła chłopców od mężczyzn”. Cóż, jedno jest pewne: starcie Włodarczyk – Masternak, do którego było daleko już wcześniej z wielu różnych powodów, teraz oddaliło się jeszcze bardziej. Chociaż nie ukrywam, że chętnie obejrzałbym Mateusza w akcji z Pawłem Kołodziejem czy Krzysztofem Głowackim. A skoro Polsat ma w planie dwie gale Polsat Boxing Night w przyszłym roku i za każdym razem mają tam być polsko-polskie wojenki to dlaczego nie? Trzeba się „tylko” dogadać się tylko z Sauerlandem, niemieckim promotorem Mateusza.

Pytanie tylko co dalej z jego karierą? Oczywiście, porażka wcale nie musi mu wyjść na złe, wręcz przeciwnie. Pytanie tylko jak to wszystko się teraz potoczy. W bokserskim światku od pewnego czasu szeptało się (wcale nie tak cicho), że wkrótce dojdzie do zmian w obozie Mastera. Teraz mówi o tym całkiem głośno Janusz Pindera, ja pisałem na twitterze, a mój redakcyjny kolega z PS, Przemek Osiak, który poleciał do Moskwy pytał nawet o to samego boksera zaraz po przegranej. No i usłyszał, że „jest za wcześnie, żeby o tym mówić”. Hmm… Jeśli faktycznie odejdzie od trenera Andrzeja Gmitruka albo do sztabu dołączy inny szkoleniowiec to stawiam, że jednak przy okazji zacznie spędzać więcej czasu w Niemczech.

Do Niemiec wróci też pewnie Władymir Kliczko. Tam nawet gdyby walczył z donicą ogrodową i nie ruszył się przez całą walkę, hala/stadion będzie pełen. Nie mam pretensji, Władymir wielkim mistrzem jest bez dwóch zdań, w przyszłości będzie wspominany (razem z bratem) jako jeden z najlepszych w historii, ale też ten jaśnie nam panujący król nie jest aktorem porywających widowisk. Prawdę mówiąc wolę oglądać w akcji Witalija, bo starszy z braci przynajmniej czasem lubi wymiany i odrobinę ryzyka. Wlad wygrywa, po prostu. Trudno wspominać te wiktorie na lata, ale skuteczności ukraińskiej maszynie odmówić nie można. I nie mogę się oprzeć wrażeniu, że pokona ją dopiero czas. W sobotę w Moskwie zarabiał blisko pół miliona dolarów za minutę walki, więc z biznesu piątka z plusem. Za ciągłe faule – pała. Ale wygrał, niedługo znowu wróci do ringu i znowu wygra. Maszyny tak mają.

Diablo Włodarczyk: Albert, pokaż, że masz jaja!

Krzysiek Włodarczyk zawsze lubił zamieszanie wokół siebie i nic się pod tym względem nie zmieniło. Wczoraj pogadaliśmy o trzeciej walce z Giacobbe Fragomenim (odbędzie się 6.12 w Chicago), planach na starcie z Albertem Sosnowskim i rewanżu z Rachimem Czakijewem. Efekty w dzisiejszym PS na stronie przegladsportowy.pl. A i na onecie widziałem. Wklejam jednak całość też tutaj.

Krzysztof Włodarczyk może być najbardziej zapracowanym bokserem najbliższych miesięcy. Na początek 6 grudnia w Chicago zmierzy się z Giacobbe Fragomenim. „Diablo” do USA jechać musi, po prostu. Z Włochem będzie walczył po raz trzeci. W Rzymie w 2009 roku zremisował, rok później wygrał w Łodzi, został mistrzem świata federacji WBC w kategorii junior ciężkiej i wydawało się, że już nigdy nie będzie potrzeby mierzyć się z już 44-letnim weteranem. Ten jednak został obowiązkowym pretendentem WBC i Włodarczyk musi z nim walczyć. W Polsce trudno byłoby to starcie dobrze sprzedać i stąd pomysł wyjazdu do USA. Później „Diablo” ma walczyć w Polsce, najpewniej w wadze ciężkiej z Albertem Sosnowskim, a wiosną możliwy jest rewanż z Rachimem Czakijewem.

KAMIL WOLNICKI (PS): Słyszałem, że 6 grudnia jedzie pan po mikołajkowy prezent aż do Chicago.

KRZYSZTOF WŁODARCZYK: Dokładnie tak to będzie.

A za ten „prezent” da się później kupić coś ciekawego?

WŁODARCZYK: Powiem tak: nie ma tragedii, ale też bez rewelacji.

Cieszy się pan w ogóle na myśl o walce z Giacobbe Fragomenim?

WŁODARCZYK: A jest jakiś powód, dla którego powinienem się cieszyć? Proszę mi szczerze powiedzieć.

Szczerze? Spotkacie się po raz trzeci. Najpierw był remis w Rzymie, później pewna wygrana w Łodzi i myślę, że co miał pan do powiedzenia Włochowi, to już pan powiedział, więc spotkanie w Chicago to po prostu obowiązek wynikający z rankingu WBC i nic więcej.

WŁODARCZYK: Obowiązek… Dokładnie. Oczywiście, nie można go lekceważyć, bo wyjdzie przygotowany i będzie chciał wygrać. Tylko, że to akurat wydaje mi się mało prawdopodobne.

Pan ma obowiązek wygrać ten pojedynek. Jakiekolwiek inne rozwiązanie będzie sensacją.

WŁODARCZYK: Zdaję sobie z tego sprawę. Z mojego punktu widzenia to jednak nic nie zmienia, bo podejdę do przygotowań i samego pojedynku tak, jak powinienem. Z kimkolwiek mam się zmierzyć, postępuję tak samo. Jestem mistrzem świata, a to zobowiązuje.

Pamięta pan jeszcze poprzednie walki?

WŁODARCZYK: Pewnie, zmęczyłem się trochę. Ciągle było „patataj, patataj”, ja do przodu, on do przodu. Szczerze mówiąc, nie było zbyt przyjemnie.

Oglądałem na żywo obie. W Łodzi wygrał pan bezdyskusyjnie, ale w Rzymie rozpoczął pan świetnie, ale później zabrakło sił. Staliście oparci czołami – z takiej pozycji się biliście.

WŁODARCZYK: Zgubiliśmy oddech. Jemu też nie było łatwo. Dobrze, że się skończyło remisem. Ale przyznaję, brakowało mi trochę prądu. W Łodzi, w rewanżu, nie miał już nic do powiedzenia. Teraz jedziemy do USA i fajnie. Walczę tam, gdzie mnie chcą. W Chicago już byłem, naprawdę jestem zbudowany tym, co widziałem przy okazji gali z udziałem Artura Szpilki i Andrzeja Fonfary. Super atmosfera, rewelacja! Liczę na to samo.

Wychodzimy trochę w przyszłość i podgrzewamy atmosferę, OK?

WŁODARCZYK: Jedziemy!

Coraz więcej mówi się o kolejnej pana walce, w wadze ciężkiej. Rywal Albert Sosnowski. On się jeszcze nadaje?

WŁODARCZYK: Mam nadzieję, że ma jaja, weźmie się do roboty i zacznie się przygotowywać do naszego pojedynku! Wchodzę do ringu, żeby wygrać, ale chciałbym też poboksować. Nie z cieniem, a silnym zawodnikiem. I liczę na takiego Alberta.

Ostatnio prezentował się średnio. I wielu wysyłało go nawet na emeryturę.

WŁODARCZYK: A ja czytałem wywiad, w którym mówił, że chce pokazać moc i udowodnić, że nie jest stracony. Wszystko zależy od niego. Czy potrafi się jeszcze spiąć? Jeśli tak, to pokaże fajny boks. Gdyby jednak myślał tylko o wypłacie, to nic z tego nie będzie.

I wtedy pan go wyśle na emeryturę.

WŁODARCZYK: Ostatecznie.

A chciałby pan? Zawsze pan powtarzał, że bardzo go szanuje.

WŁODARCZYK: I nic się nie zmieniło. Ciągle wyjątkowo go szanuję. W ringu jednak nie ma litości. On dla mnie też by nie miał. Ja natomiast postaram się zrobić to, co chcę, bezboleśnie. Da się tak, naprawdę się da.

Pytam o Alberta, bo początkowo nie był pan zbyt pozytywnie nastawiony do pomysłu walki z Sosnowskim.

WŁODARCZYK: Nie byłem, przyznaję. Porozmawiałem z nim jednak, przemyślałem wszystko. I jeśli ma w sobie jeszcze sportową złość, to może być fajne widowisko. Poza tym, to rocznik 1979, czyli ma 34 lata. Co to za wiek dla boksera? Przecież ja jestem tylko trochę młodszy. Chłopy po czterdziestce boksują i świetnie sobie radzą, więc o co chodzi?

Wielu hejterów pisze, że w tej walce chodzi tylko o to, żeby na plecach Alberta wejść do wagi ciężkiej.

WŁODARCZYK: Tak piszą? Co ja na to poradzę? Hejterzy mnie za bardzo nie obchodzą.

To byłby jednorazowy skok do wagi ciężkiej i później powrót, na przykład na rewanż z Rachimem Czakijewem, czy jednak chce pan zostać w wyższej kategorii?

WŁODARCZYK: Gdyby Rachim chciał rewanżu, to dlaczego nie? Będę na sto procent gotowy i zafunduję mu dawkę solidnych emocji.

Polubił pan wyjazdy do Rosji, bo tam dobrze płacą?

WŁODARCZYK: Nieźle, całkiem nieźle. Poza tym, Czakijew to dobry pięściarz, który energetyzuje ludzi. Dalibyśmy ludziom znowu fajny boks.

Pracowite miesiące przed panem.

WŁODARCZYK: Dziewięć, dziesięć miesięcy.

Na horyzoncie są trzy walki. Nie pamiętam, kiedy w pana przypadku taka sytuacja miała miejsce.

WŁODARCZYK: Ja też nie. Tylko ustalmy jedną rzecz: ja każdą walkę traktuję bardzo indywidualnie. Rozmawiamy o Albercie czy Rachimie, ale ja w tej chwili skupiam się na przygotowaniach do Fragomeniego. Skończę ten projekt, zacznę następny.

 

 

Oczywiście zadzwoniłem również do Alberta Sosnowskiego. A ten mówił tak:

Mam nadzieję, że ta nasza walka jest już właściwie klepnięta i dojdzie do skutku. Kiedy będę to wiedział na sto procent, przygotuję odpowiedni plan pracy i biorę się do roboty. Pokażę Krzyśkowi, że waga ciężka to inna bajka. Ja wiem co osiągnął, bardzo to szanuję i doceniam, ale decydując się na skok do wyższej kategorii i walkę ze mną, popełnił błąd. Będę miał jeden słuszny plan na ten pojedynek, czyli wyjść i wygrać. Może mu się wydawać, że mnie świetnie zna i czyta jak otwartą książkę, bo trenowałem z Fiodorem Łapinem w ich gymie, ale to kolejny błąd. Z Włodarczykiem można wygrać, wiem o tym. Trzeba się tylko poświęcić. Jeśli wszystko uporządkuję i poukładam sobie w głowie, to kompletnie nie martwię się o przebieg takiego starcia. Ktokolwiek stanie mi na przeciwko, przegra. Ja naprawdę czekam już tylko na konkrety i cieszę się, że coraz więcej o tym pojedynku się mówi. Później wszystko zweryfikuje ring.