Setka dla Justyny, Biegun szaleństwa

Nie wiem który raz jestem w Kuusamo, ale tak szalonego dnia jeszcze tu chyba nie przeżyłem. Zaczęła Justyna Kowalczyk, skończył Krzysztof Biegun, a efekt jest taki, że po raz pierwszy w historii mamy jednocześnie lidera Pucharu Świata w biegach i skokach narciarskich.

Wczoraj pisałem, że Justynie i trenerowi Aleksandrowi Wierietielnemu należy się kredyt zaufania, dodałem też przed piątkowy sprintem, „będzie ok”. Nieśmiało, nie ukrywam, bo jakoś nie byłem pewny, że to wszystko się tak świetnie poukłada. Tymczasem Justyna biegła z każdym startem lepiej. Po drodze pogubiła się Marit Bjoergen i wielu polskich kibiców mogło cieszyć się podwójnie. Swoją drogą, czasem mam wrażenie, że wielu łatwiej przełknąć trzydzieste miejsce Polki w biegu, w którym nie ma Bjoergen niż drugie, ale za Norweżką.

Tak czy inaczej, Justyna poszalała. W sobotę znowu ma szansę, choć ona sama twierdzi, że w ten weekend „wszystko wróci do normy”. Z drugiej strony dodaje, że ten sobotni bieg bardzo lubi. No więc… setka dla Justyny już teraz? Wszystko na to wskazuje. Wbrew pozorom nie chodzi mi o napój, który skutecznie rozgrzewałby człowieka na tym fińskim mrozie, a o setne podium w karierze licząc miejsca w pierwszej trójce pojedynczych biegów, ale i poszczególnych etapów imprez typu Ruka Triple czy Tour de Ski. Po wygranej w sprincie ma ich 99.

Krzysztof Biegun na takie święto musi popracować jeszcze wiele, wiele lat. Ale i tak to, co przeżył przez ostatni tydzień to jak jazda największą kolejką górską świata. Nie schodził z czołówek serwisów sportowych, kraj dowiedział się, że zmarła mu babcia, w międzyczasie trwała dyskusja czy junior musi startować skoro jest liderem PŚ. A w Kuusamo o atrakcje zadbali organizatorzy. Polak opowiedział nam, że szkoda tracić żółty trykot, później organizatorzy wręczyli go Niemcowi Marinusowi Krausowi, a kiedy ten przyszedł na konferencję prasową dowiedział się, że nic z tego, liderem nie jest, bo jednak przegrywa z Biegunem o jeden punkt. Ot, taki fiński, czarny humor.

I tak się zastanawiam – co w Kuusamo wydarzy się jutro :)

Kredyt dla Justyny

Już tyle razy mówili mi, że przechodzę do historii, że chyba tam jestem. Czy nie? Byłabym szczęśliwa, gdyby moje bieganie w tym sezonie pozwoliło walczyć o Kryształową Kulę. Jako jedyna przez ostatnie lata nie schodzę z podium Pucharu Świata. I wiem, jakie to trudne. A jeżeli się nie uda, będę się skupiała na ważniejszych dla mnie biegach, a inne traktować treningowo – powiedziała mi Justyna przed rozpoczęciem tego sezonu.

Ona sama jest ciekawa jak wszystko się potoczy, jak będzie wyglądała sytuacja w Pucharze Świata i, pewnie przede wszystkim, co przyniosą igrzyska olimpijskie w Soczi. Cztery lata temu w Vancouver siedzieliśmy w kawiarni wioski olimpijskiej i padły nawet słowa „złoty medal” w kontekście igrzysk w Rosji. Cztery lata to jednak długo, bardzo długo. Marzenie pewnie się nie zmieniło, ale wiele inne spraw już tak. Da radę? Nie wiem, nie mam pojęcia. Wiem za to jedno – Justyna i trener Aleksander Wierietielny przez te wszystkie lata zasłużyli na kredyt zaufania. Ile było już sezonów, w trakcie których pojawiały się komentarze ekspertów na temat tego, że jest źle przygotowana, że popełnia błędy, że nic z tego nie będzie… A oni za każdym razem się bronili. Wynikami rzecz jasna. Od mistrzostw świata w Libercu nie było dużej imprezy, z której Justyna wracałaby z pustymi rękoma. Startuje wszędzie, nie odpuszcza, robi swoje.

W tych przygotowaniach było trudniej niż wcześniej. Mówi o tym sama Justyna, przyznaje trener Wierietielny. Dodają jednak, że mimo wszystko wykonali plan, że przepracowali tyle godzin, ile trzeba. Wyniki powinny więc przyjść, choć nikt nie jest maszyną (Ba! Maszyny się psują). Jasne, na dobrą formę i medal w Soczi trzeba liczyć, bo trudno mówić o czymś innym w przypadku takiej zawodniczki. Na razie jednak spokojnie.

Siedzę właśnie na lotnisku w Helsinkach, jestem w drodze do Kuusamo i myślę o tym pierwszym starcie. Ja Kuusamo lubię bardzo, no ale nikt mi nie każe tam biegać. – Gdyby te zawody były w kalendarzu Pucharu Świata miesiąc później, traktowałabym je tak samo jak Otepaa, Canmore czy Roglę. Byłoby jednym z moich magicznych miejsc – powiedziała mi ostatnio Justyna. A jednak na dalekiej północy Finlandii z reguły osiąga niezłe wyniki. Teraz też będzie ok.

 

P.S. Coś dla przesądnych: Justyna mieszka w tym roku w tych samych apartamentach co w sezonie przed igrzyskami w Vancouver. Wtedy wygrała w Kuusamo sprint, a z Kanady wróciła z brązowym, srebrnym i złotym medalem.

Jak oni skaczą!

Piotr Żyła wygrywa, Kamil Stoch lata jak… mistrz świata. Za ich plecami atakuje młodzież. Polscy skoczkowie rozpoczęli sezon z przytupem. To co prawda dopiero kwalifikacje, ale i tak jest o niebo milej niż na początku poprzedniego sezonu.

Rok temu pod koniec listopada siedziałem w recepcji hotelu Kuusamo, a właściwie w Ruce, bo tam odbywa się Puchar Świata. Był późny wieczór, już po kwalifikacjach, czekaliśmy na zawodników, na kogokolwiek z kadry.

Najpierw Lillehammer, później Finlandia – tu i tu katastrofa. Inni skaczą, nasi spadają na bulę. Pogubili się kompletnie, świat odjechał, w perspektywie były nerwowe ruchy. Trener kadry Łukasz Kruczek gdzieś w hotelowym korytarzu przyznał, że podczas szczerej rozmowy ze skoczkami powiedział, że jest gotowy podać się do dymisji, jeśli tylko ktoś ze sztabu uważa, że potrzebne są zmiany. Nikt nie chciał takiego rozwiązania. Wytrzymali ciśnienie. Za trenerem stanął Maciek Kot, o czym powiedział nam jeszcze zanim spotkaliśmy Kruczka. Kamil Stoch następnego dnia rano stwierdził, że jeśli Łukasz odejdzie, to on też. Mocno, może nawet za mocno, bo brzmiało jak szantaż. A jednak mieli rację i dobrze na tym wyszli, bo sezon rozegrał się bajkowo. Kamil został mistrzem świata, a drużyna zdobyła w Val di Fiemme medal. Moim zdaniem Kruczek zasłużył na tytuł Trenera Roku 2013. Ten sam Kruczek, który długo musiał pracować na swoją pozycję, bo odkąd pojawił się przy kadrze (pierwszym trenerem jest od 2008 roku, wcześniej pracował jako asystent) miał pod górę.

Rok temu kadra przespała okres przygotowawczy. Nie jeśli chodzi o trening jako taki, a przygotowania sprzętowe. Teraz zapewniali, że błędu nie powtórzą. – Mamy nowinki sprzętowe – mówił mi Łukasz przed startem sezonu. Kwalifikacje w Klingenthal zdają się potwierdzać te słowa. Nie działa to już jednak tak, jak choćby w sezonie igrzysk w Vancouver, kiedy Simon Ammann pokazał nowe wiązania, a później (choć oczywiście z opóźnieniem) zastosowali to samo właściwie wszyscy i u wszystkich działało. Dzisiaj mamy czas „indywidualnego tuningu”. – To już nie są czasy, kiedy wszyscy z wiązaniami, bo przepisy są bardziej sprecyzowane. Szuka się indywidualnego tuningu dla konkretnego zawodnika – mówi Kruczek. Rok temu nasi przegrali kombinezonami, teraz pilnowali się znacznie bardziej. – Zawsze można czegoś szukać, bo belka belce materiału nie jest równa. Ba! Czasem ta samej belka różni się strukturą co metr. Trzeba mieć szczęście i robić dużo testów. W tym roku mamy dostęp do różnych firm – przekonywał Kruczek. Miał rację? Nie wiem, mam nadzieję. Kadra dojrzała, działa bez zarzutów, obok Kamila Stocha, Piotra Żyła czy Maćka Kota jest zaplecze, bez kompleksów atakują młodzi. Nie mam pojęcia czy w sobotę nasza drużyna w składzie Żyła, Biegun, Kubacki i Stoch będzie na podium, ale stawiam, że to będzie dobry sezon (rok temu stawiałem podobnie, ale wtedy podstawy były znacznie bardziej kruche), z medalami igrzysk w Soczi. Podkreślam, medalami.

 

P.S. Skład na igrzyska olimpijskie w Soczi Łukasz Kruczek ma podać 18.1. – Po Turnieju Czterech Skoczni sytuacja będzie się już klarować. Do Rosji poleci 5 zawodników, czyli w składzie będzie jeden rezerwowy – powiedział mi niedawno Kruczek i dodał, że „wybrańcy” odpuszczą najprawdopodobniej konkurs w Sapporo lub Willingen.

 

Minister szkoli, prezes się wygłupia…

Moją gorącą prośbą do komisji i ministerstwa jest, by spróbować nas wesprzeć kwotą 16 mln złotych, bo inaczej będziemy mieli spory kłopot w sprawach organizacyjnych. Na naszych barkach leży bowiem cały transport w kraju wszystkich ekip, ich zakwaterowanie i pobyt, ale także chociażby mecz otwarcia na Stadionie Narodowym – powiedział prezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej Mirosław Przedpełski do członków sejmowej komisji sportu.

Wygłupia się czy robi to na poważnie? Brakuje kasy w budżecie na mistrzostwa świata, które odbędą się w Polsce w przyszłym roku, to załapałem. Ale cała reszta? Pan prezes dowiedział się teraz, że pokrywa koszty zakwaterowania? I że będzie miał „obciążone barki”? I ten mecz na Stadionie Narodowym… Otwarcie akurat tam jest jakimś obowiązkiem? Zaraz pewnie usłyszę, że to przecież dla kibiców. Taaa… Dla tych samych kibiców kadra gra kilka meczów w pierwszej fazie turnieju we Wrocławiu, w hali o najmniejszej pojemności z tych, które są arenami mistrzostw.

I jeszcze jedno – na meczu rozgrywanym na Stadionie Narodowym, przy wypełnionych trybunach (a pewnie takie by było, bo inaczej po co się szarpać?), nie da się zarobić?

Dalej też jest fajnie. Pan Przedpełski narzeka jak to Polsat, czyli główny partner telewizyjny, stawia ich pod ścianą, bo „jeżeli nie damy rady zorganizować sobie finansowania tej imprezy z pomocą państwa, to oni będą musieli wszystkie mecze, także reprezentacji Polski, dać w płatnej telewizji”. Ot, taki niewinny szantażyk. Żenujące… Swoją drogą, nie zajmuję się siatkówką, a słyszałem plotki o pomyśle z meczami siatkarskimi w (nie)sławnym ppv już ponad pół roku temu. Pan prezes wystraszył się dopiero teraz? Ciekawe, prawda?

Na szczęście mamy nowego ministra od sportu, choć szkoda, że w sumie nikt nie powiedział za co konkretnie poprzedniego wywalili akurat teraz. W każdym razie nowy z kasą nie powinien mieć problemu. Sześć milionów złotych to dla niego nic (polecam: https://www.youtube.com/watch?v=-I3-zVT-YUY. Problemy zaczynają się przy 60 czy 600. No więc 16 chyba zorganizuje się na luzie. Później będzie jeszcze piękniej. Kolega podesłał mi jedną z wypowiedzi nowego ministra, o zadaniach szefa resortu sportu: „kierować, wskazywać kierunki i pokazywać pogramy, takie szkoleniowe”. Świetnie się składa, prawda? Nowy selekcjoner siatkarzy, Stephane Antiga nie ma doświadczenia jako szkoleniowiec, ale już nie trzeba się martwić. Kiedy już pan minister sypnie groszem, weźmie się za napisanie „programu szkoleniowego” i podrzuci Francuzowi. Coś czuję, że przed nami sporo sukcesów!

Adamek podjął jedyną słuszną decyzję

Oficjalnie ogłoszono to, co wiedzieliśmy już wcześniej – Tomasz Adamek nie będzie walczył w sobotę w amerykańskiej Veronie z Wiaczesławem Głazkowem. I słusznie!

Adamek jest chory. Jest osłabiony, odwodniony, boli go gardło. – Co tu dużo gadać? Słabo jest – powiedział mi Tomek w środę wieczorem. Publicznie mówić nie chciał nic. Nie mógł. Zresztą, wtedy jeszcze nie zapadła żadna oficjalna decyzja, ale właściwie wszystko było jasne. Gdyby Adamek zdecydował się w tej sytuacji walczyć, pomyślałbym, że to nieprofesjonalne i bezsensowne. I nie chodzi o to, że walka z Głazkowem niosła za sobą naprawdę duże ryzyko. Po prostu, chory pięściarz nie ma czego szukać w ringu.

Wiem, że Kathy Duva, czyli szefowa grupy Main Events promującej Adamka, rwała włosy z głowy i gdyby mogła to wprowadziłaby Polaka do ringu nawet w pidżamie, ale to sport indywidualny, w którym ryzyko trzeba brać pod uwagę. Adamek nie jest pierwszym ani ostatnim bokserem, który z powodu choroby odwołuje występ i Kathy wie to lepiej ode mnie. Z drugiej strony, Duva ostatnio wróciła do gry, bo organizuje gale z telewizją NBC. W sumie za drobne, ale jednak. Tym bardziej, że w tej tv boks mogą oglądać miliony ludzi w USA, a to już dla wielu dobry wabik, bo przekłada się na promocję. Zależy jej więc wyjątkowo, żeby nie dawać plamy. Zależy jej bardziej niż na Adamku. Nie to, żebym miał jakieś szczególne pretensje. Banał, ale boks to tylko biznes i sam Tomek wie o tym najlepiej. Gdyby jednak się ugiął, byłby niepoważny.

Walka z Głazkowem dla Adamka (gdyby doszła do skutku) to jeden z pojedynków z cyklu „być albo nie być”. Gdyby przegrał, marzenia o kolejnej szansie starcia o pas mistrza świata wagi ciężkiej, mógłby odłożyć, pewnie na zawsze. Gdyby przegrał, pewnie zbliżyłby się w ekspresowym tempie do poszukiwania dobrego zarobku w Polsce w starciach z Arturem Szpilką, Mariuszem Wachem czy Krzysztofem Włodarczykiem. Te oczywiście też byłyby ciekawe, z punktu widzenia polskiego kibica pewnie wyjątkowo, ale sam Tomek przekonuje przecież, że na razie nie czas na takie atrakcje, że chce jeszcze poszukać szans na najwyższych piętrach. Aby dalej o tym myśleć, potrzebował wygranej. A w sytuacji, kiedy jego silnik pracuje na 30 procent, to nie ma sensu. – Mogę przegrać z lepszym pięściarzem na ringu, nie ma w tym żadnego wstydu. Ale nie przegram przez własną głupotę, dlatego, że zlekceważyłem chorobę – powiedział dzisiaj Adamek w rozmowie z polonijnym dziennikarzem Przemkiem Garczarczykiem. Mądrze powiedział, bardzo mądrze.

Kiedy czytam na forach wpisy mędrców o tym, że wystarczyłoby się porządnie wypocić pod kołdrą i wypić herbatę z malinami… brak słów. To jest poważny sport, do tego sport walki. Na najwyższym, a nie szkolnym poziomie. Tu istotny jest każdy szczegół i nie ma miejsca na żadne półśrodki. Pewnie, też miałem ochotę obejrzeć tę walkę. Też chciałem wiedzieć, czy Tomka stać jeszcze na fajny boks, kiedy w przeciwnym narożniku jest naprawdę solidny przeciwnik. Ale nie za wszelką cenę. Podjął najlepszą z możliwych decyzji. Przytomni to zrozumieją.

Sportowe pomniki nie przestają upadać

Czytam fragmenty biografii Michaela Rasmussena. Słynny „Kurczak” w 2007 był o krok od wygrania Tour de France, ale został wycofany z wyścigu z podejrzeniami unikania kontroli antydopingowej. Teraz Duńczyk wraca z książką pod tytułem „Żółta gorączka”. I jedzie ze wszystkimi. Siebie też nie oszczędza, a chodzi oczywiście o stosowanie dopingu. Sam przyznaje, że brał zabronione środki od 1998 do 2010 roku. – EPO, testosteron, hormon wzrostu, dehydroepiandrosteron, insulinę i transfuzje krwi – wyliczał litanię. Pewnie zna się na tym lepiej od wielu dyplomowanych lekarzy. Książka wkrótce się ukaże, ale już fragmenty, które się ukazały, są wstrząsające. Rasmussen opowiada tam, że kiedy musiał się wycofać z TdF szukał w pokoju czegoś na czym mógłby się powiesić, a w drodze na lotnisko chciał się robić samochodem. Zdradza, że próbował przetaczać sobie krew swojego ojca (!), ale okazało się, że jego próbki nie były odpowiednie. Przy okazji pogrąża swoich dawnych kolegów czy raczej „partnerów od strzykawki”. Dostaje się zwycięzcy Giro d’Italia 2012 Ryderowi Hesjedalowi (ten musiał się więc przyznać do dopingu w 2003 roku) i wielu innym, ale nie chce mi się każdego przypadku opisywać osobno, bo nie w tym rzecz. – Kiedy stoję tu przed Wami, czuję ulgę. Cieszę się, że nie muszę siedzieć i kłamać, tak jak to robiłem przez wiele lat – mówił Rasmussen podczas konferencji prasowej. Dla mnie to obłuda. Nie wierzę za bardzo tym wszystkim, którzy „nagle” skruszeni opowiadają jacy byli źli i jak teraz rozumieją, że lepiej stąpać po jasnej stronie mocy. A kiedy robią to, kiedy już kariera za nimi i kolejne kłamstwa nic nie dadzą, bo wszyscy i tak wiedzą, że oszukiwali, nie wierzę w ogóle. Kłamcy i tyle.

I żeby było jasne, to nie dotyczy tylko kolarstwa. Ten sport jest na świeczniku, ciągle pojawiają się nowe wpadki, trupy (głównie stare) wypadają z szaf hurtowo, ale uważam (może naiwnie, choć… nie sądzę), że to przede wszystkim dzięki prawdziwej walce z dopingiem. Ok, jasne że są dyscypliny bardziej narażone na koks, kolarstwo jest jedną z nich i tu nawet nie próbuje dyskutować. Porównajcie jednak liczbę testów w tym sporcie i innych. Tak dla orientacji…

A Rasmussen mimo wszystko powiedział kilka mądrych rzeczy. Nie on pierwszy, ale jednak. Jego zdaniem, żeby walka z dopingiem miała sens, współpracować muszą też koncerny farmaceutyczne, które produkują środki używane przez kolarzy. – Jeśli ktoś je oznaczy, będzie łatwiej wykrywać – mówi Duńczyk. Niby proste, a jednak jakby nikomu na tym za bardzo nie zależało. Koncernom przede wszystkim… Bo to nie kolarze są jedynymi winnymi. To tylko ostatni element łańcucha pokarmowego, właściwie małe rybki. Rekiny żywią się po cichu.

Pytanie czy bez dopingu się w ogóle da? – Miałem kolegów, którzy skończyli Tour de France prawie bez dopingu. Mogli jechać zupełnie na czysto, ale nie byliby w stanie pomóc liderom. Dziś można ukończyć ten wyścig bez dopingu, ale trudno wygrać. Mam nadzieję, że Chris Froome jest czysty. Jeśli tak, jest najsilniejszym zawodnikiem, jaki stąpał po ziemi. Ale zdaję sobie sprawę, że kiedy widzimy jego jazdę, historia jest przeciwko niemu – mówi Rasmussen.

I koniec końców mam z nim problem. Bo że facet jest obłudnikiem, który na swojej „szczerości” nieźle zarobi to jedno, ale przecież przy okazji znowu poznajemy kulisy świata sportu (sportu, a nie tylko kolarstwa!). Te brudne, pełne syfu i kłamstw. Można udawać, że takie rzeczy nie dzieją się w innych dyscyplinach, że najlepsi piłkarze, koszykarze czy tenisiści biegają po boiskach napędzani gotowanym kurczakiem, ale to bzdury. Po prostu.