Kamil Stoch: znam swoją wartość

Wysoka forma daje mi tylko więcej pewności siebie – mówi Kamil Stoch przed rozpoczęciem Turnieju Czterech Skoczni.

Jedzie pan na Turniej Czterech Skoczni jako jeden z głównych kandydatów do zwycięstwa. Pan się tym w ogóle interesuje czy ma gdzieś notowania bukmacherów?

KAMIL STOCH: Nie powiem, że mam gdzieś, bo to zbyt wulgarne stwierdzenie. Staram się tym nie interesować. Podczas świąt w ogóle starałem się nie myśleć o skokach. Odłożyłem telefon na bok i wyłączyłem się. Nawet w drodze do Oberstdorfu byłem spokojny. Turniej jest specyficzną imprezą, która wymaga cierpliwości.

Trudno nie myśleć o skokach, kiedy jest w się w wielkiej formie, tak jak pan.

Wysoka forma daje mi tylko więcej pewności siebie. Wiem na co mnie stać, znam swoją wartość. I na co stać całą drużynę. To daje mi więcej sił, bo mam u boku kolegów, którzy osiągną dobre wyniki. Oczywiście, nigdy nic nie wiadomo i nie ma potrzeby się napalać.

Wspomniał pan o całej drużynie. Już się mówi o „myśliwcach Kruczka”.

Miłe! Dobrze, że nie messerschmitty.

Która ze skoczni najbardziej panu pasuje?

Wszystkie są w porządku, kiedy jest się w dobrej dyspozycji. Czuję się bardzo dobrze pod każdym względem. Mam określone zadania, które chcę wykonać. Mam na myśli sprawy techniczne.

Wróci pan uśmiechnięty, jeśli…

Postaram się być cały czas uśmiechnięty, niezależnie od sytuacji.

Żadnych deklaracji? Ostatnio mówił pan, że chciałby być chociaż o jedno miejsce wyżej niż rok temu. Wtedy była czwarta pozycja.

Pewnie, że tak. Chcę być coraz lepszym, rozwijać się. Jeśli stanę na podium, będzie super. Wierzę, że mnie na to stać.

Główni rywale?

Nie wykluczajmy naszej ekipy. Mamy młodą, nie do końca doświadczoną drużynę, ale już z możliwościami. Poza tym, Gregor Schlierenzauer, czyli zawodnik, który potrafi udowodnić, że zasługuje na miano jednego z najlepszych, o ile nie najlepszego skoczka świata. Jest Anders Bardal, który skacze coraz lepiej, Janne Ahonen, skoczek z wielkim doświadczeniem. Do tego Niemcy… Długa ta lista.

A Stocha w trójce pan widzi?

Chciałbym zobaczyć. Trudno jednak mówić o sobie. Jadę robić swoje.

Artur Szpilka: nie jem nawet czekoladek z alkoholem

Niżej znajdziecie rozmowę z Arturem Szpilką. Sporo z tych zdań można było usłyszeć w magazynie „Ring”, który prowadzę na stronach Onetu razem z Januszem Pinderą. Część wypadła jednak w montażu, więc tutaj jest spisana pełna wersja.

 

Zanim zaczęliśmy oficjalną rozmowę widziałem, że energia cię rozpiera i ciągle żyjesz zaplanowaną na 25 stycznia walką z Bryantem Jenningsem. Marzenie się spełniło.

Marzenie się spełni, kiedy zostanę mistrzem świata. Jennings to kolejny kroczek, który chcę zrobić. Nie mogę się doczekać. Liczyłem na taką szansę, chciałem walki z kimś niepokonanym. Mam dopiero dwadzieścia cztery lata i już budzę emocje, a co dopiero w takim starciu?! Dwóch niepokonanych w ringu, a patrzeć będzie cała czołówka wagi ciężkiej. Będę chciał go zjeść w tym ringu.

Mówiąc półżartem, zorganizowałeś sobie tę walkę przez twittera.

Szczerze? Chciałem walczyć z Tysonem Furym, mówiłem, że kasa nie ma znaczenia, bo wiedziałem, że w takim starciu mogę tylko zyskać. Napisałem o tym na facebooku, a później przeczytałem w komentarzach, żebym nie pisał w tym miejscu, a założył twittera. No więc założyłem konto. W międzyczasie Fury powiedział, że już nie walczy. To wariat. Później pojawiła się informacja, że z Jenningsem spotka się Mariusz Wach. Pomyślałem, że to fajna walka i szansa dla Mariusza, żeby odkupić swoje winy. Minęło kilka dni i Mariusz się wycofał. Nawet się nie zastanawiałem, od razu napisałem. Podłapali dziennikarze i tak się zaczęło. Poza tym, pomogły mi dwa pojedynki z Mikiem Mollo w Chicago pokazane przez ESPN. Może nie były to najlepsze walki, bo leżałem, ale gdyby nie to, pewnie by mnie nie wzięli. Teraz chyba myślą, że będzie łatwo. Cóż, przejadą się… Kiedy tylko dostałem zielone światło od trenera Fiodora Łapina, bo jego zdanie jest najważniejsze, od razu zadzwoniłem do swoich promotorów. Było trochę kłótni (śmiech).

Twoja gaża to sto tysięcy dolarów. Szacuję, że zostanie ci z tego około 50-60 procent. Kasa miała duże znaczenie?

Powiedziałem przed rozpoczęciem rozmów, że ja po prostu chcę tej walki, reszta jest mało ważna. Nie będę się przechwalał, ale ja to nie jest najwyższa wypłata, jaką dostawałem. Zarzucali mi, że chciałem kasy za Krzysztofa Zimnocha, ale co innego ja miałem do zyskania w tej walce? Gdyby to był Wach, którego ktoś zna to ok. Mógłbym coś zyskać, bo Wach wytrzymał dwanaście rund z Kliczko. A Zimnoch? Przecież to jest totalne bokserskie zero. Jeśli kiedyś do tej walki dojdzie to wygram.

Wróćmy do Jenningsa. Na Twitterze już walczycie. Co będzie się działo do walki?

Nie wiem, ja tego tak nie kontroluję. Kiedy widzę, że coś napisałeś, że coś się dzieje, to odpisuję. A sama walka? Madison Square Garden, historyczna gala, dwóch niepokonanych gości. Czego mam chcieć więcej?

To taki noworoczny prezent. Czego jeszcze ci życzyć?

Żeby Nowy Rok owocował w emocje dostarczane nie tylko przeze mnie, ale i moich kolegów z grupy. Trzymajcie kciuki! Nie ma nas wielu, ale się staramy.

A 2013 to był taki rok, jakiego chciałeś?

Od trzech lat nie piję nawet piwa. Nawet czekoladki z alkoholem nie zjem! Za to każdego dnia robię trzysta pompek, o którejkolwiek godzinie nie wróciłbym do domu. Nie ma odpuszczania! Za to co rok w Sylwestra spisuję nową karteczkę z postanowieniami. Na ostatniej było między innymi o tym, żebym znalazł się w czołówce poważnego rankingu. I jestem 14. w federacji WBC. Wygrana z Jenningsem pozwoliłaby mi awansować jeszcze wyżej. Bo wygram.

Co napiszesz na nowej karteczce?

Nie wiem, zrobię to w Sylwestra. W tym roku zostanę w domu, będę w treningu. Zero imprez. A na ostatniej miałem też walkę z Tomaszem Adamkiem. Kto wie co będzie w 2014?

Tomek ma być w MSG podczas twojego spotkania z Bryantem Jenningsem. Jeśli wygrasz, możesz go zaprosić do ringu.

No właśnie… Nie chcę teraz nic mówić. Tomek miał w pewnym sensie rację, mówiąc, że na pewne walki trzeba sobie zasłużyć.

Nabrałeś pokory.

To nie tak. Adamek ma w wielu sprawach rację. Szanuje swoje zdrowie i siebie samego.

Jennings to twój wymarzony rywal?

Nie mam takiego przeciwnika. Zawsze chciałem walczyć z Manuelem Charrem i zamknąć mu buzię. Pewnie, niektórzy powiedzą, że ja też gadam. No gadam, bo taki jestem. Ale robię to dlatego, że chcę walczyć, a nie dla samego gadania! Jestem ambitny, dążę do wielkich walk. W styczniu wszyscy się przekonają ile wart jest Artur Szpilka.

Mamy jedną z najlepszych drużyn świata

Osiem konkursów Pucharu Świata w skokach narciarskich w sezonie, cztery zwycięstwa Polaków – ktoś się tego spodziewał?

Dwa triumfy Kamila Stocha można było zakładać, w końcu mowa o mistrzu świata, ale obok niego wreszcie zaatakowali młodzi, Krzysztof Biegun, a teraz Jan Ziobro. A przecież ciągle czekamy na takie sukcesy Piotra Żyły czy Macieja Kota.

W klasyfikacji narodów Polska zajmuje drugie miejsce, wyprzedzają nas tylko Niemcy, a za nami jest Austria (!). Jesteśmy potęgą? – Wstrzymałbym się z tym stwierdzeniem – mówił mi po wygranej w Engelbergu Kamil. I dobrze, niech chłopaki robią swoje. Chociaż sądzę, że i tak przy świątecznym stole niektórzy (zwłaszcza ci młodzi) pomyślą sobie, że nieźle „narozrabiali”.

Co dalej? Czy teraz oczekiwania nie urosną do jakichś nierealnych rozmiarów? Z drugiej strony jak tu nie „oczekiwać”? Ot, cena sukcesu. Obyśmy tylko takie problemy mieli, prawda? W tym wszystkim cieszy (poza sukcesami oczywiście), że chłopaki zachowują spokój. Janek Ziobro zachowuje się wręcz jak nowsza wersja Adama Małysza, bo rozbudował wersję o słynnych „dwóch dobrych skokach” mistrza z Wisły. – Mnie interesują dwa dobre skoki w zawodach, ale nie gardzę też trzema, jeśli dobrze wyjdzie seria próbna czy kwalifikacyjna – mówił, kiedy rozmawialiśmy w niedzielę po konkursie. Plecy pewnie bolały go od poklepywania, ale przyjął to na luzie. – Trochę tych gratulacji było, bo i te moje skoki nie były w sumie złe – żartował. Dzień wcześniej wywołał małą sensację, a w każdym razie „zagotował” internet napisem na nartach („Luz w dupie”). – Dzień przed zawodami zadumałem się nad nartami, wziąłem markera i napisałem o tym, czego potrzebowałem. I szczerze mówiąc, ten napis mi pomógł – mówił w niedzielę uśmiechnięty.

„Myśliwce Kruczka” zdają sobie sprawę, że presja teraz będzie ciągle rosła. Bo sukcesy, bo zaraz Turniej Czterech Skoczni, a na horyzoncie już igrzyska olimpijskie. – Ta presja jest przecież z nami już od pewnego czasu i wymaga się od nas dobrych wyników. Ja wiem, że teraz będzie o nas głośniej, ale w sumie się z tego… cieszę. Czuję, że kibice są z nami, wiem że oglądają skoki, a my robimy co możemy. Pewnie, nie zawsze dwóch Polaków będzie na podium, ale może jeszcze kilka czy kilkanaście razy – pół żartem mówił Kamil i przyznał, że jesteśmy teraz jedną z najlepszych ekip świata.

Trener Łukasz Kruczek znowu może być szeroko uśmiechnięty. Ma tylko jeden problem. Problem bogactwa. Bo dzisiaj mamy bardzo szeroką kadrę. Pytanie czy tak samo będzie przed igrzyskami. Oby, bo takiego właśnie bólu głowy za kilka tygodni życzę Łukaszowi!

Kamil Stoch chce podium Turnieju czterech Skoczni

Jeden trening w Zakopane wystarczył, żeby Kamil Stoch wrócił do wielkiej formy? – zapytałem Łukasza Kruczka po weekendzie w Titisee-Neustadt, podczas którego lider naszej kadry zajął drugie (w sobotę) i pierwsze (w niedzielę) miejsce. Odpowiedź była krótka: – Przecież tak obiecywaliśmy…

Pewnie trochę w tym żartu, ale podoba mi się (i w sumie zawsze podobało, żeby nie było) podejście Kruczka do pracy. Spokojnie, powoli, w jednym kierunku i zgodnie z planem. Nie mam pojęcia czy to się zakończy medalem (medalami?) w Soczi, ale jedno jest pewne – kadra rozwija się tak, jak powinna. Zdarza mi się szczypać prezesa Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusza Tajnera przy różnych okazjach, w temacie zaniedbań w biegach narciarskich szczególnie, ale co by nie mówić – w skokach system przynosi efekty.

Dzisiaj mamy szeroką grupę mocnych chłopaków ze Stochem na czele. Stochem, który w ostatnich latach nabrał wielkiej pewności siebie. W Kuusamo opowiadał mi, że jeszcze niedawno jego największym problemem była ambicja, która przerastała możliwości. – Na igrzyska do Vancouver pojechałem z takimi ambicjami, że gdyby można je rozłożyć na ziemi to nie starczyłoby kuli ziemskiej, żeby rozpakować. Szybko zostałem sprowadzony do parteru. Życie mi momentalnie pokazało, że samymi ambicjami nie da się wygrywać. Najpierw trzeba się dużo nauczyć i porządnie przygotować. Ja nie miałem jednego ani drugiego. Długo walczyłem z przerostem ambicji i myślę, że mi się udało. Dzisiaj mam inny pogląd na dużo rzeczy, inaczej podchodzę do niektórych zawodów. Traktuję to co robię z większym dystansem i przez to mi łatwiej. Nie tylko mnie, ale i ludziom wokół – opowiadał.

Czy ten „spokojny Stoch” wróci z Soczi jako bohater? Nie wiem. Ale wierzę mu, kiedy mówi, że na razie kompletnie o tym nie myśli. Kruczek od początku pracy uczył swoich zawodników, żeby skupiać się na najbliższych imprezach, a nie tych za miesiąc czy dwa. Teraz więc Engelberg, a wkrótce Turniej Czterech Skoczni. Rok temu Stoch był tam czwarty. Już po wygranej w niedzielę, Kamil powiedział, że faktycznie myśl o turnieju jest w jego głowie. Rok temu był czwarty. – Chciałbym poprawić to miejsce – powiedział z uśmiechem. Co to oznacza, nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. W formie z Titisee-Neustadt scenariusz ze skoczkiem z Zębu na podium jest bardzo możliwy.

 

Bez Wierietielnego nie byłoby Justyny

Bez trenera Wierietielnego nie byłoby żadnych szans, żebym była tu, gdzie jestem. W Niemczech, Finlandii czy Norwegii może tak, ale nie w Polsce. Biegi narciarskie w naszym kraju to była egzotyka – powiedziała mi kiedyś Justyna Kowalczyk o początkach współpracy ze swoim szkoleniowcem, z człowiekiem, który tak naprawdę stworzył ją dla biegów. Przypomniało mi się to teraz, kiedy czytam komentarze pod moim wywiadem ze szkoleniowcem naszej biegaczki (tutaj). Trener powiedział, że ostatnio częściej niż kiedyś mają z Justyną inne pomysły, że są zmęczeni, że nie zawsze jest słodko. I coś w tym dziwnego? W każdym układzie są lepsze i gorsze momenty.Justyna jest uparta, trener też. Gdyby jednak nie byli, nie zdobyliby worka medali. Ten układ działa właśnie dlatego, że mają mocne charaktery. Zawsze mieli.

Justyna opowiadała kiedyś, że z samych początków współpracy najlepiej pamięta prośby trenera, żeby… zwolniła. Dzisiaj dalej trenuje jak niewielu innych na świecie, ale wiele wokół się zmieniło. Justyna jest dorosła, już nie da się jej prowadzić jak młodej dziewczyny. I to też normalna kolej rzeczy. Nie znam wielu podobnych układów zawodniczka-trener, które przetrwałyby tak długo. Co ważniejsze, tak długo na szczycie. I dalej tak będzie. Przecież przed nimi igrzyska w Soczi, impreza, którą mieli w głowie od lat. Przecież ten sezon rozpoczął się naprawdę świetnie, dwoma wygranymi. Pewnie, jeszcze dużo pracy przed nimi, jeszcze będą się różnili w zdaniach i spojrzeniach na wiele spraw. Już przez to przechodzili, choćby podczas ostatnich mistrzostw świata w Val di Fiemme. „Dwoje mądrych ludzi, którzy nagle oddalili się w zupełnie inne galaktyki” – napisał w felietonie dla „Przeglądu Sportowego” dziennikarz TVP Sebastian Parfjanowicz. Wtedy mogło się wydawać, że dalej będzie bardzo trudno.

Minęło kilka miesięcy, trenują razem. Widziałem ich teraz w Kuusamo, po wygranym biegu Justyna padła w ramiona szkoleniowca. Nie, nie ma sielanki. Dalej jest ciężko, ale mają do siebie wielki szacunek i to się nie zmieni. Mają też wspólny cel i, choć zmęczeni, idą w jego kierunku. Dobrym, szybkim krokiem.