Po medal (medale?) przez Willingen

Kiedy pisałem te słowa, Kamil Stoch i spółka powinni wreszcie lecieć samolotem, którym dotrą na dzisiejsze kwalifikacje do Willingen. Dotrą pewnie też na treningi. Wylot z Krakowa opóźnił się co prawda o ponad półtorej godziny, ale Polacy tym razem podróżują prywatnym samolotem i wylądują zaledwie pół godziny drogi od Willingen. Tak więc zdążą. To tak tytułem wstępu.

Pytanie co wydarzy się w Willingen? Rok temu sypało tak, że odwołali konkurs indywidualny. Teraz to ostatni test przed igrzyskami. Test, z którego nic nie musi wynikać. Sprawdźcie sobie jakie miejsca zajmował Kamil Stoch przed mistrzostwami świata w Val di Fiemme, gdzie później został mistrzem świata. Willingen to raczej okazja, żeby przetestować sprzęt w warunkach bojowych, ewentualnie wzbudzić niepokój konkurencji jakąś nowinką.

Zresztą, cokolwiek słychać w wypowiedziach, teraz wszyscy mają już obrany cel: Soczi. Rozmawiałem ostatnio długo o igrzyskach z Maćkiem Kotem. „Skoro rok temu zdobyliście w drużynie brąz, to teraz trudno wymagać czegoś innego niż…”, zacząłem, a Maciek szybko odpowiedział: – Medalu. Bo walczyć będziemy zawsze. Trudno zresztą jechać na imprezę i tego nie robić. Medalu nie obiecamy, wiadomo, ale taki jest nasz cel. Oczekujemy tego my, kibice i media. Stać nas, przecież już to udowodniliśmy. Tylko że nie tylko nas, a kilka drużyn. Teraz trzeba tak pokierować przygotowaniami, żebyśmy to my zaskoczyli. Kiedyś Austria miała złoto pewne, już przed zawodami, byli nieosiągalni dla innych. To jednak się już zmieniło.

Tak naprawdę w grze o podium może się liczyć sześć ekip: Austria, Japonia, Niemcy, Norwegia, Polska i Słowenia (kolejność alfabetyczna). Konkurs drużynowy będzie „deserem” na koniec igrzysk, ale tak naprawdę biało-czerwoni mają też wielkie apetyty w zawodach indywidualnych. Nie tylko Kamil Stoch. To jakby oczywista oczywistość. Jest mistrzem świata, więc chyba jasne, że go stać na to, aby zdobywać medale.

Pozostali? Mogą sprawić niespodzianki. Podkreślam „mogą”. – Mój cel minimum to pierwsza dziesiątka. To byłby wynik do przyjęcia, chociaż wiadomo, że podczas igrzysk liczą się medale. Kolejnych nikt później nie pamięta. Trzeba jednak realnie oceniać szanse w swoim sumieniu – mówi Kot. Czasem ta ambicja chyba mu wręcz przeszkadzała, ale tak naprawdę podoba mi się, że nie chowa głowy w piasek. No to skaczcie panowie. Dzisiaj, jutro i pojutrze W Willingen, a później wiadomo – kierunek: Soczi!

Gdybyście nie wiedzieli kto przygotuje Stochowi i spółce kombinezony na igrzyska olimpijskie w Soczi…

To odpowiedź znajdziecie niżej (mój tekst z dzisiejszego Przeglądu Sportowego):

Wysoka forma i dobry sprzęt – to kombinacja potrzebna skoczkowi narciarskiemu do osiągnięcia sukcesu. O tę drugą kwestię w przypadku kadrowiczów na igrzyska olimpijskie w Soczi zadba… Stefan Hula. A właściwie firma Huligans, którą założył skoczek ze Szczyrku i jego żona Marcelina. Cała nasza olimpijska kadra, czyli Kamil Stoch, Jan Ziobro, Maciej Kot, Piotr Żyła i Dawid Kubacki zakładają bowiem na zawody i treningi kombinezony szyte przez firmę ich kolegi. W Soczi spróbują w nich skoczyć po medale.

– Gdyby te kombinezony nie spełniały oczekiwań chłopaków, Stefan nie miałby co liczyć na kolegów. To jednak jedne z najlepszych kombinezonów na świecie! A firma to strzał w dziesiątkę. Po zakończeniu poprzedniego sezonu omawialiśmy wszystkie wydarzenia. Między innymi jego początek, kiedy właśnie kombinezony zawiodły. Marcelina, żona Stefana, która ukończyła włókiennictwo, rzuciła hasło, że mogłaby spróbować uszyć odpowiedni strój. I wyszło super – opowiada Ewa Bilan-Stoch, żona Kamila Stocha i jednocześnie menedżerka męża, Jana Ziobry, Dawida Kubackiego i właśnie Huli.

Stefan ciągle nie zamierza rezygnować ze skakania, ale też przekonuje, że nowa działalność bardzo mu się podoba i być może stanie się pomysłem na przyszłość. – Kupiliśmy maszyny i działamy. Ja oczywiście nie jestem krawcem. Robimy z żoną formy, które wspólnie wycinamy, a ona później zszywa. To ona wykonuje największą robotę! – mówi Stefan.

 

Plan kadry skoczków do pierwszego startu w Soczi

Gdyby kogoś interesowało to niżej znajdzie dokładny „rozkład jazdy” dzień po dniu naszej kadry skoczków. Od środy 29.1, aż do pierwszego startu w Soczi. Zostały dwa konkursy w Willingen (do piątki „olimpijczyków” dołączy Stefan Hula), a później już prosto do Soczi. Co ciekawe, na tę chwilę trener Łukasz Kruczek twierdzi, że zrezygnują z jednego oficjalnego treningu na obiekcie olimpijskim. Wszystko dlatego, że ten odbywa się rano, a zawody wieczorem. – To zupełnie inne warunki – mówi Łukasz.

Plan kadry do igrzysk olimpijskich w Soczi

29.1 Trening stacjonarny w Zakopanem (Piotr Żyła w Wiśle).

30.1 Dzień regeneracyjny, podróż samochodami do Willingen (sztab).

31.1 Podróż do Willingen (zawodnicy); wieczorem trening i kwalifikacje.

1.2 Zawody PŚ.

2.2 Zawody PŚ.

3.2 Przejazd do Zurychu i odnowa biologiczna.

4.2 Lot do Soczi.

5.2 Dzień organizacyjny w Soczi.

6.2 Trening oficjalny wieczorem.

7.2 Trening oficjalny rano (w którym Polacy prawdopodobnie nie wezmą udziału).

8.2 Trening oficjalny i kwalifikacje.

9.2 Konkurs (HS105).

Artur Szpilka: nadchodzi mój czas!

Niżej znajdziecie moją rozmowę z Arturem Szpilką przed sobotnią walką z Bryantem Jenningsem. Starcie dwóch niepokonanych „ciężkich” odbędzie się w Nowym Jorku, a w Polsce będzie można je oglądać na antenie Polsatu Sport.

 

Pierwszą walkę o wizę i wjazd do USA pan wygrał. Teraz zostało jeszcze „tylko” zwyciężyć w sobotę, w ringu hali Madison Square Garden Theatre, z Bryantem Jenningsem.

Artur Szpilka: Czuję się świetnie i nie mogę się doczekać. Chciałbym już, zaraz wejść do ringu. Po tym całym zamieszaniu i przylocie do USA był jeden dzień, że obudziłem się o trzeciej w nocy i nie mogłem zasnąć, ale to już za mną. Śpię normalnie, kładę się koło północy, budzę się o ósmej. Wszystko jest jak trzeba! Walczmy już! Żyję tym pojedynkiem.

Wielu tak mówiło przed walkami, pokazywanymi w największych telewizjach świata i w największych halach. Zapowiadało świetną formę i odporność psychiczną, a później pękało w ringu.

To proszę pytać tych wielu. Ja się niczego nie boję. Wyjdę i robię co w mojej mocy, żeby wygrać. No i wygram. Koniec tematu.

Zdaje się, że już pan mówił o tym, że jest „stworzony do wielkich rzeczy”.

No bo jestem. Teraz mogę to udowodnić i bardzo w to wierzę. Nie czuję żadnego stresu. Robię swoje, jak zawsze. Zostało kilkadziesiąt godzin i jazda.

Jennings też sprawia wrażenie bardzo spokojnego. Chociaż to inny rodzaj spokoju. Pan mówi o największej szanse życia, on tylko o kolejnej walce. Momentami mam wrażenie, że rywal stara się dawać do zrozumienia, że trochę pana lekceważy w wywiadach.

A niech robi co chce! Wątpię jednak, żeby tak było. Myślę, że to tylko taka zagrywka. Walka zapowiada się emocjonująco. I czekam na nią. Ja i wielu kibiców.

Jaki jest plan na pojedynek? Albo ile jest tych planów?

Proszę pytać trenera Fiodora Łapina. Ja nic nie mówię, zobaczycie sami w ringu.

Kilka razy dawał się pan niepotrzebnie ponieść emocjom.

Okaże się. Chcę pokazać chłodną głowę i najlepszego Artura Szpilkę, jakiego dotąd nie widzieliście. Potrafię boksować i pokażę to w tej walce.

Robi na panu wrażenie otoczka tej gali? Telewizja HBO, hala MSG i tak dalej.

E tam, wychodzę i walczę. Cieszę się z tego, że przyjdzie dużo Polaków i będę się czuł jak u siebie. A MSG, HBO i tak dalej… To nie robi wrażenia. Albo inaczej, nie powoduje negatywnych emocji, tylko jeszcze bardziej mnie motywuje. Będę mógł się pokazać szerszej publiczności. Walkę zobaczą ludzie w stu krajach na całym świecie! I jeszcze jedno – czytam wypowiedzi fachowców, którzy dają większe szanse Jenningsowi. A ja chcę im spłatać figla.

Tomasz Adamek, który ma oglądać pana walkę w hali, mówił mi, że trzyma za pana kciuki, ale musi pan bardzo uważać. Zdaniem Adamka, Jennings jest szybki i lotny. Nie posiada wybitnej techniki, ale ma czym uderzyć.

Myślę tak samo. Zrobię wszystko, żeby wygrać i znokautować Jenningsa. Tak, żeby nie zostawić sędziom pola manewru i żadnych złudzeń.

Myślę, że na punkty pan nie wygra.

Powiem tak: jeśli więc pojawi się jakakolwiek szansa na wcześniejszą wygraną, wykorzystam ją od razu.

Jeśli pan wygra, będzie szaleństwo, bo już uzyskał pan wielką popularność. W przypadku porażki „hejterzy” będą mieli używanie.

Takie życie, nie przejmuję się tym. No i nie biorę porażki pod uwagę. Gdyby coś poszło jednak nie tak… Wiele zależy od stylu tej porażki. Gdybym był lepszy, a sędziowie uznaliby inaczej, to przecież ludzie będą widzieli. Gdybym jednak wyszedł na ring spięty i zrobił kupę… Ale po co tak gadać? Tak nie będzie. Wyjdę naładowany, znam swoją psychikę. Nie ma mowy o porażce. A ci „hejterzy” niech sobie gadają co chcą. Nie przejmuję się tym.

W ostatnich miesiącach stał się pan trochę poważniejszy.

Czy ja wiem? Pytajcie innych. Wierzę w siebie, chcę być najlepszy. Teraz staram się wyciszyć, już nie „urabura”. Wiem, przed jaką szansą stoję w sobotę. Wiem, ile osób zobaczy mój występ i co muszę zrobić. Muszę wyjść do ringu i go rozpieprzyć.

Zaraz po podpisaniu kontraktów mówił pan, że gdyby coś w ringu szło nie tak, to postawi pan wszystko na jedną kartę.

Nic się nie zmienia. Gdybym, nie daj Boże, przegrywał na punkty, to wstaję i idę przed siebie. Bić, bić, bić! Sami zobaczycie, co się wydarzy. Zostało kilkadziesiąt godzin. Uff, już nie mogę się doczekać. Nadchodzi mój czas. Czas Artura Szpilki.

Żyle zadrżało serce podczas wyboru składu

Nie chce mi się zbyt długo komentować wyboru składu kadry skoczków na igrzyska olimpijskie do Soczi. Tym bardziej, że się z nim całkowicie zgadzam. Łukasz Kruczek mówił od dawna to, co było zresztą jasne – ktoś będzie cierpiał. Pomijając Kamila Stocha, wybór był dokonywany z bardzo wyrównanej grupy zawodników. Postawił tak, a nie inaczej, wybrał Dawida Kubackiego, a w domu zostawił Klemensa Murańkę. Prawo (i obowiązek) sztabu trenerskiego. Poza tym, cały obecny szum dotyczył formalnie rezerwowego… Ochłonie też Klimek i jego rodzina, mam przynajmniej taką nadzieję, bo na tych igrzyskach świat 19-latka się nie kończy. Chyba że Murańka pojedzie na konkurs Pucharu Świata do Willingen (a jeśli nie będzie to kolidowało z przygotowaniami do mistrzostw świata juniorów to bardzo możliwe) i tam będzie wyżej od Dawida Kubackiego. Wtedy od nowa się zacznie. Tylko że decyzja już zapadła, więc po herbacie i nie ma już o czym mówić. – Nie chcę oceniać, decyduje trener. Jedyne co mogę teraz zrobić to chronić tych, którzy zostali powołani – powiedział mi dzisiaj Kamil Stoch, który bardziej rozpamiętuje niedzielną parodię konkursu w Zakopanem. – Było mi przykro, że konkurs odbył się w takich warunkach. Przygotowałem się mentalnie przez miesiąc do tych zawodów i chciałem, żeby wygrał najlepszy – mówi Kamil.

A wracając do kwalifikacji – zasady były jasne. Trzech najlepszych, czyli z największą liczbą punktów zawodów Pucharu Świata od pierwszego konkursu Turnieju Czterech Skoczni w Oberstdorfie miało gwarancję wyjazdu na igrzyska. Był to Kamil Stoch, Jan Ziobro i Maciej Kot. Dwóch pozostałych to wybór sztabu. Koniec i kropka. Chłopaki też znali zasady.

A w sztabie wcale nie było jednomyślności. Jeszcze na Wielkiej Krokwi zdania były podzielone. Pół godziny później decyzja sztabu szkoleniowego była już bardziej klarowna i usłyszeli ją skoczkowie. Wiecie komu tam pierwszemu zadrżało serce? Piotrowi Żyle. Maciej Kot opowiadał mi, że Łukasz Kruczek przypomniał trójkę, która wyjazd ma pewny, a później dodał, że o pozostałe dwa miejsca walczyli Dawid, Klimek oraz Krzysztof Biegun i… mówił dalej. Piotrek zbladł na kilka chwil i odzyskał równowagę dopiero kiedy Łukasz zdał sobie sprawę z pominięcia jednego nazwiska. A Maciek pół żartem zaczął mierzyć tętno koledze… Swoją drogą, gdyby Żyła nie znalazł się w składzie, miałby chyba i tak szansę na wyjazd. Tyle że w konkursie jednego ze swoich sponsorów „Wyskocz do Soczi z Piotrem Żyłą”.

Szpilka: walka z Jenningsem musi się udać!

Artur Szpilka ma się spotkać z Bryantem Jenningsem 25 stycznia w Nowym Jorku. „Ma” czy „miał”, bo nic z tego nie będzie? Wciąż nie wiadomo. Polski bokser wagi ciężkiej został cofnięty do Europy z USA, dzisiaj był na spotkaniu w ambasadzie Stanów Zjednoczonych w Warszawie, ale dalej nic nie wiadomo. Czeka na odpowiednią wizę, ale trudno powiedzieć ile potrwają procedury (patrz poprzednia notka).

Zostało trochę optymizmu po wizycie w ambasadzie czy nie bardzo?

ARTUR SZPILKA: Sam nie wiem.. Mam nadzieję, że wszystko się uda. Podobno dokumenty mają wysłać do Waszyngtonu. Cały czas trzymam formę, w środę przede mną sparing.

Skomplikowana cała ta sytuacja.

Strasznie! Najgorsze jest to, że człowiek się przygotowuje do walki życia najlepiej jak umie, leci na walkę życia, a tu coś takiego… Mam nadzieję, że do piątku wylecę do USA.

Już trochę godzin w samolocie pan spędził… To nic dobrego dla formy.

No tak, ale już na to nie patrzę. Chcę tylko polecieć i robić swoje.

Mówiło się, że czwartek to ostateczny termin, po którym walka zostanie odwołana.

Nie, nie. Ale chciałbym być w USA do piątku. Później już jest ciasno z czasem. Nie walczę z leszczem, więc chciałbym być przynajmniej siedem-osiem dni na miejscu, żeby się odpowiednio przygotować.

Czyją winą jest ta cała sytuacja?

Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Ja nie zrobiłem nic złego. A tu się okazało, że pierwszą walkę toczę dwa tygodnie przed tą właściwą. Jestem wkur… Staram się nie myśleć, robić swoje i wierzyć, że zaraz wylecę. Nie chcę niczego zaniedbać.

Wracał pan z Chicago do Europy i nikt nic nie wiedział.

Ja też. Nie wiedziałem co i dlaczego, nic nie wiedziałem. W USA człowiek, który znał trochę polski mówił mi tylko, że potrzebuję jakiś waiver (za wikipedią: program rządu Stanów Zjednoczonych, który pozwala obywatelom poszczególnych krajów podróżować do Stanów Zjednoczonych w celach turystycznych lub biznesowych na okres do 90 dni bez konieczności uzyskania wizy – dop. aut.), że mam go zdobyć i wtedy będzie dobrze, ale nie wiedziałem o co chodzi.

A jeśli nic z tej walki nie będzie…

Musi się udać, jak może być inaczej? Nie wyobrażam sobie innej sytuacji, nie dopuszczam do siebie takich myśli. Kiedy się dowiedziałem, że spotkam się z Jenningsem w Nowym Jorku, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. A teraz… nie wiem o co chodzi. Ale muszę być optymistą!

Szpilka ciągle bez wizy, ale z nadzieją

Artur Szpilka ciągle nie ma odpowiednich dokumentów, aby móc wjechać do USA i stoczyć tam walkę, ale wciąż istnieje szansa, że sprawa zakończy się dobrze.

Polski bokser wagi ciężkiej ma walczyć 25 stycznia w nowojorskiej Madison Square Garden z Bryantem Jenningsem. Wyleciał nawet przedwczoraj do USA, aby spędzić ostatnie dni w Chicago i tam się aklimatyzować, ale jeszcze na lotnisku cofnięto go do Europy. Wczoraj wrócił do Polski, a dzisiaj był na spotkaniu w ambasadzie USA w Warszawie. Tam podobno uzyskał przychylną opinię, wystąpił o wizę P1, ale dalsze kroki są po stronie urzędników w Waszyngtonie. – Zobaczymy jak się potoczy ten wyścig z czasem. Jest szansa w kilka dni to załatwić, ale tak naprawdę nie wiem jak długo to zajmie – mówi promotor Szpilki, Andrzej Wasilewski.

 

Maciej Kot: atakuję z cienia

Niżej znajdziecie rozmowę z Maciejem Kotem, która ukazała się w sobotnim wydaniu „Przeglądu Sportowego”. Tu jednak nieco dłuższa wersja.

 

Za panem pierwsza część sezonu, ale nie o takich wynikach pan marzył.

MACIEJ KOT: W porządku było w Klingenthal, na średniej skoczni w Lillehammer i Titisee-Neustadt, ale reszta była trudna. Miałem wyższe oczekiwania. Kiedy na początku byłem koło pierwszej dziesiątki, liczyłem, że utrzymam poziom, a później przyjdą lepsze miejsca. I nagle, zamiast w górę, forma zaczęła spadać, zajmowałem słabsze miejsca. Pojawiały się błędy, ale przede wszystkim było gorzej psychicznie. Bardzo chciałem dobrego wyniku, a nie było ku temu podstaw.

Może chciał pan za bardzo?

Chyba nie. Wyciągnąłem wnioski po poprzednim sezonie. Jeśli jednak robisz coś na sto procent to trudno o spokój. Całe życie poświęcam skokom, mam cele i marzenia. Trudno w takiej sytuacji myśleć: „stało się”. Ja tak nie potrafię. Nie potrafię po dwóch słabych skokach cieszyć się z fajnej wycieczki i dobrego jedzenia w hotelu.

Tymczasem obok wyskoczyło kilku młodych. Całkiem niedawno był pan numerem dwa w kadrze, a teraz nie wiadomo jak liczyć.

Nigdy nie przyznawali nam numerów. Pewnie dzisiaj nie jestem w czubie, ale weźmy Turniej Czterech Skoczni, gdzie liczy się stabilizacja na czterech różnych obiektach. Tam byłem numerem dwa w kadrze. Poza tym, pozycje w kadrze nie zmieniają się na przestrzenie tygodnia. Trzeba na to długo pracować. A ja zimą i latem potwierdzałem się wynikami. A że młodzi wygrywają? Trzeba się tylko cieszyć z takiej drużyny. Przecież wszystkim chodzi o to, aby kadra była jak najsilniejsza podczas igrzysk. A mnie nie zaszkodzi, że teraz presja i oczekiwania są na innych, a ja stoję trochę w cieniu. Mogę się dobrze przygotować na Puchar Świata w Zakopanem i do igrzysk. Może wtedy uda się „odpalić” z formą.

Zazdrościł pan Krzysztofowi Biegunowi i Janowi Ziobro wygranych? Wszyscy wiemy jakie ma pan możliwości, ale takiego jednego wystrzału brakuje.

Brakuje… Szczęścia też. Nie było mi to dane. Wierzę w to, że się uda. A zazdrość? Wiadomo, że jest. Co innego gdybym miał na koncie pięćdziesiąt wygranych. Wtedy jednego nie ma po co zazdrościć, ale sam od dwóch lat walczę o podium, a tu ktoś debiutuje w Pucharze Świata i wygrywa. Tylko żebyśmy się zrozumieli – nie chodzi o żadne negatywne uczucia. Fajnie, że na najwyższym stopniu podium stoi Polak, choć wolałbym sam tam być (śmiech).

Kot się na razie czai…

Na to wygląda. Jestem w cieniu, ale to mi nie przeszkadza. Pracuję w spokoju. A kiedy mnie się uda coś osiągnąć to teźż będzie głośno. Ja robię swoje. Z przyczajonej pozycji można dobrze zaatakować.

Jesteście spokojni? Do świąt był fantastycznie, więc i oczekiwania przed turniejem były ogromne. Wyszło inaczej.

Kibicom powiem tak: bądźcie spokojni. I trzymajcie kciuki za… pogodę. To nam przeszkadza, bo nie ma gdzie trenować. Gdybyśmy mogli spokojnie popracować to i turniej wyglądałby inaczej. Teraz musimy szukać startów, bo to jedyna możliwość, żeby poskakać. Możliwe, że po weekendzie zostaniemy w Ramsau. Mamy kilka planów. Poza tym, trudno być cały sezon w wysokiej formie. Spadek musiał przyjść. Gdyby go nie było, pewnie zaczęlibyśmy się martwić, że może pojawić się w Soczi.

Rosyjskiego się pan uczy?

Raczej nie, z przyjaciółmi Rosjanami można się dogadać nawet po polsku.

Pytam raczej o to czy jest pan spokojny o wyjazd.

Tak. To znaczy nie postawiłbym wszystkich pieniędzy na to, że pojadę, ale wiem, że robię swoje na sto procent i daję z siebie wszystko. I czuję, że forma jest coraz wyższa. Będę walczył. Poza tym, trener ma chyba na tyle zaufania do mnie, aby chcieć mieć mnie w składzie.

Słyszał pan wcześniej o Thomasie Dietharcie, sensacyjnym triumfatorze Turnieju Czterech Skoczni?

Słyszałem o gościu. Nazwisko i twarz znałem, ale nie kojarzyłem jakoś szczególnie.

Takie sensacje tylko w skokach?

Pewnie w innych sportach też się zdarzają, ale nie pamiętam kiedy ostatnio. Ktoś może powiedzieć, że Gregor Schlierenzauer, kiedy wygrywał swoje pierwsze Grand Prix i później Puchar Świata też był nieznany, ale jego akurat ja znałem kilka lat wcześniej. Wygrywał w Garmisch-Partenkirchen mistrzostwa dzieci. Widziałem go i od razu wiedziałem, że będzie wielkim zawodnikiem, bo skakał rewelacyjnie. Później widziałem go na mistrzostwach świata juniorów w Kranju, którw wygrywał. To wszystko szło krok po kroku. A Diethart na juniorskich mistrzostwach był 41! W Pucharze Kontynentalnym trzy razy wchodził na podium, a tu nagle wyskakuje z kapelusza i wygrywa turniej. Szalone!

Mateusz Ligocki walczy z czasem

Mateusz Ligocki, najlepszy polski snowboardzista walczy z czasem. Zostało mu pięć tygodni do startu w igrzyskach, ale na razie poważnie choruje.

Blisko siedem lat temu na wczasach w Egipcie Ligocki farbował włosy u miejscowego fryzjera. Warunki higieniczne pozostawiały sporo do życzenia, a efekt był taki, że wdała się infekcja, która po powrocie do kraju skończyła się 3-tygodniowym pobytem w szpitalu zakaźnym. Teraz, po wielu latach, choroba wróciła.

W listopadzie, podczas zgrupowania w Finalndii Ligocki znowu poczuł ból. – Bakterie zaatakowały nogi, łokieć, dłoń… Ból tak okropny, jakiego nie życzę nawet największemu wrogowi. Trafiłem do szpitala, nie mogłem się ruszać i wozili mnie na wózku inwalidzkim. To był początek grudnia. Leczono mnie antybiotykami za pomocą kroplówek, których przyjąłem kilkadziesiąt i dzisiaj jest już znacznie lepiej, ruszam się o własnych siłach – opowiada „Matys”, u którego zdiagnozowano reaktywne zapalenie stawów.

Niespełna rok temu wygrał zawody Pucharu Świata w szwajcarskim Veysonnaz, aktualnie jest szóstym zawodnkiem światowego rankingu w snowboardcrossie, więc wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze, żeby na trzecich igrzyskach w karierze osiągnąć najlepszy wynik. Teraz sprawy się skomplikowały, ale Ligocki wierzy w start w Soczi i szczęśliwe zakończenie. – Siedem lat temu choroba ustąpiła z dnia na dzień. Teraz też powinno być dobrze. Pewnie, że zdrowie jest najważniejsze, ale igrzyska też się liczą. Bilet lotniczy do Rosji mam wykupiony na 10 lutego, starty sześć i siedem dni później. Ten czas, który mi pozostał daje realną szansę na to, że będę zdrowy i do tego w formie, która pozwoli mi godnie reprezentować Polskę. Liczę na wyrozumiałość sztabu medycznego kadry olimpijskiej – mówi Mateusz.

Do startu w igrzyskach będzie potrzebował dokumentu o tak zwanej „zdolności startowej”. W obecnym stanie raczej by go nie uzyskał, ale zdrowie polskiego snowboardzisty powinno się poprawiać z dnia na dzień. – Moja dyscyplina nie jest typowo wytrzymałościowa, a bardziej techniczna i szybkościowa. Nasze wyścigi trwają półtorej minuty. Techniki się nie zapomina, mogę wrócić. Potrzebuję tylko kilku dni treningu. Mam już spore doświadczenie i wierzę, że jestem w stanie wystartować. I to z dobrym skutkiem – przekonuje Mateusz. Inna sprawa, że jeśli nie pojedzie Ligocki, Polska może stracić miejsce (wtedy wystawimy tylko Macieja Jodkę), które wykorzysta zawodnik z innego kraju i stanie się rywalem Jodki. Aby ktoś mógł zastąpić zawodnika z Cieszyna, musiałby najpierw chociaż raz wejść do pierwszej “30” zawodów Pucharu Świata. A na razie nikogo takiego nie ma.

Kruczek: skład na igrzyska wybiorę z siedmiu nazwisk

Siedmiu kandydatów, pięć miejsc – Łukasz Kruczek za kilka dni będzie musiał wybrać skład na igrzyska olimpijskie w Soczi.

Czwartek – podróż do Austrii, piątek – kwalifikacje w Bad Mitterndorf, sobota i niedziela – loty konkursowe. Oto plan naszych skoczków na najbliższe dni. Trener naszej kadry, Łukasz Kruczek, na mamuta w Kulm zabrał tą samą ekipę, która kończyła Turniej Czterech Skoczni, a więc Kamila Stocha, Macieja Kota, Piotra Żyłę, Jana Ziobro, Klemensa Murańkę i Dawida Kubackiego. Czas na odpoczynek przyjdzie dopiero po konkursach Pucharu Świata w Polsce (ci, którzy znajdą się w kadrze olimpijskiej nie polecą do Japonii). Zresztą, konkursy są potrzebne też jako… trening. Łukasz twierdzi co prawda, że na razie brak przygotowanych skoczni nie jest problemem, ale już w przyszłym tygodniu muszą takie znaleźć. Liczą, że uda się w Polsce, w Wiśle albo Szczyrku. Szczególnie druga opcja byłaby wskazana. – To takie nasze „kopyto” – mówi Kruczek. Jeśli jednak się nie uda, kadrowicze zostaną w Austrii i będą skakali w Ramsau.

Skoczkowie są już na ostatniej prostej przed igrzyskami. Dziewiętnastego stycznia poznamy pięć nazwisk zawodników, którzy polecą do Soczi. Kruczek zdradził, że wyboru dokona z grona siedmiu skoczków. – Pewniak jest jeden, to Kamil. A dwójkę, która zostanie w domu to zaboli, bo nie będą słabsi od tych, którzy pojadą, a na tym samym poziomie. Zdecydują detale – mówi Kruczek.

Wydaje się, że wspomnianą siódemkę tworzy sześć podanych już nazwisk i Krzysztof Biegun. Kto odbierze olimpijskie nominacje? Obok Kamila stawiałbym na Maćka Kota i Piotra Żyłę jako tych „najpewniejszych”. A dalej? Dalej nie wiem. Dawid Kubacki, który w 2013 roku był w drużynie brązowych medalistów mistrzostw świata, ma pewnie spore szanse. Jan Ziobro też, bo podobno dobrze radzi sobie z presją, a i potwierdził wynikami, że potrafi błyszczeć na najwyższym poziomie. Co jednak z Klimkiem Murańką? A z Krzysztofem Biegunem? Kłopoty bogactwa to niby marzenie każdego trenera, ale przyznam, że wcale nie zazdroszczę Łukaszowi. A wy, jak wybralibyście skład na igrzyska?