Alfabet igrzysk olimpijskich w Soczi

Przygotowałem go z Jakubem Wojczyńskim. Całość ukazała się w Przeglądzie Sportowym, ale gdyby ktoś miał jeszcze ochotę poczytać o igrzyskach w Soczi to zapraszam.

 

To bardzo poważny alfabet igrzysk olimpijskich w Soczi, który jednak trzeba traktować z przymrużeniem oka. Żeby była jasność – pamiętamy o sukcesach Domraczewej, Bjoerndalena, a nawet Bjoergen, ale skupiliśmy się na biało-czerwonych.

Wiadomo więc, że jest o złamanej kości Justyny, Kamilu, który już nie rzuca kaskiem, a zdobywa medale, ale też roztoczach w pokoju Bydlińskiego i strażaku, przed którym dużo polewania.

A jak Adler (Arena)

Dla wielu kibiców największe zaskoczenie igrzysk, bo to z tego obiektu Polacy wynieśli najwięcej medali – aż osiem. Biorąc pod uwagę, że w drużynie dostaje go każdy uczestnik. Tak naprawdę wielkim zaskoczeniem trzy krążki być nie powinny, bo przecież drużyny powtórzyły wyniki z ubiegłorocznych MŚ, a Bródka (patrz B) też jest nie byle kim. A tych pojedynczych krążków byłoby siedem, ale w finale rywalizacji żeńskich drużyn Natalia Czerwonka odstąpiła miejsce Katarzynie Woźniak, żeby tej drugiej, rezerwowej, nie przytrafiło się to samo, co jej cztery lata temu w Vancouver – radość bez medalu. Dla niektórych decyzja kontrowersyjna z taktycznego punktu widzenia, lecz gest na pewno piękny.

B jak Bródka

Zbigniew, mistrz olimpijski. Historia strażaka z Łowicza nadaje się do filmu. O braku hali przeczytacie dalej. O tym, że jeździ do pożarów już na pewno czytaliście. W Soczi mówiło się, że po powrocie będzie musiał sporo polewać, ale on sam twierdzi, że lepszy jest w gaszeniu. A najlepszy w szybkim jeżdżeniu na łyżwach. Popsuł trochę święto Holendrom, którzy zorganizowali sobie w Rosji mistrzostwa kraju z gościnnym udziałem reszty świata. Bródka superstar!

C jak curling

Polacy w Soczi nie pchali czajników, ale skoro jest okazja, a temat na czasie: curlerzy też potrzebują hali. Może wykorzystają tę jeszcze nieistniejącą do panczenów i pojadą do Korei za cztery lata?

D jak doping

Niestety nadal czekamy na igrzyska bez wpadek dopingowych. Marit Bjoergen mówiła, że teraz sport wydaje jej się czystszy niż w 2006 roku w Turynie, ale więcej na ten temat będziemy chyba mogli powiedzieć dopiero za kilka lat. Przykład podejrzewanych teraz o stosowanie nielegalnych substancji w Turynie Estończyków Kristiny Smigun i Andrusa Veerpalu daje do myślenia. W Soczi przypadków oszustwa było więcej niż cztery lata temu w Vancouver (tam dwa), bo już pięć, w tym niemieckiej biathlonistki Evi Sachenbacher-Stehle. I to był jedyny polski związek z dopingiem, bo pozwolił Monice Hojnisz awansować na piąte miejsce. Biało-czerwoni bez wpadek, przynajmniej na razie, bo przecież w 2010 roku Kornelię Marek (teraz Kubińską) przyłapano dopiero dwa tygodnie po igrzyskach. A skoro było o Bjoergen – kompletnie nie rozumiemy poczucia humoru Norwegów. Jeden z portali ogłosił, że Marit ma podejrzane wyniki badań. Dały się na to złapać nawet poważne tytuły. Nie wiemy, co w tym śmiesznego.

G jak gondola

Kolejki linowe to absolutny hit górskiej części igrzysk. Pokonaliśmy w nich dziesiątki kilometrów wisząc nad ziemią. W drodze do domu, na areny, do wiosek sportowców. I przekonaliśmy się, że istnieją polskie słowa, które rozumieją na całym świecie. I nie chodzi o „bigos” ani „Wałęsa”. Zresztą, co tu tłumaczyć? Czasem lepiej nic nie mówić.

H jak hala

Do panczenów oczywiście. Numer jeden w rozmowach naszymi łyżwiarzami. Zdaniem Jana Szymańskiego są bez niej jak jamajscy bobsleiści. Różnica taka, że tamci dobrze wyglądali tylko na filmie, a nasi panczeniści są światową czołówką. Politycy już oczywiście obiecują, krytycy pytają po co i dlaczego za nasze (choć gdy budowali stadiony piłkarskie, siedzieli raczej cicho). Jeśli decyzje nie zapadną szybko, pewnie nic z tego nie będzie. Na razie jedno możemy powiedzieć z pełną stanowczością – hala już zrobiła karierę porównywalną z naszymi medalistami. Choć jej właściwie nie ma. Mistrzostwo świata, prawda?

J jak Justyna

Kowalczyk, rzecz jasna. Jeśli ktoś znał jej historię i czytał między wierszami to, co mówiła ona sama i jej trener, może sobie wyobrazić jak trudno było dobiec do tych igrzysk. A jeszcze wygrać? Ze złamaną kością stopy? Jesteśmy słabi w gloryfikowaniu, ale o wyczynie Justyny pisały media od USA po Japonię i to też o czymś świadczy. Wielu nie mieściło się to w głowie, ale dziewczyna z Kasiny Wielkiej znowu dokonała niemożliwego i została mistrzynią olimpijską po raz drugi. Pytanie, jak dalej potoczy się ta historia? Tego nie wiedzą na razie najtęższe umysły, chyba z tym Justyny łącznie. Opcje na przyszłość są trzy, decyzja za dwa tygodnie w Oslo.

K jak Kamil

To były jego igrzyska. Wygrał dwa złote medale. Jeden taki krążek pozostał niezdobytym Graalem Adama Małysza. Nic dziwnego, że Stoch z miejsca stał się „najgorętszym” towarem dla reklamodawców, dziennikarzy, kibiców i gospodyń domowych. Fanki mogą odpuścić, Kamil jest zajęty, a żona Ewa pełni też rolę jego menedżera. Po powrocie z igrzysk Kamil zapadł się pod ziemię, ale powód jest prosty – nie ma dość wygrywania, a w tym sezonie są jeszcze mistrzostwa świata w lotach, gdzie też dają medale. A także brakująca mu w kolekcji Kryształowa Kula.

A my ciągle możemy wspominać Soczi. Skromny chłopak z Zębu, któremu jeszcze kilka lat temu zdarzało się tłuc kaskiem o ścianę boksu z bezsilności i nerwów, który długo miał problemy z przerostem ambicji, wyrósł na wielkiego mistrza. Zdobywając tytuł mistrza świata rok temu wszedł na najwyższy poziom. W Soczi odleciał. Dosłownie.

Ł jak Łukasz

Kruczek, trener Kamila Stocha i jego kolegów. Przez lata „zwalniano go” pewnie ze sto razy, w Soczi wynoszono na pomniki. Dobrze, że nigdy nie staliśmy po żadnej z tych stron, choć od początku wierzyliśmy w słuszność i sens drogi, którą wybrał. Łukasz, wiemy, że ten tekst wyskoczy ci w jakieś aplikacji telefonie, więc pozdrawiamy! I zostań z nami. Apel na miejscu, bo podobno już kilka dobrych albo bogatych ekip chce cię u siebie. Nic dziwnego, ale Kruczek jest nasz i basta!

N jak nowinki

Mieli ją nasi skoczkowie. Jakiś stabilizator wiązań czy inne ustrojstwo, które spędzało sen z powiek konkurencji. Austriacy łamali nawet prawo, żeby mieć dobre fotki. Nic z tego, znowu opuszczali igrzyska bez humorów i sukcesów. I dobrych zdjęć. A nasz tajemniczy hit zrobił karierę w mediach. Stoch i jego team zrobili to, co Ammann w Vancouver – zagotowali głowy rywali.

P jak pokoje

Gdy wrzuciliśmy zdjęcie „pokoju w budowie” powstał gigantyczny szum, bo fotka pojawiła się w mediach na całym świecie. Jednak przed Rosjanami, szczególnie tymi pracującymi bezpośrednio przy igrzyskach, czapki z głów. Spisali się na medal! Ludzie byli zresztą największym skarbem tej imprezy. Czasem zagubieni, ale przede wszystkim uczynni i nie tacy sztywni jak ci w Pekinie, Vancouver, czy Londynie. Żeby nie było – w politykę się nie mieszamy, nie ta gazeta, więc nie przyjmujemy pretensji. Ale dzięki, Soczi. Było normalnie, po ludzku, a to już dużo.

R jak roztocza

Walczył z nimi dzielnie nasz alpejczyk Maciej Bydliński. Poległ, o czym poinformował nas drogą mailową. Dzień później twierdził, że to „rosyjska propaganda”. Koniec końców, pan Maciej sam przyznał, że rozczarował. Z czterech zaplanowanych startów ukończył jeden. W supergigancie był 35. A najlepszym polskim alpejczykiem okazał się dwukrotny… wicemistrz Iranu Michał Jasiczek, 23. w slalomie. To zaskakująco dobry wynik, gratulowali mu nawet krytycy. Natomiast wśród pań 17. miejsce w kombinacji zajęła Karolina Chrapek.

S jak snowboard

Nikt nie przebrnął pierwszej rundy, więc trudno o dobrą ocenę. Mateusz Ligocki miał problemy zdrowotne, więc w pewnym sensie jest usprawiedliwiony. Wszyscy się na pewno starali, ale podczas igrzysk to nic nadzwyczajnego. Oj, pechowy ten nasz snowboard. Albo „pechowy”…

T jak telefony

Nie było jeszcze w historii igrzysk, podczas których dziennikarze chyba więcej czasu spędziłoby patrząc w swoje smartphone’y niż na areny igrzysk. Wyścigi na Twitterze, zdjęcia do relacji live w trakcie rozmów z bohaterami aren, szybkie informacje w internecie. W tym tempie rozwoju nie ośmielamy się nawet przewidzieć co może się dziać w Rio de Janeiro za dwa lata. Pekin sprzed sześciu lat wydaje się być inną epoką.

U jak urlop

Zdaniem złośliwców igrzyska były właśnie urlopem wakacyjnym dla kilku(nastu) polskich sportowców, którzy i tak nie mieli szans na dobry wynik. My nie jesteśmy aż tak krytyczni, bo skoro ktoś się zakwalifikował, to miał prawo wystartować i nie śmiemy twierdzić, że się nie starał. Inna sprawa, że niektórym umiejętności jednak trochę nie starczało. Ci sami złośliwcy zauważyli, że polscy biathloniści wygraliby klasyfikację medalową w swojej dyscyplinie, jeśli krążki przyznawano by za… trzy ostatnie miejsca. W takiej sytuacji zdobyliby dwa srebra i dwa brązy indywidualnie oraz złoto w sztafecie.

W jak Wierietelny lub Wielki

Aleksander, trener Justyny Kowalczyk. W zasadzie jedno i drugie słowo na W jest jak najbardziej na miesjcu. Doprowadził ją do drugiego tytułu mistrzyni olimpijskiej. Nie da się przy nim nudzić. Dawniej słynął z ciekawych wywiadów, teraz zmienił front i uznał, że niemal do końca igrzysk nie powie oficjalnie ani słowa. Kwestii wywiadu, w którym mówił o końcu kariery nie roztrząsamy, bo to tak skomplikowane, że chyba powstanie jakaś komisja śledcza. W każdym razie trener podobno chętnie dalej popracuje, ale to zależy od jego zawodniczki. Opcje są trzy: dalsza praca z Justyną, obsługa kosiarki do trawy, kariera kucharza. Pewne jest jedno: w wolnej chwili włączy sobie po raz kolejny „Ojca Chrzestnego” albo posłucha piosenek Wysockiego.

V jak Verweij Koen

Stał się wrogiem numer 1 dla polskich kibiców po porażce w biegu na 1500 m ze Zbigniewem Bródką. Przegrał o 0.003 sekundy, nie cieszył się na podium odbierając kwiaty, nie cieszył się nawet odbierając srebro dzień później, gdy emocje opadły. Sam Bródka mówił, że Verweijowi powinno być głupio i nie pochwala takiego zachowania. Okazało się jednak, że żadnych „kwasów” między panami nie było. Hitem internetu stało się zdjęcie Verweija wiozącego Bródkę na rowerze, a potem Holender ze śmiechem tłumaczył portalowi Sport.pl, że takie rozstrzygnięcie to świetna sprawa dla polskich mediów, które powinny go… zaprosić na wspólną sesję zdjęciową z Polakiem.

Ż jak Żyła Piotr

Okrzyknięty przez kibiców winnym niepowodzenia drużyny skoczków, o ile takim słowem można określić czwarte miejsce, najlepszy w historii występów biało-czerwonych w tej konkurencji. Żyła, do niedawna pupilek fanów ze względu na swoje „niesztampowe” wypowiedzi, w kilka chwil spadł z piedestału. Czy słusznie? Faktycznie miał najsłabszy skok w konkursie, ale przecież Polacy przegrali brąz o około 7 metrów i wystarczyłoby, żeby każdy inny skok był dłuższy o jeden metr. Jak najbardziej wykonalne.

Justyna Kowalczyk: Decyzję podejmę w dwie minuty

Pewnie wielu już tę rozmowę czytało, ale ponieważ wreszcie mam dostęp do bloga z poziomu komputera, a nie tylko telefonu, a poza tym, to chyba jednak ważny wywiad (ukazał się w Przeglądzie Sportowym), więc wrzucam jeszcze raz.

 

Wyjedzie z Soczi ze złotem. Nam Kowalczyk opowiada o trudnych latach, sportowej spuściźnie i chęci bycia niewidoczną.

Kamil Wolnicki: Czy podczas tych igrzysk liczyło się dla pani tylko złoto, a cała reszta była dodatkiem? Widzieliśmy panią podczas różnych imprez, ale tutaj po zwycięstwie pani zachowanie kompletnie się zmieniło.

Justyna Kowalczyk: Tak, liczyło się złoto. Nie kupowałam i nie kupuję pamiątek w Rosji. Chciałam mieć stąd jedną pamiątkę i wiozę ją ze sobą. Przyjechałam na igrzyska ze złamaną nogą. Wiele koncentracji i uporu mnie kosztowało, żeby się zmobilizować na to wszystko, co działo się później. Odrobina pecha, która mi się przytrafiła… Nie chcę gdybać, co byłoby w biegach długich, bo nie mogłam pokazać w pozostałych tego, co potrafię. Jestem jednak w stu procentach usatysfakcjonowana tym, co tutaj zdobyłam. Rzadko zdarza mi się to mówić po dużych imprezach, ostatnio chyba po mistrzostwach świata w Libercu, ale jestem szczęśliwa.

Pani i trener Aleksander Wierietielny mówiliście, że trudno było od początku przygotowań do tego sezonu. Gdyby poskładać wszystkie wasze wywiady w całość i czytać między wierszami, okaże się, że pęknięta kość była tylko kroplą, która przelała czarę goryczy.

Justyna Kowalczyk: Nie ukrywam, że dwa ostatnie lata życia prywatnego to masakra. Wszystko to się przekłada na sport, bo ludzie nie są maszynami. Nie da się odciąć i biegać bardzo szybko wiele godzin dziennie. Może dwie albo trzy osoby wiedzą, co mi się przytrafiło i pewnie one są pod wielkim wrażeniem. Sama też jestem.

Od początku sezonu wszyscy mówili o Charlotcie Kalli, a gdy przyszło co do czego, nic się nie zmieniło. Jest pani i one – Norweżki.

Justyna Kowalczyk: Kalla była faworytką biegu na 30 kilometrów i jej nie wyszło. Nie wszyscy muszą być Marit Bjoergen. Charlotte w sobotę była bardzo rozczarowana, ale w niedzielę albo któryś z kolejnych dni, ucieszy się, że tak jej wyszły te igrzyska (złoto w sztafecie, srebro w biegu łączonym i na 10 km klasykiem – przyp. red.). Nie jesteśmy maszynami. Widzieliśmy Norweżki, które nie dały rady, faworytkę, która nie dała rady. Trzeba to wszystko jakoś wypośrodkować. Mieliśmy kiedyś naszego „narodowego motylka” (Otylię Jędrzejczak – przyp. red.) i nikt nie kazał mu pływać na plecach. W najlepszym czasie Oti pływała jeszcze kraulem, ale przede wszystkim była „motylkiem”. W sporcie jest specjalizacja. Bródce nikt nie każe biegać po medale na 500 metrów.

Powiedziała pani, że nie wszyscy są jak Bjoergen, ale jej też tu nie wszystko wyszło.

Justyna Kowalczyk: Wierzcie mi bądź nie, ale to dla mnie żaden punkt odniesienia. Jestem z innej gliny, fizycznie, psychicznie itd. Dla mnie pięć medali olimpijskich, które ona pewnie mogłaby zdobyć na jednych igrzyskach, to nieziemski sukces. Dla innych może nie.

Te igrzyska są chyba pierwszą imprezą, w trakcie której ludzie zaczęli rozumieć biegi.

Justyna Kowalczyk: I fajnie. Oglądam rosyjską telewizję, słucham komentarza podczas wyścigu biathlonistek, a to tutaj najpopularniejsza dyscyplina zimowa. Ich sztafeta biegnie po medal i jedna dziewczyna zaczyna słabnąć. Komentator mówi: „Powalcz jak nasza Justi Kowalczyk!”. Miłe, tutaj jestem bohaterką, gdzie indziej pokraką. Szkoda, że we własnej ojczyźnie. Oczywiście, nie można generalizować. Przecież jestem popularna, przez innych lubiana, zostałam sportowcem roku. Tyle samo widzę ciepłych emocji, co tych negatywnych.

Dlaczego?

Justyna Kowalczyk: Chyba dużo w tym zazdrości. Ludziom wydaje się zbyt cukierkowe, że tak walczę przez tyle lat. Do tego nie jestem nastawiona na pieniądze. Mam kilka pozytywnych stron, choć oczywiście można wymienić też te gorsze. Za dużo mnie jest, tak mi się wydaje. Mimo, że próbuję się „dawkować”, to coś tu ludziom nie pasuje.

Ile zaproszeń pani odrzuca?

Justyna Kowalczyk: Teraz nie ma ich dużo, bo wszyscy wiedzą, że odmawiam. Dawniej zaproszeń przychodziło bardzo dużo. 99 procent odkładałam na bok. Wtedy byłam bardzo nastawiona na sport i nie chciałam tracić czasu, a poza tym – nie chciałam wyskakiwać z każdej lodówki.

Ludzie się pani boją?

Justyna Kowalczyk: Nie wiem dlaczego, ale tak. Internet nie jest mi obcy i czytam tam, jak wiele osób zadawałoby mi trudne pytania. A później stoimy w zagrodzie po zawodach, jeden patrzy na drugiego i cisza. Wychodzi na to, że pytania słyszę tylko od ludzi, którzy pracują ze mną od lat. Ci „chojracy” milczą. Inna sprawa, że niby jakie trudne pytania? Czego tu się czepiać? Że mam złamaną nogę? Że zeszłam z trasy z kontuzją? Trudno przywalić tak, żeby odpowiedź nie była bardziej uderzająca, bo pewnie taka by była.

Podczas każdej wielkiej imprezy coś się wokół pani dzieje. Coś „ekstra”.

Justyna Kowalczyk: Wielu zawodnikom przytrafia się coś miłego albo przykrego. Wielu jest jednak przekonanych, że warto milczeć. Kalkulują. Powiem coś, a większość myśli inaczej. Co powiedzą sponsorzy? Co napiszą gazety? Jaki będzie odbiór? Poza tym, wielkich imprez jest dużo, uprawiam zmęczeniowy i przez to kontuzjogenny sport, więc wiele może się wydarzyć. Ze mną zawsze było ciekawie, w życiu sportowym i prywatnym.

Do dnia, w którym zdobyła pani złoto, trudnych pytań w internecie było mnóstwo. Po sukcesie wszystko ucichło.

Justyna Kowalczyk: Zawsze będę walczyła z jednym, niezależnie od tego czy dalej będę biegała na nartach. Uważam, że od kiedy zawodnik kończy 18 lat, jest świadomy i sam podejmuje decyzje. Jeżeli uzna, że chce, da radę i nikomu miejsca nie zajmuje, ma startować. Lekarze i trenerzy są po to, żeby przedstawić zawodnikowi informacje, wszelkie za i przeciw, opisać, co może się zdarzyć w najgorszym wariancie. Lecz zawodnik jest człowiekiem świadomym i podejmuje własne decyzje. Ma coś w głowie, zwłaszcza ktoś w moim wieku, z takim doświadczeniem i osiągnięciami. Nie rozumiałam dyskusji na temat tego, czy powinnam startować. Koniec końców to mi zależy najbardziej na jak najlepszych wynikach i ja na nie pracuję. Trudno było nie śledzić tego, co się dzieje…

To jakaś forma motywacji?

Justyna Kowalczyk: W żadnym sensie. Trener, tak jak wiele osób, chce wiedzieć, co zrobię w przyszłości. I gdy mówi o opcjach za dalszym bieganiem, moją najczęstsza odpowiedź, po sprawach zdrowotnych, jest taka, że dłużej krytykantów nie zniosę. Dlaczego ktoś się wpieprza w moją robotę?! Osiem lat głupich uwag i wtrącania się w życie to za dużo. Nie jestem osiołkiem, choć bardzo je lubię. I pomyślałam sobie: bez przesady! Mogę uprawiać zawód, w którym też się spełnię, da mi satysfakcję, ale nie będzie wystawiony na ciągłe oceny ludzi, którzy się na nim nie znają.

A gdy usłyszała pani wiadomość, że trener odchodzi?

Justyna Kowalczyk: Chwilę wcześniej trener mnie przekonywał, żebym została w sporcie. Kiedy jednak przeczytałam, zapytałam czy to prawda. A później zaczęły się w kraju rozmowy o tym, co zrobi Justyna, czy jeszcze kocha narty i tak dalej.

Trener też musi być rozdarty, bo wiemy, że chce dalej z panią pracować. Jednocześnie mówi, że chciałby, aby pani odpoczęła. A na pół gwizdka pracować się nie da.

Justyna Kowalczyk: Wiemy o tym. I dlatego trzeba się zdecydować. Zostawanie w sporcie i praca na pół gwizdka, bez dobrych wyników, jest bez sensu, bo i tak tracisz czas. Albo coś robisz na serio, albo w ogóle. Można rok trochę odpuścić, żeby później znowu ostro ruszyć. Są trzy opcje. W każdym razie trener chce pracować, a zaczynanie od nowa z jakimś dzieciakiem… W tym sporcie, gdzie trzeba pracować długo, żeby gdzieś dojść, to trochę nierealne.

W Turynie zdobyła pani medal i jednego biegu nie ukończyła. Troszkę jak tutaj.

Justyna Kowalczyk: Gdzie tam Turyn! Inne czasy. Przed tamtymi igrzyskami byłam raz na podium Pucharu Świata, do tego na trasach, które później okazały się dla mnie najlepsze na świecie (w estońskim Otepää – przyp. red.). Wyszedł z tego jakimś cudem medal, choć nie przez przypadek. Teraz przyjechałabym tutaj po pewne złoto w klasyku. Kontuzja nogi postawiła przy tym wielki znak zapytania, ale wzięłam, co swoje.

Przed panią badania w Krakowie. Wcześniej mówiła pani, że starty w Oslo i Drammen są pewne, ale to może się zmienić.

Justyna Kowalczyk: Zobaczymy, co stało się z nogą. Pewnie zauważyliście, nie jestem jakoś bardzo napalona. Dużo energii kosztowało mnie, żeby tę swoją „pamiątkę” stąd zabrać.

Kiedy uwolniła się pani od „obowiązku” wygrywania zawsze i wszędzie?

Justyna Kowalczyk: Wydaje mi się, że przełomowy był poprzedni rok. Nie tyle sezon, co cały okres przygotowawczy.

W Soczi działo się wokół pani mnóstwo rzeczy, ale oczekiwania były mniejsze niż w Vancouver. Tam miała pani wygrywać wszystko, choćby przyszło pani skakać na tych nartach.

Justyna Kowalczyk: Mam nadzieję, że świadomość ludzi troszkę się powiększyła. Nie wystarczy stanąć na nartach, by wygrywać. Wiem, były lata, w których prawie we wszystkich biegach trafiałam na podium. Lecz ten czas chyba się już skończył.

Przed laty biegła pani do celu, a spory dotyczyły tego, że ktoś stanął pani na drodze. Dwa lata temu usłyszeliśmy po raz pierwszy o kryzysach.

Justyna Kowalczyk: Każdy ma różne etapy w życiu. To napalenie, którym się cechowałam od 15 do 29 roku życia, było wielkie. Nadal jest, bez niego nie przyjechałabym do Soczi, ale każdy robi się z czasem spokojniejszy. Zrobiłam swoje, daję na luz. Teraz to pokazałam wszystkim.

Może czas na dobre wakacje? Dawno ich pani nie miała.

Justyna Kowalczyk: Chyba nigdy. Jeżeli się zmobilizuję, wezmę się za doktorat.

Czuje pani ciężar tego, że kilka osób od pani zależy?

Justyna Kowalczyk: Pamiętam czasy, gdy biegałam w innych warunkach, ale byłam na tyle sprytna, żeby stworzyć taki sztab. W porównaniu z największymi rywalkami, to mała kropla w morzu potrzeb.

Chodzi raczej o to, czy myśli pani co dalej z nimi, jeśli zdecyduje się pani skończyć z bieganiem.

Justyna Kowalczyk: Oczywiście, że myślę. Gdyby tak nie było, decyzję podjęłabym już dawno. Najłatwiej decydować o sobie.

Ma pani poczucie, że wszyscy teraz czekają na to, co pani powie?

Justyna Kowalczyk: Nie tylko poczucie, bo dostaję 30 SMS-ów dziennie z pytaniem, co zrobię dalej. A ja zobaczę… To pewnie będzie decyzja podjęta w dwie minuty.

Czy podejmie ją pani w Oslo?

Justyna Kowalczyk: Tak. Gdybym kończyła, chłopaki muszą mieć czas, żeby znaleźć sobie pracę. Nie mogę powiedzieć pod koniec kwietnia, gdy wszystkie okienka będą zamknięte.

Co chciałaby pani po sobie zostawić, nawet jeśli jeszcze nie skończy pani kariery?

Justyna Kowalczyk: Kariery to ja jeszcze nie zaczęłam. A zostało dużo. Tłumy ludzi, którzy idą na narty. To największy sukces. Gdy zdobywałam pierwszy medal, w sklepach nie było nawet jednej biegówki, teraz to wielkie stoiska. A wyczyn? Nie ma infrastruktury. Nawet jeśli się pojawi, to biegi są trudnym sportem, trzeba pracować na granicy możliwości przez wiele lat.

Teraz rozpoczęto dyskusje o hali dla panczenistów.

Justyna Kowalczyk: Życzę im, żeby powstała, ale jakoś średnio to widzę.

Adam Małysz dzięki popularności przyciągnął młodych kandydatów do klubów. W biegach zmiana wygląda inaczej. Zwykli ludzie od dwóch lat biegają na nartach.

Justyna Kowalczyk: Miło. Adam nie usłyszał, że dzięki niemu ludzie odeszli od telewizorów, bo gdyby tak było, skończyłoby się połamaniami (śmiech). Kiedy jednak jesteś skupiony na swojej pracy, nie możesz się nad tym rozpływać, bo zaczynasz rosnąć jak balonik, aż pękasz.

Jak pani zapamięta Soczi?

Justyna Kowalczyk: Pięknie zapamiętam. Cieszyłam się tymi igrzyskami, odkąd przyznali je Rosji. Nic mnie nie rozczarowało, o pamiątce już mówiłam. Rosja mnie nie zadziwiła, wiedziałam, że będzie super. Dla mnie to były najlepsze igrzyska.

Chciałaby pani kiedyś zostać w polskim sporcie kimś takim jak Petra Majdič w swoim kraju? Słowenka jest tam dzisiaj ważną postacią.

Justyna Kowalczyk: Po ośmiu latach na świeczniku wolałabym się stać niewidoczna (śmiech).

Soczi przebiło Vancouver

Vancouver to lot na Księżyc, Soczi – lądowanie na Marsie. Takie mniej więcej napisał mi ktoś na twitterze. I coś w tym jest. Cztery lata temu, wyjeżdżając z Kanady, miałem wrażenie, że byłem świadkiem czegoś wielkiego, niepowtarzalnego. Nie lubię wielkich słów, tego całego „przechodzenia do historii”, ale trudno było wtedy nie myśleć tak o Justynie Kowalczyk czy Adamie Małyszu. Jeśli wcześniej w całej historii sportowcy z naszego kraju zdobyli osiem medali, a w tylko Vancouver sześć to chyba wszyscy mieli prawo pomyśleć, że dzieje się coś wielkiego. I że trudno o powtórkę. A tu proszę! Znowu sześć miejsc na podium i aż cztery na jego najwyższym stopniu! Wiem, że igrzyska jeszcze trwają, ale umówmy się, że bilans już się nie powiększy, bo bobsleiści raczej do podium nie dojadą…
Można więc podsumować to, co za nami. I jedno jest pewne – Soczi przebiło Vancouver. Kamil Stoch zrobił to, co przed nim udało się tylko Mattiemu Nykaenenowi i Simonowi Ammannowi (temu akurat dwa razy) i zdobył dwa złote medale olimpijskie. W świetnym stylu, bez wielkich dyskusji. Oczywiście od razu rozpoczęła się dyskusja czy jest lepszym skoczkiem od Adama Małysza, ale nie chce mi się o tym pisać, bo to kompletnie jałowy spór.
Justyna Kowalczyk pokonała samą siebie i „przy okazji” rywalki. Klasycznie najlepsza – podobał mi się ten tytuł. A tak naprawdę ta pęknięta kość stopy, o której mówiło pół kraju, to tylko finał kłopotów przez jakie przeszła w drodze do Soczi. Nie mam pojęcia co dalej z jej bieganiem, podejrzewam, że sama nie jest przekonana i rzeczywiście musi nad wszystkim jeszcze się zastanowić.
Zbigniew Bródka? Nie jestem znawcą panczenów, ale jakoś nie bardzo wierzyłem, że historia strażaka z Łowicza będzie taka piękna. Fajny, sympatyczny chłopak. Mam nadzieję, że coś z tego sukcesu będzie miał dla siebie. Coś więcej niż olimpijską premię. On i jego koledzy, których poprowadził do brązu. Ich koleżanki, które cztery lata temu zaskoczyły wszystkich brązem, teraz mają srebro. Wtedy „miały pecha”, bo przytłaczająca większość mediów relacjonujących igrzyska z Kanady, świętowała złoto Justyny w Whistler. Teraz było inaczej. Naprawdę godna grupa czekała na rozmowy z naszymi medalistkami. Drobiazg, ale dla dyscypliny ważny. Może doczekają się tego toru? Może szum pomoże? Chociaż… pamiętam, że sam napisałem kilkadziesiąt artykułów o basenie, którego potrzebowała polska kadra, przy okazji największych sukcesów Otylii Jędrzejczak, ale o budowie tylko się mówiło.
W tej wyliczance brakuje mi drużyny skoczków i którejś z naszych biathlonistek. W każdym z tych przypadków były możliwości i potencjał sięgający miejsca medalowego. Jest też cała lista tych, którzy zawiedli, ale tym razem chciałem pisać raczej o pozytywach, więc może innym razem.
A zanim zacznę się pakować, zastanawiam się czy pozwolić sobie na takie samo uczucie jak w Vancouver. Igrzyska były dla polskiego sportu wyjątkowe, ale czy niepowtarzalne? Raz już tak myślałem i okazało się, że nie mam racji. Ale chyba lubię się tak mylić…

Dokąd biegnie Justyna?

Przed nią trzydzieści kilometrów, które lubi, choć wie, że zawsze boli. Wszystko w klimacie wyczekiwania na to, co powie po biegu. Momentami mam wrażenie, że dla wielu ważniejsze jest właśnie to, co usłyszymy później niż to, co wydarzy się na trasie. A może nie usłyszmy nic na temat przyszłości Justyny Kowalczyk z ust jej samej? Od wczoraj w czołówkach wszystkich serwisów sportowych można przeczytać czy usłyszeć o tym, że trener Aleksander Wierietielny kończy pracę trenerską po igrzyskach. Po pierwsze, wspominał o tym od ponad półtora roku, ale widać odgrzewane newsy smakują najbardziej. Po drugie, jeśli Justyna chciałaby biegać dalej, to on też będzie z nią pracował. A cały czas mam wrażenie, że Justyna wcale jeszcze wiążącej decyzji nie podjęła. A może zrobi pod wpływem chwili. Koniec, przerwa, dalsze starty – wszystko jest możliwe i zależy od kilku (wg Justyny trzech) czynników. Tymczasem lepiej od niej wiedzą wszyscy wokół. I najlepiej, żeby decyzja zapadła już, tu i teraz.
Ja jakoś się tym na razie nie grzeje. Fajnie, gdyby biegała dalej, bo więcej takich sportowców nie mamy. Ale po ludzku – rozumiem, że może mieć dość. Argumenty, których użyła we wczorajszym wywiadzie dla naszej gazety są chyba przekonujące i zrozumiałe dla wszystkich.
Poza tym, a może przede wszystkim, przecież dzisiaj kolejny bieg na igrzyskach. Trzydzieści kilometrów, łyżwa. Jeszcze kilka miesięcy temu większość nie dawała jej żadnych szans. Norweżki właściwie lekceważyły Polkę, kiedy padały pytania o Justynę w tym stylu. Dzisiaj znowu jest jedną z głównych kandydatek do zwycięstwa. Była nią jeszcze zanim zdradziła nam, że chyba udało się wreszcie poradzić sobie z bólem piszczeli, który od lat był jej największym rywalem. Bo to Justyna, ma zdobywać i koniec. Że mówi o tym, jak postawiła na klasyk i dzisiaj brakuje jej mięśni w technice dowolnej? Jakoś ginie w przekazie. Nie wiem, nie mam pojęcia czy dzisiaj stanie na podium. Czy da radę kolejny raz przekroczyć barierę ludzkich możliwości?
Te wszystkie spekulacje i pytania pewnie nie pomagają, choć oczywiście sam też je zadawałem. Kilka lat temu podobnie było z Małyszem. Wszystko na zasadzie: no powiedz wreszcie, że skończysz! A kiedy już skończył, wszyscy tęsknili. Z biegającą Justyną będzie tak samo. Może więc lepiej dzisiaj przede wszystkim cieszyć się kolejnym biegiem?

Justyna Kowalczyk: Ostatni bieg? Nie wiem

Niżej mój wywiad z Justyną z dzisiejszego Przeglądu Sportowego.

Przed Justyną Kowalczyk ostatni występ w igrzyskach w Soczi, a być może także w całej olimpijskiej karierze – sobotni bieg na 30 kilometrów techniką dowolną. Polka zapowiada walkę o medal, choć podkreśla też, że wyczynowe uprawianie sportu sprawia jej coraz mniej radości.

Kamil Wolnicki: Trzydzieści kilometrów to pani dystans? Pytam, bo w sobotę w Soczi przed panią ten bieg techniką dowolną ze startu masowego.

Justyna Kowalczyk: Historia na to wskazuje. Wszystkie trzydziestki łyżwą ze startu masowego, jakie w życiu przebiegłam, kończyłam na podium. Bez względu na to czy była to impreza mistrzowska, czy Puchar Świata. Pierwszy raz w igrzyskach w Turynie, ostatni – rok temu w Pucharze Świata w Oslo. Wycofałam się trzy razy, ale biegnąc klasykiem.

Gdy patrzymy na statystyki, widać, że lubi pani tę konkurencję.

Nie jestem masochistką, ale dotychczas mi wychodziło. Statystyki w sporcie nie są nic warte, dopóki się ich nie potwierdzi. Faktycznie nikt nie wyśrubował takiej jak przez tyle lat, ale Charlotte Kalla ani razu nie zajęła miejsca na podium w tym czasie w takim biegu, a jest faworytką sobotniej rywalizacji.

Jak boli taki bieg?

Zależy. Bywają fajne wspomnienia. Ale są też „miażdżące”, szczególnie od kiedy zaczęła biegać je łyżwą Therese Johaug. Czasem mnie to zadziwia, bo startujemy jak w sprincie, a później jest tylko gorzej. To półtorej godziny walki z bólem, a wiesz, że nie możesz odpuścić. Zwłaszcza w moim przypadku, bo ostatnimi czasy finisze są szybkie. Teraz jest pięć kandydatek do medali i ze dwa czarne konie.

Trzydzieści kilometrów to pani dystans? Pytam, bo w sobotę w Soczi przed panią ten bieg techniką dowolną ze startu masowego.

Historia na to wskazuje. Wszystkie trzydziestki łyżwą ze startu masowego, jakie w życiu przebiegłam, kończyłam na podium. Bez względu na to czy była to impreza mistrzowska, czy Puchar Świata. Pierwszy raz w igrzyskach w Turynie, ostatni – rok temu w Pucharze Świata w Oslo. Wycofałam się trzy razy, ale biegnąc klasykiem.

Gdy patrzymy na statystyki, widać, że lubi pani tę konkurencję.

Nie jestem masochistką, ale dotychczas mi wychodziło. Statystyki w sporcie nie są nic warte, dopóki się ich nie potwierdzi. Faktycznie nikt nie wyśrubował takiej jak przez tyle lat, ale Charlotte Kalla ani razu nie zajęła miejsca na podium w tym czasie w takim biegu, a jest faworytką sobotniej rywalizacji.

Jak boli taki bieg?

Zależy. Bywają fajne wspomnienia. Ale są też „miażdżące”, szczególnie od kiedy zaczęła biegać je łyżwą Therese Johaug. Czasem mnie to zadziwia, bo startujemy jak w sprincie, a później jest tylko gorzej. To półtorej godziny walki z bólem, a wiesz, że nie możesz odpuścić. Zwłaszcza w moim przypadku, bo ostatnimi czasy finisze są szybkie. Teraz jest pięć kandydatek do medali i ze dwa czarne konie.

Kto? Pani, Marit Bjoergen, Kalla, Johaug. A dalej?

Julia Czekałowa albo Heidi Weng. Bardziej stawiam na tę pierwszą. Poza tym Czeszka Eva Vrabcova-Nyvltova, która może sprawić niespodziankę.

Która trzydziestka najbardziej bolała?

Mistrzostwa świata w Oslo. To było jak uderzenie! Od początku bardzo szybko, a później jeszcze szybciej. Bolało, bardzo bolało. Wtedy Therese zrobiła ze mną i Marit co chciała. Też miała bardzo ciężko, ale my byłyśmy cieniem. Siebie przeczołgała, a nas jeszcze bardziej. Rok temu w tym samym Oslo, ale podczas Pucharu Świata, byłam jedyną odważną, która postanowiła trzymać tempo Therese. Kiedy jednak postanowiła, że moja odwaga musi się skończyć, grzecznie poczekałam na grupę (śmiech).

Dlaczego Johaug tak dobrze to wychodzi?

Wychodzi jej na konkretnych trasach i właśnie łyżwą. Wygrała dwa biegi w Oslo, ale to specyficzne miejsce. Jest tam cztery i pół kilometra podbiegu. Są łatwiejsze fragmenty, ale nie na tyle, żeby się zregenerować. Ona nas tam zabija wydolnościowo, biegnąć tym swoim „młynkiem”. Do tego ma pewnie dużo lepsze parametry i mniej mięśni niż ja, Kalla czy Bjoergen, choć ja jestem pośrodku między nią, a tymi dwiema. Kiedy jednak trasa bywa bardziej urozmaicona, Norweżka nie jest taka mocna. Tutaj, na tej wysokości, Therese znowu może nas zaskoczyć.

Mówi pani, że Johaug jest mniejsza, ale i pani podczas tych igrzysk wygląda wyjątkowo szczupło.

Jak na mnie, rzeczywiście jestem. Ale Therese jest też mniejsza. Chodzi o wagę. Ona waży 45 kilogramów, ja trochę poniżej 60. Jestem najbardziej wychudzona w swoim sportowym życiu, ale to wciąż więcej kilogramów do wciągania pod górę.

Schudła pani z myślą o igrzyskach?

Fajnie się poskładało, ale to zbieg okoliczności. Zawsze tak mam, że latem i jesienią przybieram, bo nie przejmuję się za bardzo tym, co jem. A jem dużo, bo lubię mieć komfort treningowy. Później przychodzi zima i stres startowy, zawody czasem zaczynają się późno popołudniu, więc poza śniadaniem zjadam tylko coś wieczorem. Tym razem wyszło tak nie z powodu sportu, miałam większe problemy na głowie.

Od początku sezonu trener Norweżek Egil Kristiansen i inni mówili, że w klasyku będzie pani mocna i mieli rację. Natomiast…

Nie mieli racji. I co do łyżwy też nie mają racji, o czym się przekonają.

Wiedziała pani, co mówią. Właściwie trochę lekceważyli panią w łyżwie.

Najlepsza odpowiedź na takie zaczepki przyszła w sztafecie, kiedy Bjoergen zabrakło zdrowia. Wtedy zobaczyliśmy, jaka naprawdę jest jej technika. Technicznie biegnąca Francuzka ją objechała, po prostu. Największą siłą większości Norweżek jest to, że szybko przekładają nogami, bo mają niesamowite zdrowie, pobierają tlen, kiedy nikt inny już nie ma na to szans. A kiedy zdrowia zabraknie, technika idzie się paść. Dobrze biegająca osoba umie wyciągnąć z techniki najwięcej, kiedy już nie może. Stąd moja perfekcja w klasyku. Albo Kalli, która łyżwą poniżej pewnego poziomu nie zejdzie. Gdy jesteś słabszy technicznie, nic cię nie uratuje, gdy odetnie ci prąd.

Mobilizowało panią to gadanie?

Początkowo tak. Myślałam: „Zajmij się sobą, a nie moim podwórkiem”. Pierwszy odruch był właśnie taki. A później… Ja naprawdę nie mam nic do udowadniania. Jeżeli z tą słabą techniką potrafię ich ogrywać jak chcę w Tour de Ski przez tyle lat, to coś tu jest nie tak.

Nie lubi pani, kiedy zaglądają w pani „podwórko”.

Nie lubię. Wydaje mi się, że przez te lata pokazałam, że walczę i wiele osiągnęłam. Nie mówię, że biegam perfekcyjnie łyżwą, ale pokonuję słabości i zasłużyłam, aby zaufać mi, że robię, co w mojej mocy.

Norwegowie nie muszą pani ufać.

Wystarczy, jak dostają na Alpe Cermis przy okazji Tour de Ski, gdzie przecież jest więcej łyżwy niż klasyka.

Przekonają się w sobotę – powiedziała pani. Ładnie.

Nie sądzę, żeby to był jednostronny bieg w wykonaniu Norweżek.

Trzydziestka była na drugim miejscu pani listy najważniejszych celów w Soczi.

Tak. Wydawało mi się, że w biegu łączonym szans medalowych będzie najmniej. Doszedł nieszczęsny upadek, którym zaprzepaściłam jakiekolwiek szanse. Trzydziestka rządzi się swoimi prawami, ale nie będę chojrakiem. Tutaj trzeba mieć świetną hemoglobinę, świetne narty i tak dalej. A moja hemoglobina jest teraz na absurdalnie niskim poziomie, bo jadłam wielkie ilości leków przeciwzapalnych. Kiedyś jednak już tak biegałam i dałam radę.

Lubi pani przełamywać bariery.

Jestem na igrzyskach olimpijskich, nie ma co myśleć o technice i innych sprawach. Na to jest czas na początku kwietnia czy maja. Później jeździłam w góry, żeby krew była dobra. Nie wyszło, bo zdarzyło się coś, co zdarzyć się nie powinno. Mleko jest już rozlane i nie będę siedziała patrząc na wyniki. Zapominam albo nie chcę tego widzieć, bo i po co?

Podczas biegania łyżwą od lat miała pani problem z bólem piszczeli. Przed tym sezonem kłopoty nasiliły się.

Było gorzej ze względu na różne kombinacje. Zupełnie niepotrzebne. Od dwóch lat zresztą sytuacja stawała się coraz mniej komfortowa, od operacji rozcięcia powięzi mięśnia piszczelowego, którą przeszłam przy okazji zabiegu kolana. Teraz Przemek Iżycki, fizjoterapeuta, który dołączył do nas w środku zimy, świetnie sobie z tym poradził. Szkoda, że dwa czy trzy lata za późno. Mistrzostwa świata w Oslo z niebolącymi piszczelami wyglądałoby inaczej. Dzisiaj moje nogi, cała konstrukcja ciała, nie przypominają tych z Oslo, więc nie ma co się nastawiać na wielką walkę w łyżwie na krótszych dystansach.

Jakich metod używał Iżycki?

Wbijał we mnie igiełki, ale to nie była akupunktura i związana z tym filozofia. Ja tylko leżę. Na początku bolało, teraz już nie. Najbardziej problematyczne są miejsca po rozcięciu powięzi, bo tam utworzyły się blizny. Poza tym, pracowaliśmy nad rozluźnianiem piszczeli. Były okłady z błota na noc, masaże i tak dalej. Nie startowałam dużo łyżwą w tym sezonie, ale trenowałam normalnie i zauważyłam poprawę. Mam luźne mięśnie, a wcześniej czułam, jakbym nosiła pod skórą dwa kamienie. Przemek zakasał rękawy i robił co trzeba. Po raz pierwszy widzieliśmy się w Warszawie po Pucharze Świata w Lillehammer. Pracował ze mną ze trzy godziny, a później sprowadziłam go do Davos, a później na czas Tour de Ski. Wycofałam się, ale plusem było to, że mogliśmy spokojnie działać dalej. Już pierwszy zabieg mi pomógł, ale było dużo do roboty. Znalazłam go za późno, bo ból piszczeli zabrał mi kilka dobrych wyników.

Teraz wystarczyło czasu?

Tak, ale nie jestem już tak skuteczna łyżwą jak kiedyś. Nie mam tak dużo mięśni. W Oslo, podczas mistrzostw świata, w sprincie łyżwą byłam piąta po fajnej walce, a w pewnym momencie biegu zajmowałam pierwsze miejsce. Mogłam walczyć jak równa z równym. W pewnym momencie zdecydowałam, że nie chcę być druga, trzecia czy piąta we wszystkim, tylko chcę w czymś wygrywać. Wybrałam klasyk i ten sezon pokazał, że jestem najlepsza.

W sobotę pani ostatni olimpijski bieg?

Nie wiem. Kiedyś miałam marzenie, żeby biegać bardzo długo. Sprawiało mi to wielką radość, szczególnie gdy nie osiągałam takich wyników jak obecnie. Teraz? Nie wiem, czy jestem w stanie wytrzymać tę presję. Od ośmiu lat żyję na świeczniku. Jestem hardym dziewczęciem, ale to trochę za dużo. Wtrącania do mojego podwórka nie znoszę od dziecka, od kiedy stałam się świadomym człowiekiem. Może to potwierdzić moja siostra, rodzice i chyba wszyscy, którzy mnie znają. Teraz furtka na moje podwórko jest ciągle otwarta i każdy może wrzucać swój kamyczek. Ja tego nie chcę, niech mi nie brudzą, nie interesuje mnie to. Nie wiem, czy jestem w stanie kolejny raz podjąć wyzwanie, cztery lata słuchać, że nic nie umiem, ale muszę wygrywać. Bez sensu.

Myśli pani, że gdyby miała pani rodzinę, byłoby łatwiej dalej biegać?

Na pewno unormowana sytuacja osobista to ważna sprawa. Masz wtedy przynajmniej coś stałego. Zawsze uważałam, że to najlepsze, co może się przytrafić zawodniczce. Problemy osobiste przekładają się na pracę. Człowiekowi trudniej się skupić, zmusić do wielkiego wysiłku i odnaleźć radość. Myślami jest się daleko od roboty, a tak się nie da, więc prywatny spokój jest jedną z ważnych, o ile nie najważniejszą składową sukcesu sportowego.

Bieganie jeszcze panią bawi? Pytam o zawodowe bieganie, bo po zakończeniu kariery pewnie dla przyjemności jeszcze będzie pan zakładać narty.

Mam nadzieję, że nie nabiorę nigdy takiej niechęci do nart, żeby na nich nie biegać. Są momenty, kiedy daje mi to dużo satysfakcji.

Których momentów jest więcej?

Inaczej – chwil, które nie dają żadnej radości jest bardzo mało, ale coraz częściej jestem w pracy.

To dobrze czy źle?

Raz lepiej, raz gorzej. Nadmierne emocje nigdy nie wpływały dobrze na bieganie. Na pewno lżej było to ogarniać, gdy sport stanowił bardziej pasję niż pracę. Przejmowałam się pogodą, biegami, źle zapiętą gumką do włosów. To już nie wróci, oddalam się od tego. Chociaż chęć tego, żeby robić coś dobrze, została. Tak samo obowiązkowość. Mam też od cholery doświadczenia. Tak mało mnie potrafi zaskoczyć na tych nartach, że aż głupio. I dobrze, bo ja nie lubię nowości. Powtarzalność daje mi komfort. Jestem w stanie przewidzieć wiele z tego, co się dzieje w biegach.

To co się wydarzy w sobotę?

Będzie się działo, będzie zabawa! Najbardziej obawiam się momentów, gdy będziemy jechać po zakrętach na siłę dorabianych. Tam mogę utracić kontakt z dziewczynami, chociaż… chyba nikt tam nie zaatakuje.

Johaug ruszy jak zwykle czy raczej wspólnie zrobicie selekcję i później się zacznie.

W Oslo mówiła, że miała pobiec pierwszych siedem kilometrów na maksa i zobaczyć, co się wydarzy. Wytrzymałam z nią nawet dłużej, a później przyznała, że kiedy odpadłam, ona też była już bardzo zmęczona. A teraz? Myślę, że ruszy, bo to taki typ. I lubię ten typ. Johaug, Kalla czy ja. Tych, którzy walczą, jeśli mogą. I myślę, że Therese będzie chciała walczyć. Ma tylko jeden medal tych igrzysk. W porównaniu do igrzysk w Vancouver jest w życiowej formie, to jedna z trzech-czterech najlepszych na świecie. Kiedy ma to wykorzystać, jeśli nie teraz?

Nie wymieniła pani Bjoergen. Inna sprawa, że nie jest tutaj sobą.

Marit to Marit, zawsze jakoś się powiezie. Nie wymieniłam jej i chyba nikogo nie skrzywdzę tą opinią, ale ona ma taki styl, aby wieźć się jak najdłużej, a później finiszować.

Bródka ma łatwiej od Ronaldo? Serio?

Od dawna, a ostatnio z nasiloną mocą, trwają (szczególnie twitterowe) dyskusje na temat tego, jak trudno (czy raczej łatwo) jest osiągnąć sukces w sporcie. Wiadomo, fani piłki uważają, że tam to dopiero jest poziom, konkurencja i rywalizacja. Takie skoki, biegi czy panczeny (żeby zostać przy igrzyskowych rozmowach) to nic. A mnie nic tak ostatnio nie wkurza jak takie właśnie brednie. O co chodzi w tej licytacji? Ktoś naprawdę uważa, że Justyna Kowalczyk, Kamil Stoch czy Zbigniew Bródka mają łatwiej od Kamila Grosickiego, Roberta Lewandowskiego albo nawet Cristiano Ronaldo? Że mniej ich kosztowało dojście tam, gdzie są? O bezimiennych chłopcach z naszej śmiesznej ligi nie ma co wspominać. Większość mogłaby z pożytkiem dla wszystkich przez pół dnia pracować jak normalni ludzie i nie byłoby wielkiej różnicy w tym co później prezentują na boisku.
Żebyśmy się dobrze rozumieli – nie mam nic do piłkarzy, chętnie oglądam mecze, nawet tę naszą ligę, ale umówmy się – zawodowy sport na najwyższym poziomie wymaga wielkich poświęceń. I niezależnie od tego czy mówimy o skokach narciarskich, pingpongu, piłce nożnej czy tenisie ziemnym. Wejść na szczyt jest pewnie porównywalnie trudno. Co z tego, że piłkę kopią miliony, skoro 95 procent to ogromny tłum anonimów, którzy od sportowców innych dyscyplin bez medali największych imprez różni się tylko tym, że dobrze zarabiają? Są szarą, w większości bezimienną masą nastawioną tylko na to, żeby podpisać niezły kontrakt i wygodnie żyć, co zresztą okazuje się nie być aż takie trudne.
Nie zmierzam do tego, żeby gloryfikować jakoś szczególnie olimpijczyków, a krytykować piłkarzy, bo nie o to chodzi. Każdy wybiera sobie swoją drogę. Ktoś chce kopać piłkę, ktoś biegać na nartach czy łyżwach, a jeszcze inny woli to zobaczyć w telewizji po powrocie ze swojej roboty, bo nie lubi się pocić. Nikt nie zabronił Stochowi kopać piłki, ale też nikt nie ma prawa twierdzić, że wybrał łatwiejszą drogę. Chodzi mi więc tylko i wyłącznie o to, że jakiekolwiek umniejszanie wartości sportowego sukcesu to głupota.
Zawodowy sport boli, bo musi boleć. W przypadku Justyny to wiele godzin wysiłku na granicy ludzkich możliwości każdego dnia, z reguły daleko od domu i bliskich. Łatwo jest? Naprawdę ktoś tak sądzi? U Kamila to katorżnicza dieta, o której mało kto chce mówić, zdobywanie i później kumulowanie energii potrzebnej do skoku i praca nad niuansami technicznymi. Poszukajcie sobie filmów z treningami chińskich gimnastyczek albo pingpongistów, zapytajcie kiedyś Otylię Jędrzejczak co robiła, kiedy zdobywała medale. Warto spojrzeć na kariery najlepszych, żeby zdać sobie sprawę ile to wszystko kosztowało. I warto o tym pomyśleć, gdy za kilka godzin zagrają dwa razy Mazurka Dąbrowskiego w Soczi.

Policzek dla Norwegii

Gdyby rano ktoś mi powiedział, że polska sztafeta dobiegnie do mety olimpijskiego wyścigu na siódmym miejscu, pewnie bym się ucieszył, bo to niezły wynik. Ale gdybym usłyszał, że Norweżki nie zdobędą medalu, nawet nie chciałoby mi się dyskutować. Że nie zdobędą złota pewnie też nie, bo to wydawało się pewne. A tymczasem…
Minęło kilka godzin od zakończenia biegu i cały się zastanawiam co się właściwie wydarzyło. Polki, hmm… niezły wynik, naprawdę. Fantastycznie podbiegła Justyna, rewelacyjnie Sylwia Jaśkowiec. Kornelia i Paulina też dały z siebie wszystko, nie mam wątpliwości, ale spotkałem niedawno ich trenera, Ivana Hudaca i ten też miał mieszane uczucia. Patrząc jednak na suchy wynik i porównując go z poprzednimi dużymi imprezami, jest się z czego cieszyć.
Za to te Norweżki… O co tu chodzi? – Szok, po prostu szok! Marzyłyśmy o złotym medalu, ale że to marzenie się spełni? Norweżki wydawały się takie mocne. Niewiarygodne – opowiadała mi jedna ze Szwedek, które wygrały ten bieg, Anna Haag. Uśmiechnięta i oszołomiona stała sobie gdzieś z boku, gdy tabun szwedzkich dziennikarzy przepytywał Charlotte Kallę, absolutną bohaterkę dnia. A Haag mówiła ze śmiechem: – W Szwecji trwa chyba gorączka złota. Ale wy w Polsce to znacie, bo macie przecież Justynę!
Wcześniej próbowaliśmy porozmawiać z trenerem Norweżek, Egilem Kristiansenem. Powiedział krótko „shit happens”, czego tłumaczyć chyba nie trzeba. Marit Bjoergen zapytana o komentarz wydobyła z siebie tylko coś w stylu „oooo” i poszła. Heidi Weng wychodziła ze stadionu w objęciach trenera, a Therese Johaug opowiadała, że kompletnie nie trafili ze smarowaniem nart. Swoją drogą, pamiętacie wiele reakcji na takie słowa Justyny?
Pytanie „co się stało?” jest jednak wciąż aktualne. Absolutna potęga, właściwie królestwo biegowe mocno się zachwiało. Taka porażka jak dzisiaj to właściwie siarczysty policzek. Niby nie pierwszy podczas tych igrzysk, ale najsilniejszy. Norweskie media więcej zajmują się Petterem Northugiem, który przegrał w pokera 20 tysięcy euro niż sukcesami, bo tych, jak na ich standardy oczywiście, niewiele. Bjeorgen przyjechała tu przecież po sześć medali, większość złotych. Ma jeden. I to wcale nie dzięki nadzwyczajnej sile, a sprytowi, bo to dzięki niemu ograła Kallę w biegu łączonym. Dzisiaj w sztafecie pokonała ją Coraline Hugue, 26. zawodniczka ostatniego Tour de Ski.
U mężczyzn też szału nie ma. Sztab ludzi, którymi tutaj dysponują nie może trafić ze smarami? Nie radzą sobie na wysokości, w specyficznym mikroklimacie (podobnie jak Kikkan Randall, która na Krasnej Polanie zapomniała, że jest jedną z najlepszych na świecie)? Trasy są za trudne, co w połączeniu z wysokością sprawia im problemy? Coś jeszcze innego? Pewnie te same pytania zadawał sobie król tego kraju, który dzisiaj z uśmiechem jechał na trasy. Wychodził w kiepskim humorze. Norwescy dziennikarze, z reguły fajni goście, przyszli na konferencję prasową chyba z przyzwyczajenia, bo żaden nie zadał pytania, a za to oglądali jak szaleją ze szczęścia Szwedki.
Norweżkom zostały dwie szanse, w sprincie drużynowym i biegu na trzydzieści kilometrów. Dzisiaj rano myślałem sobie, że w tym drugim, do ostatecznej walki o medale stanie Bjoergen, Johaug, Kalla i Kowalczyk. I chyba nadal tak myślę, bo trudno uwierzyć w upadek takiej potęgi. – Też mi się tak wydaje, ale podczas tych igrzysk prognozy nie mają sensu – śmiała się Anna Haag.

Dzięki, Justyna

Co można napisać po takim biegu? Nie wiem, nie mam pojęcia, czasami nawet dziennikarzowi brakuje słów. Przynajmniej mądrych, bo ostatnio tych głupich napisano o wiele za dużo.

Może więc tak najprościej: „Dzięki, Justyna!”? Dzięki za wielki charakter, niezłomność, a nawet upór.

Bez tego nie dobiegłaby do mety na Krasnej Polanie i nie wysłuchała później Mazurka Dąbrowskiego. Oglądałem na żywo bieg po złoto w Vancouver na 30 kilometrów, pamiętam tamtą radość, ale tym razem było chyba trudniej, jeszcze bardziej pod górkę. Wczoraj pierwszy raz po sukcesie sportowym Justyna się popłakała i to też o czymś świadczy, prawda?

Szczerze, z ręką na sercu, ilu z Państwa stawiało wczoraj na złoto? A tymczasem na trasie nazwanej Laura Polka zagrała główną rolę w niezwykłym przedstawieniu. Upał i niezwykle trudne warunki „łamały” kolejne rywalki, ale nie ją. To znaczy ją też, ale poradziła sobie z problemami najlepiej. Zdobyła drugie olimpijskie złoto w karierze, a zarazem piąty medal igrzysk. Stała się najbardziej utytułowaną Polką w historii zimowych igrzysk i drugą (po Irenie Szewińskiej) biorąc pod uwagę letnie i zimowe imprezy czterolecia. Historia (polskiego sportu) znowu tworzyła się na naszych oczach. A być może to wcale nie był jej ostatni rozdział.

Co powie Laura?

Rozwali je – napisała mi wczoraj Otylia Jędrzejczak i przyznam się szczerze, że trochę jej tego optymizmu zazdroszczę. W końcu to mistrzyni olimpijska, więc rozumie emocje sportowca. Chociaż… można mieć nawet kilka złotych medali i zgubić ten sportowy charakter, prawda panie Robercie? Ale to opowiadanie na inną historię, więc naszego wybitnego chodziarza jedynie serdecznie z Rosji pozdrawiam.
Wróćmy do biegów narciarskich, a dokładniej tego na starcie którego stanie dzisiaj Justyna Kowalczyk. Przed nią dziesięć kilometrów stylem klasycznym w Soczi. A właściwie na trasie, która nazywa się Laura. Ktoś napisał, że ta Laura to miss tych igrzysk i coś w tym jest. Piękna i urocza, to na pewno. Ale i zdradliwa, o czym mogłaby pewnie długo opowiadać Sylwia Jaśkowiec, Maciej Staręga i wielu innych, a nawet Marit Bjoergen. Bo ta Laura musi kogoś polubić, żeby pozwolić mu pokazać wszystko co potrafi i nad czym pracował przez wiele lat. Czy polubi dzisiaj Justynę? Nie wiem. Pytań i znaków zapytania jest zresztą więcej. Odpowiedzi na wiele z nich poznamy pewnie dzisiaj.
Za to na pewno dowiemy się (po raz kolejny zresztą), jak krótka jest droga od bohatera do… no właśnie. Jeśli Justyna zdobędzie medal, będzie wielka, oczywiście. Bo ze złamaną nogą, bo z takim sercem do walki i tak dalej. Gdyby nie wyszło – wszystko odwrotnie. Nie znoszę, gdy ktoś mówi, że coś jest efektem „polskiej mentalności”, ale coś mi mówi, że koło południa znowu się przekonam, że jednak coś w tym jest. Niestety.

Droga Stocha i Kruczka była bardzo długa

Są takie chwile, kiedy człowiek budzi się rano i myśli sobie, że ma jednak naprawdę super pracę. Przerabiałem to dzisiaj rano, myśląc oczywiście ciągle o konkursie na normalnej skoczni i złotym medalu Kamila Stocha. I Mazurku Dąļrowskiego wysłuchanym dzień później. Pewnie, że to nie mój medal, staram się unikać określenia „zdobyliśmy medal”, bo ten zdobył Kamil i ludzie, którzy z nim pracują. Ja tylko oglądałem jak tego dokonali. Ale to i tak fajne uczucie. Nawiasem pisząc, widziałem na żywo jak swoje złoto zdobywała Justyna Kowalczyk cztery lata temu, więc przynajmniej w „świadkowaniu” jestem całkiem niezły.
A co do Kamila – czapki z głów, naprawdę. Droga jaką pokonał ten chłopak jest imponująca. Od nerwusa, który nie radził sobie z emocjami i zdarzało mu się huknąć kaskiem o ścianę z bezsilności do mistrza.
Mistrza, który nie zawodzi w kluczowych momentach (jest przecież aktualnym mistrzem świata), który jest prawdziwym liderem i który wie, jak wygrywać. I pewnie nie byłoby takiego Kamila bez wielu osób, ale jakoś przede wszystkim łączę to z Łukaszem Kruczkiem. Pisałem już tu o nim kilka razy, kolejnej laurki nie będzie. No, może troszkę.
Bo kolejny raz przypomina mi się Puchar Świata w Kuusamo w 2012 roku. Kamil nie awansował wtedy do konkursu, przez strefę rozmów z mediami przemknął bez słowa, ale dzień później chciał już rozmawiać. – Na początek chciałem was bardzo przeprosić – zaczął, a kiedy spytaliśmy co się stało, powiedział: – Dobre pytanie. Po konkursie drużynowym spędziłem pół nocy rozmyślając nad sprawami, których nie rozumiem. No nie rozumiem co się z nami dzieje, z całą ekipą. Latem przygotowywaliśmy się, a teraz okazuje się, że coś jest nie tak. Nie wiem, być może to coś w naszych głowach. Ja się czuję fizycznie rewelacyjnie, skacze w seriach próbnych dobrze, w przychodzą zawody i wszystko odpływa.
Wszystko to było po gorącej nocy. Nocy, podczas której Kruczek powiedział kadrze, że jeśli ktokolwiek uważa, że to potrzebne, odejdzie. Kamil wtedy nie mówił nic, bo pewnie i tak niewiele do niego docierało. W obronie stanął Maciek Kot, później wszyscy inni. Dzień później Kamil. Tamte wydarzenia były punktem zwrotnym w historii tej kadry. – Odejście Łukasz byłoby najgorszą decyzją. Jeśli Łukasz odejdzie to ja też odejdę – powiedział. Brzmiało jak szantaż, ale Kamil stał przy swoim. – Skoro coś zaczęliśmy to musimy doprowadzić do końca. Nie można rezygnować po kilku nieudanych zawodach. Poprzedniej zimy i latem wszystko działało. Ja się zastanawiam dlaczego wyrzuca się trenerów w innych dyscyplinach po jednym czy drugim nieudanym starcie, skoro tak naprawdę budowa zajmuje kilka lat. Teraz najważniejszy jest dla nas spokój i poparcie kibiców – tłumaczył.
Później przyszło mistrzostwo świata, mistrzostwo olimpijskie, wiele świetnych konkursów. Nie tylko Kamila. Kruczek z wyśmiewanego skoczka, a później trenera, stał się trenerską gwiazdą. Droga od tłumacza Heinza Kuttina do jednego z najlepszych szkoleniowców świata trwała kilka lat, ale dzisiaj chyba nikt nie wątpi, że nie było warto, prawda? Tym bardziej, że wszystko wskazuje na to, że jeszcze nie koniec sukcesów. Nawet w Soczi. A ja mam tego farta, że mogę się temu przyglądać z bliska.