Legenda odeszła za wcześnie

Niżej krótki tekst z dzisiejszego „Przeglądu Sportowego”. O fajnym, uśmiechniętym gościu. Bo takiego go zapamiętam z wielu miejsc, w których się spotykaliśmy. Odszedł zdecydowanie za szybko. Spoczywaj w spokoju, Marek!

 

Był jedną z ikon polskiego kolarstwa górskiego. Dla wielu ciągle jest, bo wciąż trudno uwierzyć, że Marek Galiński nie żyje. Zginął w wypadku samochodowym w Brzegach koło Jędrzejowa. Wsiadł do auta w Krakowie, gdzie wylądował po zgrupowania na Cyprze. Jechał do Mroczkowa Gościnnego koło Opoczna, do żony i dwóch córek. Nie dojechał. Wpadł w poślizg, a jego auto wypadło z drogi i uderzyło w drzewo. Z miejsca wypadku zabrała go karetka, zmarł w szpitalu w wyniku doznanych obrażeń. 1 sierpnia skończyłby dopiero 40 lat.

Wciąż miał mnóstwo energii, wciąż miał nowe pomysły. Ci, którzy go znali nie zapomną nigdy jego poczucia humoru i dbania o szczegóły, czasem nawet do przesady. Był indywidualistą i tytanem pracy. Taki właśnie był „Diabeł”, jak go nazywano.

Ostatnio pracował jako trener rosyjskiej kadry kolarzy górskich. Wcześniej prowadził Maję Włoszczowską (i żeńską kadrę Polski) po rozstaniu tej ostatniej z Andrzejem Piątkiem. Pracował także z wieloma innymi zawodnikami i zawodniczkami.

Nawet kiedy już zajmował się szkoleniem, w kraju wciąż niezbyt często młodsi dawali mu radę na trasach. Zaczynał od kolarstwa przełajowego, ale później postawił na kolarstwo górskie. Właściwie od samego początku tej dyscypliny sportu w Polsce był jej główną postacią. Seryjnie zdobywał tytuły mistrza Polski, zarówno w olimpijskiej odmianie kolarstwa górskiego jak i w maratonie. Dziesięć razy wygrywał cykl Grand Prix MTB, cztery razy startował podczas igrzysk olimpijskich (Atlanta, Sydney, Ateny, Pekin), uczestniczył w wielu mistrzostwach świata, Europy czy Pucharach Świata. W 2003 roku wszedł nawet na podium jednej z imprez, a cały cykl zakończył na dziewiątej pozycji.

„Chciałabym napisać kilka słów o Marku. Ale cały czas nie wierzę. Tacy ludzie jak on powinni mieć parasol ochronny dookoła siebie. Jedna z najwspanialszych osób jakie poznałam w swoim życiu. Genialny, niesamowicie pracowity i energiczny trener, ale przede wszystkim bardzo dobry człowiek i wspaniały przyjaciel. To nie może być prawda…” – napisała Maja Włoszczowska. Ona i całe polskie kolarstwo poniosło wielką stratę. Ta legenda odeszła za szybko. Zdecydowanie za szybko.

Respekt, Tomek!

Dawno nie było mi tak trudno zabrać się za pisanie jak teraz, po porażce Tomka Adamka z Wiaczesławem Głazkowem. „To co przeżyliśmy z Adamkiem trudno będzie powtórzyć. Tomek – respekt. Dzięki za wszystko” – napisał na twitterze Mateusz Borek. Podpisuję się pod tym. Ostatnich kilka lat, siedem, może osiem z Adamkiem było wyjątkowych, bo i wyjątkowy to sportowiec. Dla mnie najlepszy polski zawodowiec w historii (nie czepiajcie się tego zdania, bo nie o to tu chodzi). A porażka z Głazkowem kończy pewną erę w polskim boksie, a może i całym sporcie. Nie wiem czy Tomek jeszcze wyjdzie do ringu. Jeśli tak, już raczej na pożegnanie albo ku radości polskich kibiców w jakimś naszym lokalnym „hicie”. O pasach może zapomnieć. Nie chcę, żeby ten tekst brzmiał jak jakieś podsumowanie, choć jeśli Adamek ogłosi jednak, że to koniec… Czapki z głów, panowie i panie! Mistrz ma prawo odpocząć.

Może przesadzam, ale rozmawiam i widzę wpisy na twitterze ludzi, którzy też byli blisko (a nawet bliżej) kariery Adamka i mam wrażenie, że wszyscy traktuję tę porażkę bardziej osobiście niż zwykle. I dzisiaj każdemu pewnie przychodzą do głowy różne scenki. Ja pamiętam Gilowice po tym, gdy został mistrzem świata w wadze półciężkiej i szaloną jazdę za Tomkiem po polnych drogach. Sprawę z Bogusławem Bagsikiem i czas, gdy dostawało mi się po głowie. Do dzisiaj uważam, że akurat tamten układ był zły, choć ten mały piesek, którego czasami widzicie na zdjęciach w prasie to właśnie pamiątka po tamtych czasach, więc coś dobrego jednak zostało.

Za to później… później było dobrze. Warszawa, kilka tygodni przed walką z O’Niellem Bellem. – Proszę cię, rozwalę go – śmieje się Adamek. „Rozwalił”. Newark, walka ze Stevem Cunninghamem. W Prudential Center właściwie sami Polacy, nie licząc kilku sąsiadów Amerykanina. W ringu mała wojna i pas, a później święto. Albo walka z Banksem. – Tak mnie huknął w nos, że prąd mi przeszedł po czubku głowy i dalej kręgosłupem do samego końca – opowiadał później, ale oczywiście wygrał. Albo inny obrazek – dwa dni do starcia z Andrzejem Gołotą, jest już grubo po północy, siedzimy w jego domu w Gilowicach. – Proszę cię, do czwartej rundy będzie po wszystkim – zapowiada. Niewiele się pomylił.

Bilety do Kalifornii na walkę z Chrisem Arreolą mam pewnie gdzieś do dzisiaj. Nie poleciałem, bo przez pył wulkaniczny nikt nigdzie nie poleciał. A szkoda, bo to był najlepszy występ „Górala” w wadze ciężkiej. Rozmawialiśmy, gdy jeszcze był w szatni, zaraz po walce. – Jak to wyglądało? Chyba dobrze, prawda? – pytał zadowolony. Były powody.

Grant, Maddalone, McBride i wreszcie Kliczko we Wrocławiu. Wszyscy pamiętają jak to się skończyło. Dzień później wracał do domu, ale zawrócili samolot. – Wpadasz? – zadzwonił, więc siedzieliśmy w hotelu przy lotnisku kilka godzin i gadaliśmy. Przy okazji powstał świetny wywiad. Już wtedy, kilkanaście godzin po dotkliwym biciu z rąk Witalija miał wiarę i optymizm. Porażka była za nim. Nie wyszło, zaraz będzie lepiej. Kilka miesięcy później siedzimy w maleńkiej knajpce w Warszawie, na Tarchominie, zdziwieni ludzi ciągle patrzą się na nasz stolik, a Tomek w świetnym humorze opowiada kolejne historyjki. I tak było zawsze. Teraz też wróci do siebie, choć pewnie ta porażka zabolała go najbardziej w życiu. Ale stawiam, że jutro, najpóźniej pojutrze zadzwoni i zapyta: „co tam w Polsce?”.

Mógłbym tak bez końca. Scenki z Gilowic, Warszawy, Newark, Kearny, gdzie mieszka przesuwają mi się dzisiaj przed oczami jedna za drugą. Te śmieszne, smutne, życiowe i takie, które lepiej przemilczeć. Dzięki za wszystkie, Tomek!

 

Kiedyś Hannu, dzisiaj Kamil, czyli jak wykluczyć przypadek

Czy Kamil Stoch zdobędzie medal w Harrachovie? Chciałbym znać odpowiedź już teraz, ale nic z tego. Wiem za to, jak pewnie wszyscy, że szansa jest duża. Od czasów Piotra Fijasa, żaden Polak nie wchodził na podium tej imprezy.

„Brakuje ci tego medalu?” – zapytałem Kamila jakiś czas temu. – Brakuje. I pewnie, że to jeden z moich sportowych celów i marzeń. Tyle tylko, że podchodzę do tego spokojnie. Nie uda się w tym roku w Czechach, będą kolejne mistrzostwa. Chociaż oczywiście, że już teraz zrobię wszystko, żeby wypaść jak najlepiej. Zresztą, moi koledzy także będą się bardzo starali – powiedział Kamil. Jak zwykle, w swoim stylu, czyli skromnie. Zresztą, jeszcze w Soczi zapowiadał, że medale tam zdobyte nic nie zmienią, że chce żyć jak do tej pory. I twardo się tego trzyma. – Jestem tym samym gościem, a przynajmniej się staram. Różnica taka, że mam w plecaku coś więcej niż przed sezonem. Gdy ktoś prosi mnie o autograf to miłe, bo znaczy, że ten ktoś docenia moją pracę – mówił.

Od dzisiaj zaczyna latać, może doleci na podium. Co ciekawe, wygrał już kiedyś konkurs lotów w Planicy, był na podium skoczni w Kulm, jest współrekordzistą Polski (232,5 m), a jednak wielu twierdzi, że mamuty nie są dla niego. Zapytałem o to ostatnio trenera polskiej kadry, Łukasza Kruczka. – Opinie pseudofachowców – powiedział krótko. Kamil tylko się uśmiecha i twierdzi, że „czuje się lotnikiem”.

Do Harrachova przyjechało jednak więcej lotników, takich, którzy mają właściwie ostatnią szansę, żeby nie kończyć sezonu z niczym. Mam tylko nadzieję, że w Harrachovie naprawdę wygra najlepszy. Teoretycznie mistrzostwa świata w lotach dają na to dużą szansę, bo mistrza wyłaniają cztery skoki. Teoretycznie, bo z Harrachovem nigdy nic nie wiadomo (popatrzcie sobie na historię konkursów i ile z nich odwołano albo rozegrano częściowo). Mimo wszystko te cztery serie to dobry pomysł. Zresztą, nie tylko moim zdaniem. Rozmawiałem długo z Kamilem przed wyjazdem do Czech, między innymi o tej kwestii. – Na mistrzostwach trzeba oddać cztery dobre skoki przez dwa dni i to bardzo sprawiedliwe – powiedział i dodał ważne zdanie: – Byłbym za tym, żeby w przyszłości w takiej samej formule rozgrywano mistrzostwa świata.

Chodziło oczywiście o „normalne” mistrzostwa. Kamil ma rację. Podobnie powinno być z igrzyskami, bo rozumiem, że w Pucharze Świata zaczęłoby brakować czasu. Ciekawe czy FIS pójdzie w tę stronę. Kiedyś Hannu Lepistoe proponował, aby do wyniku zaliczać też skok z kwalifikacji. Wszystko po to, aby wykluczyć albo przynajmniej ograniczyć do minimum przypadkowość. Szczerze mówiąc, podobają mi się obydwa pomysły. Ciekawe czy któryś kiedyś uda się wprowadzić w życie…

Michał Kwiatkowski: Chcę być najlepszy

Niżej znajdziecie rozmowę z Michałem Kwiatkowskim z dzisiejszego numeru „Przeglądu Sportowego”.

 

Od dawna mówi się, że takiego talentu jak Michał Kwiatkowski, polskie kolarstwo nie miało od lat. W tym sezonie kolarz Omega Pharma-QuickStep potwierdza, że jest wyjątkowym zawodnikiem. Wygrał już pięć razy w tym sezonie, ale prawdziwe cele dopiero przed nim. Nam opowiada o wiosennych klasykach, Tour de France i cierpliwości.

Po takim początku sezonu usłyszał pan chyba wszystkie pochwały świata…

Michał Kwiatkowski: Tak, ale trzeba pamiętać, że to początek. Cieszę się z dotychczasowych wyników. W zeszłym roku mówiłem o zwycięstwach, lecz chodziło mi o wyścigu cyklu World Tour i to jest główny cel. Mam w głowie swoje plany i wiem, że jeszcze dużo pracy muszę wykonać.

Sobotnia wygrana w Strade Bianche i to, jak ograł pan w końcówce Petera Sagana, wyglądały niesamowicie.

Michał Kwiatkowski: Bylem bardzo zmotywowany przed startem. Poza tym dostałem niesamowite wsparcie ekipy, szczególnie Michała Gołasia i nie chciałem popełnić żadnego błędu. Miałem swój dzień i umiałem go wykorzystać. Świetnie współpracowaliśmy z Saganem, a ograć go było czymś naprawdę niesamowitym.

Trochę jak w juniorach. Bo pan i Słowak znacie się od lat.

Michał Kwiatkowski: Przypomniały mi się stare czasy. Nawet gdy odjeżdżaliśmy powiedziałem mu, że zrobimy to jak w czasach juniorskich. I tak to mniej więcej wyglądało, rozegraliśmy wyścig między sobą, jak kiedyś. Wspaniale znaleźć się znowu na tym poziomie. Sagan w pewnym momencie odskoczył, jednak byłem cierpliwy i robiłem swoje. Wiem, że to jedyna droga w kolarstwie.

Jest pan najlepszym kolarzem świata początku sezonu, lecz mówi pan o innych celach.

Michał Kwiatkowski: W pierwszej części stawiam przede wszystkich w ardeńskie klasyki, czyli Amstel Gold Race, Liege-Bastogne-Liege i Fleche Wallone. W zeszłym roku nieźle tam wypadłem. W środę zaczynam Tirreno-Adriatico, gdzie chciałbym poprawić wynik z zeszłego roku. Jestem świetnie przygotowany, będę miał wsparcie drużyny. Pojedziemy super składem. A dalej? Główną imprezą pozostaje Tour de France.

We Francji interesuje pana walka o etapy, koszulka najlepszego młodzieżowca czy klasyfikacja generalna?

Michał Kwiatkowski: Fajnie byłoby założyć znowu białą koszulkę i zachować ją do mety. To byłoby coś! Nie można jednak zapominać, że jako Omega Pharma-QuickStep celujemy w zwycięstwa etapowe. Mark Cavendsih w tym sezonie jest zmotywowany tylko na Tour. To jednak nie przeszkadza, żeby walczyć w klasyfikacji generalnej i wypaść nieźle w całym wyścigu. Mam nadzieję, że wyścig potoczy się tak, jakbym chciał.

Zdecydował już pan, czy chce być w przyszłości kolarzem na imprezy wieloetapowe czy raczej skupi się na klasykach?

Michał Kwiatkowski: To się da połączyć. Może nie Roubaix z tourem, ale inne – dlaczego nie? Media trochę kreują wszystko w ten sposób, że powinienem zdecydować, ale…

Nie tylko media, bo kilku kolarzy też mi mówiło, że przyjdzie moment na specjalizację.

Michał Kwiatkowski: Jestem przecież wyspecjalizowany. Nie próbuję finiszować z Markiem Cavendishem. Jadę swoją ścieżką i nie chcę, żeby ktoś mnie szufladkował.

Pozostaje pan jednym z najbardziej uniwersalnych kolarzy w zawodowym peletonie.

Michał Kwiatkowski: Lubię się ścigać i nie ma problemu czy jadę po bruku, na wietrze czy ścigam się na czas. Chcę być po prostu najlepszy!

Mówi się, że może być pan dla polskiego kolarstwa kimś takim, jak kiedyś Ryszard Szurkowski. Jego występy śledził cały kraj!

Michał Kwiatkowski: Chcę być sobą, chcę dojść na sam szczyt i niekoniecznie marzę o porównaniach do kogoś innego. Idę swoją drogą i nie patrzę na historię. Wiem, że polskie kolarstwo też idzie do góry. To jest piękne. W mojej drużynie są Michał Gołaś, Rafał Majka, Przemek Niemiec. Świetnie sobie radzą. Mam nadzieję, że nasze sukcesy przełożą się na liczbę dzieciaków na rowerach. Niech ci młodzi, którzy już jeżdżą, uwierzą, że można dojść naprawdę daleko. Może stanie się to co w skokach narciarskich? Adam Małysz zachęcił do skakania i dzisiaj widać, jak rozwija się ten sport.

Wystartuje pan w Tour de Pologne?

Michał Kwiatkowski: Myślę, że tak. Mój kalendarz startów będzie podobny jak rok temu. Rezygnuję w klasyków w Belgii, a w zamian pojadę w wyścigu Dookoła Kraju Basków, co będzie dobrym przygotowaniem do ardeńskich klasyków. Później Dauphine, mistrzostwa Polski, Tour de France i nasz tour. Wyścig zaczyna się w Gdańsku, jeden z etapów zaplanowano w Toruniu. Łącznie są chyba trzy płaskie odcinki, więc powinno się udać. Zeszłoroczny wyścig okazał się wymagający i zaraz po Tour de France od razu dwa królewskie etapy we Włoszech to było za dużo. Teraz, mimo zmęczenia, przez dwa czy trzy odcinki można wejść w rytm. Podoba mi się trasa. Nie wiem jak się będę czuł po Wielkie Pętli, ale może odpocznę kilka dni i spokojnie go zacznę? Zobaczymy, jak to się poukłada, ale z reguły Tour de Pologne rozstrzygał się na jednym czy dwóch odcinkach.

Po sobotnim zwycięstwie napisałem, że jest pan jak dobra obligacja dla polskiego kolarstwa. Prezes PZKol Wacław Skarul szybko przyznał mi rację. Ktoś taki jak pan jest potrzebny dyscyplinie.

Michał Kwiatkowski: Pamiętam jedno – trzeba być cierpliwym. W kolarstwie, ale i jeśli ktoś chce zarobić na obligacjach. Jeśli ktoś wierzy w sukces mój i całego polskiego kolarstwa, musi poczekać. To nie jest szybka akcja, a złożony proces. Jeżdżę na rowerze od dziesiątego roku życia i wiele poświęciłem, żeby być najlepszym jak się da. To musi trwać.

 

Szansa na pas uciek(ł)a Kołodziejowi. Znowu…

Nie odbędzie się zaplanowana na 29 marca w Berlinie walka Pawła Kołodzieja z Yoanem Pablo Hernandezem o pas mistrza świata federacji IBF wagi junior ciężkiej. Kubańczyk jest chory. Nie wiadomo czy pojawi się nowy termin.

Historia walki Polaka z Kubańczykiem ciągnie się już długo. Za długo. Pierwszy termin – 8 marca nie doszedł do skutku z powodu choroby rywala. Drugi – 29 marca – podobnie. I nie wiadomo czy pojawi się kolejny. – Takie rzeczy się zdarzają, choć to szalenie frustrujące – mówi promotor Kołodzieja Andrzej Wasilewski. Dodaje zaraz, że faktycznie nie ma żadnych informacji na temat tego czy walka może się odbyć w jeszcze innym terminie. – Dzień, może dwa i powinniśmy mieć już jakąś wiedzę – mówi Wasilewski.

Niemcy jednak nie rezygnują z gali i ogłosili, że w Berlinie wystąpi inny mistrz kategorii junior ciężkiej, tyle że federacji WBO, Marco Huck. Ten, podobnie jak Hernandez, jest zawodnikiem grupy Sauerland, więc promotorzy Polaka wyszli z ofertą walki, ale Niemcy ją definitywnie odrzucili.

Huck wrócił z wakacji w Dubaju, nie trenował, nie jest w formie, więc i rywal będzie odpowiednio dobrany. Sauerland walczy o kolejny kontrakt z niemiecką telewizją, a Huck był potrzebny, bo ludzie lubią go oglądać. Przeciwnik nie jest aż tak ważny. Zresztą, trafnie ujął to na twitterze komentator Polsatu Mateusz Borek: „(…) Huck obije średniaka, ludzie będą klaskali”.

Pytanie co dalej z Kołodziejem? Oczywiście, obecna sytuacja to nie jego wina, jego promotorów też nie. Zwykły pech (czytaj: choroba Kubańczyka) czy decydowały jeszcze inne czynniki? Nie wiem. Ale Paweł nie jest już młody, żeby dalej długo czekać. Zresztą, czeka na szansę od lat i dla wielu to wręcz jego znak rozpoznawczy. Jeśli więc nie pojawi się nowy termin spotkania z Hernandezem, prawdopodobnie znowu będzie próbował uzyskać prawo do pojedynku o numer jeden w federacji IBF (zgodę musi na to wydać federacja). Wtedy zmierzyłby się z Olą Afolabim o prawo do walki z… Hernandezem. Tyle tylko, że już nie jako rywal w tak zwanej dobrowolnej obronie, a obowiązkowy pretendent. Szkoda tylko, że to wszystko tyle trwa, a Kołodziej, który we wrześniu skończy 34 lata, ciągle czeka. Stoczył 33 walki, wszystkie wygrał i w sumie nigdy nie był poważnie sprawdzony. Faworytem starcia z Hernandezem oczywiście nie był, ale przynajmniej on sam i kibice dostaliby jakąś odpowiedź. Ja w każdym razie chciałbym jakiejś poważnej weryfikacji możliwości „Harnasia”. A tak? Był blisko walki mistrzowskiej – słyszeliśmy to mnóstwo razy. I mnóstwo razy te szanse uciekały. Ta też ucieka. A w każdym razie znowu się oddala.

Kamil Stoch: potrzebowałem tego zwycięstwa

Niżej możecie przeczytać moją rozmowę z Kamilem Stochem z dzisiejszego Przeglądu Sportowego.

Kamil Stoch znowu jest wielki. W niedzielnym konkursie w Lahti polski skoczek spisał się znakomicie. Wygrał zawody w świetnym stylu i znowu jest liderem klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Nam opowiada o tym, dlaczego ta wygrana była mu tak bardzo potrzebna, czego spodziewa się po kolejnych konkursach, formie Petera Prevca i Severina Freunda oraz „porachunkach” z rekordem Masahiko Harady.

Pana niedzielne zwycięstwo w Lahti było niesamowite. Przed drugim skokiem pomyślał pan, że trzeba iść na całość? Pyta, bo wystrzelił pan na progu jak z armaty.

KAMIL STOCH: Dziękuję! Nie poszedłem va banque, ale nie kalkulowałem. Robiłem to, co potrafię najlepiej i skoczyłem. Chciałem, żeby był jak najlepszy, jak najdłuższy i tylko to się dla mnie liczyło.

Gdyby nie robiło się płasko i niebezpiecznie, pewnie wylądowałby pan jeszcze dalej. Pytam, bo wyglądało na to, że trochę wymusił pan lądowanie.

Trochę tak… Odpuszczałem, bo robiło się trochę daleko (śmiech).

Zaraz po lądowaniu złapał się pan za kolano i nie wyglądało to dobrze.

Poczułem lekkie ukłucie, bo spadałem z wysoka i mnie docisnęło do ziemi. Na szczęście nic groźnego się nie stało. Fałszywy alarm.

W Falun za kolano łapał się Noriaki Kasai, ale trudno was porównywać, bo Japończyk to już sportowy staruszek.

(śmiech) Jestem zdania, że do kolejnych igrzysk spokojnie poskacze. A co do mnie, naprawdę wszystko w porządku.

I znowu ma pan koszulkę lidera klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Pan pewnie nie będzie chciał się bawić w prognozy, ale wygląda na to, że tak skaczącego Stocha chyba nikt nie pokona w walce o Kryształową Kulę.

Powiem tak: czuję się bardzo dobrze, jestem w wysokiej formie. Potrzebowałem takich skoków jak w niedzielę w Lahti, bo zwiększyły moją pewność siebie i dały mi sił. Nie będę tego ukrywał. Zdaję sobie jednak sprawę, że Peter Prevc i Severin Freund również są mocni. Obaj znają się na swojej pracy wyśmienicie. Postanowiłem, że nie będę się tym zajmował, tylko skupiał na sobie. Nie ma sensu patrzeć na innych.

Kiedyś już o tym rozmawialiśmy, ale po takich skokach jak w Lahti nie sposób nie wrócić do not sędziowskich. Nie jest pan zdziwiony po perfekcyjnym skoku, że sędziowie nie dają panu najwyższych not?

W Lahti w ogóle na noty nie patrzyłem. O noty jednak trzeba pytać sędziów, o to, jakimi kierują się kryteriami. Wydaje mi się, że kilku chłopaków skacze daleko, nie ma za co odejmować punktów, a jury dopatruje się błędów. Widać każdy ma swój wzór skoku.

Przed panem konkursy w Kuopio i Trondheim. Miłe miejsca, bo rok temu pan tam wygrywał.

Lubię te miejsca. Wiem, że wielu Kuopio nie lubi, ale ja jestem w innej grupie. To bywa specyficzne miejsce, ze swoimi urokami, czyli zmiennymi warunkami, ale jestem optymistą. Fajnie mi się tu skacze i czekam na zawody.

Ma pan tam do wyrównania rachunki z rekordem Masahiko Harady z 1998 roku. Rok temu lądował pan tam na 135 metrze, pół metra bliżej od Japończyka.

Nie, nie. Tam, gdzie on lądował to już naprawdę bardzo daleko. Nic na siłę, na pewno nie będę o tym myślał. Znowu się powtórzę – zrobię swoje, choć przy odrobinie szczęścia rekordy czasem padają.

Trener kadry, Łukasz Kruczek mówił mi w niedzielę, że powiedział mu pan o „drugim oddechu”. Reszcie kadry też by się przydał.

Każdy musi znaleźć sobie swój system, zajrzeć w głąb siebie. Potrzebowałem takiego konkursu jak w niedzielę, bo w Falun i podczas dwóch pierwszych zawodów w Lahti trochę się męczyłem, czułem, że brakuje pary. Powtarzałem sobie jednak, że znowu będzie dobrze, że to tylko chwilowe i wszystko wróci.

A co z resztą drużyny? Bo wszystko trochę „siadło”.

Atmosfera jest dobra, ale zawsze są wzloty i upadki. Nie zawsze będzie dobrze i trzeba się z tym liczyć. Wszystko zależy od tego czy się temu poddasz czy walczysz, żeby znowu było dobrze. W naszej ekipie nikt się nie poddaje, nie ma takiej opcji. Każdy chce, każdy się stara i każdy ma motywację. Czasami „chcieć”, nie znaczy „móc”, ale wierzę, że będzie dobrze.

A panu łatwo skupić się tylko na skokach? Pytam, bo ostatnio próbowano pana wciągać w sprawy polityczne.

Moją odpowiedź była na facebooku. To najlepsze co mogłem zrobić. Mieszanie sportu z polityką i odwrotnie to najgorsze, co można zrobić. Nie powinno się zabijać najważniejszych wartości w sporcie, czyli chęci rozwijania się, sięgania do granic swoich możliwości i zabawy. Nie chcę nic więcej mówić, bo znowu ktoś powie, że komentuję.