Jones to sportowy przestępca!

Miała być piękna walka, rewanż na który czekało wielu kibiców. Denis Lebiediew kontra Guillermo Jones w Moskwie. Ich pierwsze starcie było brutalne, bardzo brutalne. Nie wkleję fotek, bo nie wiem czy powinni je wszyscy oglądać. Lebiediew z kompletnie zmasakrowaną twarzą wygrywał na punkty, ale ostatecznie przegrał w jedenastej rundzie. Niedługo później federacja WBA zabrała Jonesowi pas mistrza wagi junior ciężkiej, bo w jego oragnizmie wykryto zabroniony środek, furosemid. Zarządzono rewanż, powinien się odbyć w piątkowy wieczór. Nic z tego. Deja vu po panamsku, czyli furosemid w organizmie Jonesa.

Jones powinien być dożywotnio zdyskwalifikowany. I kompletnie nieważne w tym momencie czy używał go do zbijania wagi czy płukania jakichś innych środków. Jones to oszust.

Swoją drogą, kiepski oszust. Dać się złapać na czymś takim, przy kontrolach, które w boksie (podobnie jak na przykład w mma) są raczej śmieszne? Amatorka. W sporcie, w którym nikt nie myśli nawet o wprowadzeniu programu ADAMS, gdzie bada się (jeśli już) tylko próbki moczu i to tuż przed czy zaraz po walce? Bądźmy poważni…

– Trzeba zaczekać na próbkę B, ale ta rzadko coś zmienia. Decyzja o odwołaniu walki była całkiem prawidłowa. Został złapany, więc nie ma o czym mówić. To sportowy przestępca. Uważam, że powinien dostać dożywotnią dyskwalifikację – mówi wprost trener w grupie KnockOut Promotions, Fiodor Łapin. Szkoleniowiec między innymi Krzysztofa Włodarczyka dodaje: – Taka sytuacja tylko potwierdza, że powinny być wprowadzone testy olimpijskie. Chodzi o to, żeby wyłapywać oszustów miesiąc czy dwa przed walką. Gdyby w mojej grupie wydarzyła się taka sytuacja któremuś z zawodników to byłby jego koniec. I każdy z zawodników o tym wie. Zasady są jasne i pod tym względem na pewno się nie zmienię. Nie znoszę koksiarzy! – mówi trener Łapin.

Kwiatkowski jedzie po podium

Alejandro Valverde, Philippe Gilbert i Michał Kwiatkowski – oto krótka lista głownych kandydatów do zwycięstwa w niedzielnym Amstel Gold Race. Oczywiście to nie koniec – nazwisk wartych pamiętania jest znacznie więcej.

Kiedy Państwo będą odpoczywali po świątecznym śniadaniu, 192 kolarzy ruszy na liczącą ponad 251 kilometrów trasę jednego z najsłynniejszych wyścigów klasycznych świata. W peletonie warto wypatrywać Michała Kwiatkowskiego i Michała Gołasia w koszulkach Omega Pharma-QuickStep oraz jeżdżącej w pomarańczowych strojach ekipy CCC Polsat Polkowice, czyli siedmiu Polaków, którzy zrobią wszystko, żeby ich lider, włoski weteran Davide Rebellin mógł się przypomnieć wielkim kolarskiego świata.
Patrząc na przekrój trasy Amstel Gold Race nie jest jakoś szczególnie trudnym wyścigiem, choć trzeba pamiętać, że kiedy dochodzi do ostatecznych rozstrzygnięc kolarze co kilka minut wspinają się na kolejne podjazdy. Krótkie, ale dające w kość. Do tego cała masa zakrętów, ale jak może być inaczej, skoro organizatorzy zdołali zmieścić tak długą trasę między miejscami oddalonymi od siebie o około… trzynaście kilometrów. A wszystko na wąskich uliczkach Limburgii.
To tam być może doczekamy się kolejnych pięknych chwil dla polskiego kolarstwa. Mowa oczywiście o szansach Michała Kwiatkowskiego. Rok temu młody Polak był tam czwarty. Teraz, zdaniem bukmacherów, którzy trzeźwo oceniają szanse, „Kwiatek” jest jednym z głównych kandydatów do zwycięstwa. Za postawioną złotówkę można dostać siedem w przypadku triumfu Polaka (taki sam jest kurs na Philippe Gilberta). Wyżej (pięć złotych za złotówkę) „wyceniają” tylko Alejandro Valverde. Ubiegłoroczny triumfator, Roman Kreuziger dałby zarobić aż 21 złotych za złotówkę, gdyby powtórzył sukces.
Wysokie notowania Polaka nikog w świecie nie dziwią. Kwiatkowski w tym sezonie jeździ świetnie. Właściwie miał tylko jeden słabszy dzień, podczas Tirreno-Adriatico. Błyszczał w Portugalii, wygrywał we Włoszech, świetnie spisał się w Kraju Basków. Podczas tej ostatniej imprezy, którą skończył zresztą na drugim miejscu tylko za słynnym Alberto Contadorem, przede wszystkim trenował, właśnie z myślą o trzech klasykach, które przed nim, a więc niedzielnym Amstel Gold Race oraz Strzale Walońskiej oraz Liege-Bastogne-Liege. – Rok temu dobrze wypadłem w Amstel i Strzale, w „Staruszce” (Liege-Bastogne-Liege – red.) byłem już zmęczony i nie byłem w stanie włączyć się do rywalizacji o wysokie lokaty – mówi Kwiatkowski przed niedzielnym startem. W tym sezonie przygotowywał się nieco inaczej niż dwanaście miesięcy temu. Wtedy wybrał starty we Flandrii. – Nie byłem pewny formy. Teraz skreśliłem z programu bruk i myślę, że to byla dobra decyzja. Kocham Flandrię, ale myślę, że moi koledzy mnie nie potrzebowali – opowiadał Polak, dla którego wiosenne klasyki, obok Tour de France, są głównymi punktami sezonu. W „Wielkiej Pętli” był rok temu jedenasty, teraz celuje wyżej. – Nie wiem, jak daleko mogę zajść, ale wiem, że chcę być najlepszy. Ciężko na to pracuję. W sezonie 2013 Tour zakończyłem na 11. miejscu. Wracam, by powalczyć o generalkę. Jak będzie, nie wiadomo, to dopiero moja druga „Wielka Pętla”. Wiele się nauczyłem rok temu. W tym roku będę chciał znaleźć się z przodu na wszystkich kluczowych etapach. I do tego pomóc Markowi Cavendishowi w sprincie – mówił. To jednak jeszcze dość odległa przyszłość. Na razie najważńiejsze są trzy imprezy, które przed nim. Pierwsza już w niedzielę. Po ponad pięciu godzinach ścigania wszystko będzie jasne.

Michael Phelps, człowiek z Marsa płynie dalej

Michael Phelps wraca! – donoszą od poniedziałku wszystkie media. Nic dziwnego, dla wielu jest sportowcem wszech czasów. Nie mam pojęcia dokąd go ten powrót zaprowadzi, ale cieszę się, że Phelps znowu pływa.

Kilka szkółek pływackich, fundacja, gra w golfa i pokera to widać za mało, żeby wykorzystać całą energię Phelpsa. I widać sam zdał sobie z tego sprawę, więc wraca. Pływak, który już jako nastolatek bił wszelkie rekordy znowu szuka adrenaliny związanej z rywalizacją sportową. I szuka jej znowu na basenie? Był olimpijczykiem już w 2000 roku w Sydney jako 15-latek. Miał 15 lat i dziewięć miesięcy, gdy po pobił rekord świata na 200 metrów delfinem. Był i jest ikoną, herosem, choć na wizerunku Michaela Freda Phelpsa też są rysy. W 2004 roku zatrzymano go za jazdę pod wpływem alkoholu. W 2009 roku zawieszono na trzy miesiące za palenie marihuany. „Swoim zachowaniem zawiódł wielu ludzi” – napisała w uzasadnieniu Amerykańska Federacja Pływacka. Wszystko dlatego, że w jednej z gazet ukazało się jego zdjęcie z fajką wodną w ustach. Mówiło się, że stracił na tym miliony. Wielu młodym ludziom w ogóle to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie.

Awantura z fajką miała miejsce już po igrzyskach w Pekinie, miejscu gdzie szaleństwo na punkcie tego osiągnęło gigantyczne rozmiary. Miałem farta, oglądałem to na żywo. Tamte igrzyska były popisem chińskim sportowców, ale ich medalowe zbiory przyćmiło dwóch ludzi. Usain Bolt i Michael Phelps. Tego pierwszego widziałem przy okazji, gdy bił rekord w biegu na sto metrów. Przy okazji, bo wracałem akurat z basenu i w wolnej chwili wszedłem na stadion. Phelpsa oglądałem znacznie częściej, bo przy takiej liczbie startów, wskakiwał do wody bez przerwy. I bez przerwy wygrywał. Osiem złotych medali okraszonych siedmioma rekordami świata i jednym olimpijskim. Świat zwariował, ludzie szaleli. Przed słynnym olimpijskim obiektem parkowały limuzyny George’a Busha (dwie identyczne), w środku roiło się od jego ochroniarzy, a kiedy obserwowałem z ciekawości ich pracę, wlazłem w jakiegoś gościa. Burknąłem „sorry”, podnoszę głowę, a na akredytacji widzę dość znane imię i nazwisko: „Bill Gates”. Miałem zapytać o zawieszającego się windowsa, ale odpuściłem ;)

Zmierzam do tego, że Phelps stał się najważniejszą postacią tamtych igrzysk. Przyciągał jak magnes, bo robił rzeczy, które wymykały się ludziom z najbardziej wybujałą wyobraźnią. Już cztery lata wcześniej był bliski pobicia rekordu Marka Spitza. Ten zdobył w Monachium w 1972 roku siedem złotych medali i wydawało się to rekordem nie do pobicia. Zresztą, Spitza pytano czy to możliwe, aby wyrównać jego rekord. Odpowiedział, że to byłoby jak „drugi człowiek na Księżycu”. A osiem medali? – nie dawali za wygraną dziennikarze? – To jak pierwszy człowiek na Marsie – odpowiedział. Phelps w Pekinie właśnie tam lądował. Miał 23 lata i zdobył absolutnie wszystko, właściwie nie miał się z kim ścigać, bo przerastał resztę sportowców o klasę. Pływał jednak dalej, w Londynie znowu wystartował. Do sześciu złotych i dwóch brązowych medali z Aten oraz ośmiu z Pekinu dołożył kolejne cztery złota i dwa srebra. Razem – 22 miejsca na podium, 18 na najwyższym stopniu. 26 razy był mistrzem świata na 50-metrowym basenie (raz na krótkim), wielokrotnie bił rekordy świata.

Zdaniem wielu ludzi świata sportu nikt go nie pobije, choć ja nie byłbym taki pewny, choć też trudno mi sobie wyobrazić kogoś skuteczniejszego. Zresztą, może to nie koniec? Może w Rio de Janeiro znowu zaskoczy? Co prawda w Londynie powiedział „dość”, tłumaczył, że po trzydziestce nie ma sensu dalej pływać, a decyzję o końcu kariery podjął z pełną świadomością i przygotowywał się do niej przez długi czas, ale widać się rozmyślił.

Fenomen naszych czasów, chłopak, który jako 7-latek przyszedł na basen po tym, jak zdiagnozowano u niego ADHD. Podobno bał się zanurzyć pod wodę, więc zaczynał od pływania grzbietem. Przez lata gość z odstającymi uszami wyrósł na człowieka stworzonego do pływania. Ma 193 cm wzrostu i dwa metry rozpiętości ramion, stopę w rozmiarze 48 i wielkie dłonie. Obliczono, że długość jego nóg odpowiada osobie o wzroście 183 cm, a tors jak u człowieka mierzącego 205 cm. To daje mu lepszą „pływalność”. Do tego dochodzi serce pompujące 30 litrów na minutę, kiedy u „Kowalskiego” to o połowę mniej i ogromne płuca. Przy tym wszystkim potrafi się błyskawicznie regenerować. Teraz, po przerwie znowu wskakuje do wody i znowu chce czarować. Trener Bob Bowman, który prowadzi go niemal od samego początku, na pewno ma już dokładnie rozpisany plan. Nie wiem czy Phelps jeszcze da radę, czy jeszcze będzie najlepszy, ale fajnie będzie znowu obejrzeć zawody z jego udziałem. Pewnie, że powroty nie są łatwe. Pewnie, że wielu myśli teraz, że decyduje się na nierozważny krok, bo odszedł jako wielki wygrany, ale to jego decyzje i ma do niej prawo. Ma prawo znowu zamęczać się katorżniczym i nudnym do bólu treningiem, żeby znowu próbować być szybkim. Tego, co już zdobył nikt mu nie odbierze. – Chciałbym zdobyć olimpijskie złoto, bo niewielu ludzi na świecie może o sobie powiedzieć: jestem mistrzem olimpijskim – powiedział w jednym z wywiadów na początku kariery. Dzisiaj jest 18-krotnym mistrzem i nikt inny na świecie nie może tak o sobie powiedzieć.

Blog (trochę) polityczny

Na początek – raczej nie ufam politykom i (z kilkoma wyjątkami) za bardzo ich nie cenię. Najczęściej mam wrażenie, że zajmują się gadaniem głupot i są oderwani od rzeczywistości. Z drugiej strony, śmieszy mnie „hejt” na sportowców, którzy chcą iść tą drogą. A czym się różnią od tych, którzy już tam są, nikt ich nie zna i nigdy o nich nie słyszał?

Słucham jak jakaś niby zabawna pani w telewizorze rzuca sucharem o tym, jak to wyglądałaby debata o gazie łupkowym w Polsce między Otylią Jędrzejczak, a Tomaszem Adamkiem, bo o tej dwójce w tym kontekście ostatnio głośno. Nie wiem co w tym śmiesznego, bo nie wiem dlaczego niby ta dwójka miałaby się tym zajmować? Zgłaszali takie ambicje? Pozostali posłowie, ci bez wielkiej sportowej przeszłości to sami eksperci? I czy ktoś uważa, że akurat ta dwójka ma nimi być w takich sprawach?

Czy sportowcy z racji tego, że są (byli) sportowcami to głupole? Znam ich bardzo wielu, kilku bardzo dobrze także prywatnie i nie zgadzam się z taką opinią. Pewnie, są mądrzejsi i… mniej mądrzy, ale w większości przypadków to inteligentni ludzie. Najczęściej czytam, że idą „w politykę” dla kasy. Możliwe, że często tak jest, ale czym się różnią od innych? Ze „ogrzewają” wizerunek partii? Cóż, czytając komentarze – niekoniecznie. Zresztą, co tu „ogrzewać”?

Poza tym, dlaczego może startować pan Kazio, który dotąd był piekarzem, kierowcą, właścicielem hotelu czy nauczycielem, a nie może sportowiec? Chcą iść do polityki – ich wybór, ich ryzyko. Niektórym to raczej zaszkodzi, innym mniej. Nie mogę pojąć dlaczego start w wyborach sportowca budzi pobłażliwe uśmiechy, a całej masy innych kandydatów, którzy później używają do swojej roboty tylko kciuków do wciskania guzika podczas głosowań pod dyktando szefa już mało kogo grzeje.

Dzisiaj najgłośniej jest o Otylii Jędrzejczak i Tomaszu Adamku. Rozmowę z Oti opublikowałem ostatnio w „Przeglądzie Sportowym”. Było o kandydowaniu, ale też o karierze, a nawet trochę o prywatnych sprawach. I później czytam pytania: „dlaczego wywiad jest w dziale pływanie?”. A w jakim miał być? To mistrzyni olimpijska i zawsze nią będzie. W pływaniu, gdyby ktoś zapomniał. Jeśli będą kolejne rozmowy z Oti w „Przeglądzie Sportowym” to też znajdą się w tym dziale. Inna sprawa, że nie każdy umie czytać ze zrozumieniem. W końcówce rozmowy Oti mówiła o książce, którą chciałaby kiedyś napisać, np. gdy będzie w ciąży. Znalazło się medium (szkoda wymieniać tytuł), które przerobiło to na hasło „Jędrzejczak chce się dorobić na śmierci brata”. Zwykli durnie czy złośliwi durnie?

Z Adamkiem i rozmowami z nim będzie podobnie (z tą różnicą, że znajdziecie je w dziale „boks”, bo akurat w PS wątek sportowy będzie się pojawiał zawsze). Z Adamkiem nawet dość długo rozmawiałem zanim ogłosił chęć kandydowania publicznie. Wtedy nie był jeszcze taki pewny startu. Bo rodzina w USA, córki dorastają, a (ewentualna) praca w Europie i tak dalej. Kolejne argumenty „na nie” można mnożyć, sam to robiłem. Taki krok to zawsze ryzyko „zepsucia” sobie nazwiska. Ale niech robi co chce, dorosły jest.

Koniec końców zmierzam do tego, że sportowcy-kandydaci podjęli swoje decyzje. A mnie się nie podoba krytyka z zasady. Gdyby chodziło o poglądy (a później działania) to rozumiem, normalna sprawa. W końcu startują z list konkretnych partii. Nie chcę ich wymieniać, bo to w tym tekście nieistotne. Dobrze, że z różnych, więc nikt mnie nie posądzi chyba o żadną kampanię :) Chodzi tylko o zasadę.

A przecież decyzje przy urnach podejmuje my (inna sprawa to ordynacja wyborcza itd itp), a druga – nawet jeśli ktoś tych kandydatów wybierze, wcześniej czy później (raczej wcześniej) okaże się czy są coś warci w nowej roli czy tylko stracili to, na co pracowali lata jako sportowcy – szacunek wielu ludzi.