Koncertowo spieprzona akcja

„Dobrze się stało, nie stać nas na igrzyska” – krzyczą jedni. „Kraków stracił wielką szansę” – słychać z drugiej strony (w wersji ogólnonarodowej jest o szansie, którą stracił cały kraj). Chodzi oczywiście o wynik referendum w Krakowie i, co za tym idzie, rezygnacji ze starań o organizację igrzysk olimpijskich w 2022 roku. Słucham chętnie obu stron, bo temat ciekawy, ale pewnie przesadzają jedni i drudzy. I już się nie dowiemy czy nas stać, czy to była szansa. Pewne jest jedno – cała akcja pod tytułem „Kraków 2022” została koncertowo spieprzona, a referendum i jego wyniki tylko to potwierdziły. Ludzie nie dostali jasnych informacji co, jak, gdzie i za ile. Za to w „bonusie” były aferki, od tej z ceną logo, po inne wizerunkowe wpadki.
Żeby było zabawniej, całe to referendum wpisuje się w ciąg nieudolnych i niejasnych działań. Nie łatwiej było zapytać ludzi co o tym myślą, zanim wyda się kasę liczoną w milionach? A jeśli już pytają, to dlaczego tylko w Krakowie? Tam się chwalą, że ich koszty to tylko 4,5 % całości. Reszta wiadomo – m.in. ja, pan, pani… I już słyszę argument, że o Euro2012 nikt ludzi nie pytał. Więc żebyśmy mieli jasność – to też uważam za błąd.
Wracając do Krakowa i wyniku – nikt mnie nie pytał o zdanie, ale swoje mam. Myślę, że to mógł być fajny projekt i że warto mieć marzenia, ale pod jednym warunkiem – że przy ich realizacji wszyscy stoją twardo na ziemi, działają, a nie politykują. Tymczasem po akcji „Kraków 2022” większość zapamięta zdjęcie promocyjne Krakowa, który niby leży w górach (?!) i nieistotną w sumie dla całości brawurową akcję medialną męża pewnej posłanki. Trochę szkoda…

Sylwester Szmyd: nie jestem wypalony

Niżej rozmowa z Sylwestrem Szmydem z dzisiejszego Przeglądu Sportowego.

Jedenaście razy startował w Giro d’Italia, siedem w Vuelta a Espana i cztery – w Tour de France. W tym sezonie najprawdopodobniej nie zaliczy żadnego wielkiego touru. Odejdzie też z hiszpańskiej grupy Movistar. 36-letni Sylwester Szmyd, jeden z najlepszych polskich kolarzy ostatnich kilkunastu lat, który jeszcze niedawno znajdował się wśród najlepszych pomocników świata, teraz znalazł się na zakręcie kariery. Kariery, która powoli zbliża się do końca.

KAMIL WOLNICKI: Nie wystartuje pan w Giro d’Italia. Jest pan rozczarowany?

SYLWESTER SZMYD: Tak i nie. Jest inaczej niż rok temu, kiedy nie pojechałem na Tour de France. Wtedy byłem bardziej rozczarowany, jeśli można to tak stopniować. Teraz wiedziałem, że muszę się z tym liczyć. Przejrzałem już kalendarz, patrzyłem na kolejne wyścigi. Szkoda mi tylko pracy, którą wykonałem, bo nie przekonam się, co by z tego było.

Czuje się pan już kolarzem wypalonym?

Takie myśli chodzą po głowie. Ubiegły rok był bardzo trudny. Niby było wszystko w porządku, a podczas wyścigów odpadałem pod górę, gdy jechało jeszcze 120 ludzi. Mając 36 lat, po 14 latach zawodowstwa zaczynasz sobie zadawać pytanie, czy organizm nie ma dość? Ale wypalony nie jestem, chciałbym się dalej ścigać, stawiam sobie cele na kolejne wyścigi. W tym sezonie nie będę miał już lidera, bo jeden mnie nie chce, drugi też mnie nie widzi obok siebie. Jeśli na koniec sezonu uznam, że nadal idzie trudno, że w górach nie daję rady i nie znajdę drużyny, kończę się ścigać. Na kolarstwie świat się nie kończy. Myślałem, że do 38. roku życia będę jeździł i sam zdecyduję, kiedy przyjdzie koniec, a nie zrobi tego za mnie mój organizm. Poczekajmy jednak do października. Przecież w tym sezonie ścigałem się 15 razy. Dopiero 15 razy!

Sam pan wie, że takie pytania mają prawo się pojawiać.

Pewnie, że tak. Sam jednak nie chcę sobie takich pytań zadawać, bo to tylko dołuje. A chciałbym coś w tym roku osiągnąć.

Mówi pan, że jeden lider, czyli Alejandro Valverde pana nie chce, drugi – Nairo Quintana nie widzi pana obok siebie. Z czego to wynika? Wydawało się, że do Valverde będzie pan pasował.

Wydawało się… A dlaczego nie wyszło, to nie wiem, nie umiem odpowiedzieć. Wielu się ze mnie śmieje, że chciałem całe życie być w tej grupie. Kiedyś to było Banesto, później Caisse d’Epargne, teraz Movistar. Jestem tu, ale się nie układa. Może drużyna miała wobec mnie inne oczekiwania? Ja od nich pewnie też. Nie zgraliśmy się. Chyba na początku znalazłem się trochę na boku i później trudno było się odnaleźć.

Wspomnienia z Movistaru będą kiepskie. Ostatnie dobre wyścigi miał pan w barwach Liquigasie.

Nie będę wspominał tego jako dwóch lat świetnej przygody. Z poprzednich ekip pamiętam wielkie toury, zwycięstwa z ekipą, porażki, różne momenty. A tutaj… W trakcie Tirreno-Adriatico mój szef mówił mojemu menedżerowi, że nie zintegrowałem się z grupą. A on odpowiedział, że jakoś przez całe życie jeździłem w wielu ekipach i nigdy nie było problemów, więc może wina leży nie tylko po stronie Szmyda? Cóż, nie posklejało się i tyle. To też kwestia prezentowanego poziomu, nie ma co ukrywać. Poprzedni sezon był dla mnie trudny i w sumie nie wiem dlaczego. W 2012 roku nie musiałem robić wiele, żeby zapierdzielać. Rok temu pracowałem bardzo dużo, byłem skoncentrowany, marzyłem o pierwszym Tour de France nie poprzedzonym startem w Giro d’Italia, a nic nie wyszło. I tak cały sezon. Ale to sport zawodowy. Jesteś, gdzie powinieneś być albo nie i dziękujemy. Rozumiem to, nie mam do nikogo żalu. To, co osiągnąłem wcześniej, chwile, kiedy chciało mnie kilka drużyn i wielkich liderów, osiągnąłem dzięki temu, co wypracowałem kręcąc na rowerze. Teraz jestem na boku, też dzięki temu, jak kręcę. Nie chcę więc, żeby zabrzmiało tak, że mam do kogoś pretensję. Nie mam, tak wyszło.

A do siebie ma pan żal?

Nie, w żadnym wypadku. Jakaś sugestia, o co mógłbym mieć?

Zastanawiam się, czy teraz myśli pan sobie, że mógł coś zrobić inaczej.

Nie, nie. Zwracam jeszcze większą uwagę na każdy szczegół, bo tego wymaga wiek. Mogę gdybać, co by było, mogłem podpisać kontrakt za takie same pieniądze w dwóch innych ekipach, ale po co o tym mówić? Zawsze chciałem być tutaj, gdzie jestem. Już jako amator marzyłem o Banesto. Może dzięki „Rybie” (Dariuszowi Baranowskiemu – red.), który wtedy tam zasuwał?

Stąd wniosek, że pana miejsce to Włochy.

Może. Teraz mi nie idzie. Liczyłem, że na trasie Giro del Trentino będę w pierwszej dziesiątce, a tu nic z tego. Szukam powodów, robię wszystko najlepiej, jak potrafię. Może to się dzieje w głowie? Rozmawiałem o giro z menedżerem, aż wreszcie powiedziałem: „Basta! Przestańmy o tym mówić, zamknijmy tę sprawę”. Ostatni miesiąc miałem wyjęty z życia, ciągłe myślenie o tym, czy jestem ostatnim, który jedzie, czy pierwszym, dla którego nie ma miejsca. Motywację mam, chcę jeszcze pokazać, że mogę, że potrafię, że jestem silny. A później zobaczymy, jeśli nie znajdę kontraktu… Ale wierzę, że prezentuję jeszcze dobry poziom, że ktoś mi zaufa. Nie chcę kończyć się ścigać, będąc niezadowolonym.

Brałby pan pod uwagę jazdę w polskiej drużynie?

Słyszałem, że CCC Polsat
Polkowice może w przyszłym roku startować w Giro d’Italia. A tak serio – nie zastanawiałem się nad tym. Nigdy nie myślałem o tym, żeby wrócić do Polski jako czynny kolarz. Chciałbym pojechać wielki tour z polskim liderem, obsługą, ale jakoś bardziej widziałem to tak, że trafię do polskiej drużyny, żeby przekazać swoje doświadczenie z tych wszystkich lat, z amatorstwa i zawodowstwa we Włoszech. Taką rolę dla siebie widziałem. A teraz? Nie wiem, nie rozważam podobnych wariantów.

Co będzie w tym roku najważniejszym wyścigiem?

Wszystkie najwyższej kategorii. Wiele ich nie zostało. Tour de Suisse, Dookoła Austrii i Polski. Dwa miesiące i trzy dobre wyścigi z górami. Jeśli podczas tych wyścigów forma wróci, ten poziom, jaki prezentowałem, potwierdziłoby to, że mogę coś jeszcze osiągnąć w towarzystwie najlepszych. Po Tour de Pologne jest Vuelta a Espana, ale tam też mnie raczej nie będą widzieli.

Widzi się pan w jakiejś niewielkiej grupie, jeżdżącej w małych wyścigach?

Nie, nigdy się nie widziałem. Patrzę na Davide Rebellina, który jest moim sąsiadem. W ostatnich latach, zanim trafił do CCC Polsat Polkowice, ścigał się w naprawdę malutkich grupach. Takich bez konkretnego kalendarza startów, marzących o zaproszeniu na jakąś imprezę. Myślałem sobie: „Mamma mia! Gdzie taki gościu w takim miejscu?!”. Nie ma wielu wyścigów klasycznych, których nie wygrywał. Wszędzie Rebellin, a tu jeździ w Afryce.

On chyba potrzebuje pieniędzy, więc się ściga.

Czy ja wiem? Nie sądzę. A wracając do mnie i pytania o polską ekipę – fajnie byłoby z rodakami pojechać wielki tour. Albo pracować na takim wyścigu dla polskiego lidera! Ale wylądować na przykład w ekipie tureckiej? Na pewno nie.

Kiedy przechodził pan do Movistaru z włoskiego Liquigasu, wydawało się, że wszystko wygląda pięknie. Świetny kontrakt i grupa, w której zapowiadało się dużo ścigania. Wszystko kończy się jedną wielką porażką.

Dobrze powiedziane – kończy się. Nie jadąc giro i wiedząc, że tak samo będzie z Tour de France, logiczne, że nie podpiszą ze mną kontraktu. Mówiłem szefowi, że się pewnie rozstaniemy. Dlaczego tak się stało? Nie wiem. Trudno znaleźć powody. Jestem innym zawodnikiem niż oni myśleli, oni inną grupą niż ja sądziłem. Dawniej, w poprzednich ekipach mi ufali, miałem być gotowy na konkretną imprezę. I byłem. A tutaj trzeba było potwierdzać formę bez przerwy, jak w juniorach. Nie wyszło i tyle. Zobaczymy co dalej.

Igrzyska w Krakowie, czyli za, a nawet przeciw

„Bo pokryjemy tylko 4,5 % kosztów” – to jedno z haseł jakimi zachęca Biuro Komitetu Konkursowego Kraków 2022 do głosowania w referendum, w którym krakowianie odpowiedzą na pytanie dotyczące organizacji w tym mieście igrzysk olimpijskich. Najpierw się uśmiechnąłem, później zastanowiłem. I nie rozumiem. Skoro Kraków prawie nie poniesie kosztów to dlaczego tylko mieszkańcy tego miasta będą głosowali w referendum? A ile za to zapłacę ja, pan z Poznania albo pani z Suwałk? A jeśli też zapłacimy to dlaczego nikt nas nie pyta czy chcemy tych igrzysk?

Referendum odbędzie się w dniu wyborów do Parlamentu Europarlamentu, więc dlaczego nie mogą głosować wszyscy? Że rosną koszty? Skoro za logo można było zapłacić rachunek liczony w dziesiątkach tysięcy złotych, a cała „zabawa” idzie w miliardy, to chyba tak wiele nie zmieni, jeśli odpowie każdy. Ale nie, po co, przecież to sprawa Krakowa… Kompletnie bez sensu. Tak samo jak hasła o tym, że igrzyska to „metoda na smog” albo „na korki”. I na co jeszcze? Na większe bajgle też?

Nie chodzi o to, że jestem przeciwny igrzyskom w Polsce. Właściwie nie wiem, gdzie na karcie do głosowania postawiłbym krzyżyk (gdybym mógł głosować oczywiście), choć w tej chwili raczej przy „nie”. Ale jak ma być inaczej, skoro zdaje się nie do końca znana jest lokalizacja wszystkich obiektów? Wiadomo za to, że ludzie w Krakowie nie muszą się martwić, bo słyszą, że w sumie to zapłacą za to jakieś drobne, a dostaną mieszkania, drogi, zabiorą im smog. Bajka, prawda? Tylko czy aby zrobić normalny dojazd do Zakopanego, usunąć z drogi jeden dom, który jakiś durny urzędnik pozwolił tam wybudować potrzeba globalnej imprezy?

Jagna Marczułajtis-Walczak, do niedawna „kierowniczka” projektu, która potknęła się na swoim mężu, mówiła o „rozsądnych kosztach” i dodawała, że „wstępne koszty będziemy znać jesienią przyszłego roku”. Dzisiaj pani poseł w projekcie nie ma, nie wiadomo więc czy deklaracja jest wiążąca. Tak czy inaczej, jesień to i tak już po referendum. A więc głosujmy, później pogadamy. Oczywiście tylko w Krakowie, reszta niech się nie wtrąca. Było też o „kosztach operacyjnych”, czyli słynnych pięciu miliardach złotych. Jakby ktoś nie wiedział – to kasa, która pozwoli przeprowadzić imprezę, gdy wszystko wokół będzie gotowe. A gotowe nie jest. Właściwie poza Wielką Krokwią w Zakopanem nie jest nic.

Żebyśmy się dobrze rozumieli – nie jestem absolutnym przeciwnikiem idei igrzysk. Chciałbym tylko normalności, dyskusji na poziomie, wyjaśnienia wątpliwości. Zamiast tego mamy smród po ostatnich wydarzeniach, furę populizmu i pierdół opowiadanych ludziom oraz referendum, które z logiką ma niewiele wspólnego. Szkoda…