Wielki boks, wielka patologia

Wiecie dlaczego Władymir Kliczko nie może być regularnie badany na obecność dopingu w organizmie? Odpowiedź zna szef niemieckiej federacji boksu, (BDB) Thomas Putz. Wyczytałem to na ringpolska.pl, które z kolei powołuje się sportbox.ru. – Problemem jest to, jak w praktyce przeprowadzić kontrolę. Władimir Kliczko jest gotów w każdej chwili poddać się badaniom, ale on jest obywatelem świata i wciąż jest w ruchu. Ciężko jest przewidzieć, gdzie będzie za kilka miesięcy – powiedział. Myślicie, że jest gość idiotą czy próbuje robić głupków z ludzi? Być może obie odpowiedzi są prawdziwe.

W całej sprawie chodzi o walkę młodszego z braci z Kubratem Pulewem, która odbędzie się 6 września w Niemczech. Podczas konferencji prasowej Bułgar stwierdził, że chciałby aby Ukraińca poddawać takim samym testom, jakim poddaje się on na mocy umowy między jego promotorem, grupą Sauerland Event, a telewizją ARD. Nie chodzi nawet o prawdziwe testy olimpijskie, ale coś zbliżonego. Jak na boks i tak nieźle. Kliczko odparł, że ponieważ walka odbywa się pod auspicjami BDB, podda się tylko standardowej kontroli po walce.

Nie rzucam oskarżeń, nie znam szczegółów, ale przecież to śmieszne. Lubię zawodowy boks, znam wielu świetnych ludzi w tym środowisku, ale taka sytuacja, do tego na samym szczycie to patologia, która budzi obrzydzenie. Kpina z ludzi, kpina z czystego sportu. Bo taki też istnieje, naprawdę. W boksie nikt nawet nie udaje, że próbuje walczyć z dopingiem. Zresztą, w takim mma jest podobnie, ale przykłady można jeszcze mnożyć.

Kliczko mówi o kontroli po walce? Czyli o tej próbce moczu? Nikogo przytomnego w ten sposób nie da się złapać. Ok, pamiętam o przypadku Mariusza Wacha, ale nadal podtrzymuje to, co napisałem chwilę wcześniej – nikogo przytomnego w ten sposób nie da się złapać.

Kliczko w parze z panem prezesem zakpili z kibiców, zakpili też z innych pięściarzy. Skoro taki przykład idzie z góry… A że broni go pan prezes? Złośliwie można spytać czy skoro walka odbywa się pod auspicjami jego federacji, to jakiś tam procencik od milionów wpadnie, prawda? Oczywiście, Kliczko ma po swojej stronie kontrakt. Pulew wiedział co podpisuje, ale co z tego? Nie piszę o przepisach, tylko o problemie.

– Tłumaczenie, że Kliczko jest w rozjazdach jest co najmniej śmieszne. Pół świata sportu jest w rozjazdach. Przyszła pora, żeby w boksie zawodnicy przechodzili badania. Dobrze, że pan dzwoni i interesuje się takim tematem – powiedział mi Fiodor Łapin, trener między innymi Krzysztofa Włodarczyka. On akurat od dawna głośno mówi, że chciałby, aby jego pięściarze przechodzili badania. – Moi i ich rywale. Żeby w każdej chwili mogli przyjeżdżać i robić testy – mówi trener.

Oczywiście wiem, że to kosztowna sprawa, że na poziomie walk na małych galach to niemożliwe. Ale w przypadku Kliczki mówimy o gościu, który kasuje miliony. W wielu dyscyplinach sportowcy używają systemu ADAMS (w boksie prawie nikt o nim nie słyszał). Także ci, którzy są „obywatelami świata”. A Władymir… Podpowiedź dla kontroli na przyszłość: obozy przygotowawcze spędza zawsze w austriackim Going. Piękny hotel, urocze otoczenie. Polecam. Mam tylko jedną prośbę – przestańcie z ludzi robić idiotów!

Froome, czyli operator wiertarki

Niżej znajdziecie kilka fragmentów rozmowy z Sylwestrem Szmydem z Tygodnika Przeglądu Sportowego, który od dzisiaj jest dostępny w kioskach. Całość o Tour de France i Chrisie Froomie oraz Alberto Contadorze, czyli głównych kandydatach do zwycięstwa w „Wielkiej Pętli”. Chociaż, zdaniem polskiego kolarza zwycięzca może być tylko jeden.

 

TYGODNIK PS: Jak porównałby pan Chrisa Froome’a i Alberto Contadora, głównych kandydatów do zwycięstwa w Tour de France?

SYLWESTER SZMYD: Podobni są chyba tylko pod jednym względem: obaj jeżdżą na rowerze. A tak serio – to całkowicie różni ludzie. Wiemy od lat, kim jest Contador, ale nie możemy tak powiedzieć o Froomie. I mówię to bez żadnych dopingowych insynuacji.

Contador zdążył wygrać już wszystko.

Dla wielu Hiszpan jest jednym z najlepszych kolarzy w historii. (…) Contador jest kanibalem, w szczycie formy wygrywał, co chciał i jak chciał. (…) Pamiętam go z 2004 roku. Wtedy podczas wyścigu Vuelta Aragon „cięliśmy się” o koszulkę najlepszego górala. Oczywiście przegrałem (Szmyd skończył tamten wyścig 12. w klasyfikacji generalnej, Contador był o jedną pozycję wyżej, w klasyfikacji najlepszych górali zajęli odpowiednio 2. i 1. miejsce – przyp. red.).

(…) A Froome?

On dopiero pisze swoją historię i to tak, że aż trudno coś sensownego powiedzieć. Widziałem pierwszy i drugi etap tegorocznego Dauphine, które wygrywał. Dokręcał bez przerwy gaz. Bez przerwy! Ludzie, jak on to robił?! (…) Momentami wygląda tak, że i Eddy Merckx mógłby mu nosić torbę. Tak jakby był największym ze wszystkich, którzy kiedykolwiek ścigali się na rowerze. (…) W 2008 roku obaj startowaliśmy po raz pierwszy w Tour de France. Nie wiem, czy powinienem to opowiadać do gazety, bo dzisiaj to przecież wielka gwiazda. Ale dobrze, niech będzie – ochrzciliśmy go wtedy z Marzio Bruseghinem „trapanatore”, czyli „operator wiertarki”. Chodziło o to, że za każdym razem, gdy w płaskim terenie peleton rozpędzał się do 45–47 kilometrów na godzinę, Froome pozostawał jedynym, który nie był w stanie utrzymać koła kolarza przed sobą i zawsze robił dziurę. Nikt nie chciał go mieć przed sobą.

(…)  Ostatnio opowiadał pan ciekawą historię z treningu.

A tak… Jechaliśmy pod górę z nim i Richim Porte, innym kolarzem Sky, drugim zawodnikiem ubiegłorocznego Tour de France. Mocne tempo, Froome pierwszy, my z tyłu, już bardzo zmęczeni, staramy się trzymać tuż za nim. Zostało kilkaset metrów do szczytu, kiedy się do nas odwrócił i krzyknął, że teraz czas na finisz. Ruszył tak szybko, że zgubił nas od razu. Więcej na tym treningu już go nie widziałem (śmiech).

Obaj to numer jeden i dwa, jeśli myślimy o tych, którzy mogą wygrać Tour de France. Za nimi są Alejandro Valverde i Vincenzo Nibali.

Co do Froome’a i Contadora, zgadzam się. Dalej jednak jest przepaść, a po niej numery od trzy do sześć. Walka o trzecie miejsce będzie bardzo ciekawa (…).

Takie błędy to wstyd dla futbolu

Po boisku biegają piłkarze warci kilkaset milionów dolarów, ogląda ich z miliard ludzi, a gdy jeden gość popełnia błąd, którego można bez żadnego problemu uniknąć, słyszę później, że to… część tej gry. Ręce opadają. Piszę oczywiście o piłkarskich mistrzostwach świata i meczu otwarcia Brazylii z Chorwacją. A przede wszystkim, o tej nieszczęsnej sytuacji, po której japoński sędzia podyktował karnego dla gospodarzy. Nie rozumiem tego, nie kupuję takiej piłki, nienawidzę słyszeć, że błędy to część tej gry. Błędy i sporne sytuacje to mogę rozstrzygać z kolegami, gdy kopiemy piłkę dla zabawy i mamy różne zdania na temat jakiejś sytuacji albo chłopaki w okręgówce, gdzie z wiadomych względów nikt nie ustawi dwudziestu kamer. Ale tutaj? Gdy gra toczy się o taką stawkę?!

Nie rozumiem dlaczego FIFA tak się broni przed wprowadzeniem odpowiednich technologii. Czy tenis stracił coś na systemie challange? Czy hokej na lodzie albo inne dyscypliny, gdzie sędzia może posiłkować się zapisem video, straciły cokolwiek na dynamice? Albo spadła ranga sędziego? I czy te sporty oddaliły się przez nowinki od ludzi? Nie sądzę…

Tymczasem w futbolu efekt jest taki, że zamiast dyskutować o meczu otwarcia, który – trzeba przyznać – był naprawdę fajny, wszyscy rozmawiają o panu Japończyku. Chorwaci (słusznie) płaczą, Brazylijczycy – bawią się w dyplomatów. Pan Yuichi Nishimura raczej na urlop po mistrzostwach nie wybierze Splitu. Prędze Copacabanę.

A tak serio – sędzia może się pomylić, pewnie. Bramkarze się mylą, obrońcy, pomocnicy czy napastnicy też i nic w tym dziwnego. Myli się też piekarz, dziennikarz, nauczyciel i każdy inny. Tylko tu można tego uniknąć w prosty sposób. I dlaczego z tego nie skorzystać? O argumentach typu: „bo to duch gry”, „futbol ma dzięki temu ludzką twarz” i tym podobnych nawet nie chce mi się dyskutować. Zresztą, powiedzcie to dzisiaj Chorwatom. Może i przegraliby to spotkanie, oczywiście. Ale też nikt nie przekona mnie, że ta druga bramka nie ustawiła meczu. Wstyd, po prostu wstyd. Błąd widzi miliard ludzi w telewizji, ale nie pan sędzia. Tak naprawdę to nawet zabawne. Albo raczej tragikomiczne.

 

105 milionów dolarów w 72 minuty króla sportowych bogaczy

W ciągu roku spędził w ringu 72 minuty i zarobił za to 105 milionów dolarów. Wyobrażacie sobie?! Licząc po 3 zł za dolara to 315 milionów złotych. Niewyobrażalne, nie do ogarnięcia, ale prawdziwe. Floyd Mayweather junior, król ringu wygrał właśnie kolejny ranking, tym razem opublikowane przez Forbesa zestawienie najbogatszych sportowców. Ogłoszono zresztą całą setkę tych, którym spokojnie wystarcza na bułkę z szynką w każdym miesiącu. Podaną w prywatnym samolocie na złotej zastawie. Najwięcej, bo aż 27 przedstawicieli, ma baseball. Piłkarze daleko w tyle, bo tylko 15. O nich, innych milionerach i paniach, których te miliony najwyraźniej tak bardzo nie kochają później – teraz słowo dla króla.

Kiedyś już na blogu o nim pisałem, utkwił mi w pamięci jeden cytat: – Są gwiazdy, supergwiazdy i supermegagwiazdy. Tom Cruise jest supergwiazdą, a ja fascynuję gwiazdy. Jestem więc supermegagwiazdą – wytłumaczył swój fenomen Floyd po jednym z treningów, który oglądał właśnie Cruise i Paris Hilton. Chłopak z Grand Rapids jest fenomenem, butnym czy jak kto woli niewiarygodnie pewnym siebie sportowcem, który potrafi powiedzieć sam o sobie, że jest najlepszy w historii. Wszędzie publicznie pokazuje się otoczony wianuszkiem przyjaciół, który pewnie liczą na okruchy z bogato zastawionego stołu (kolekcja zegarków Floyda, o której opowiadał dawno temu była warta ponoć 1,5 miliona dolarów), na treningi podjeżdża rolls-roycem, a u bukmachera potrafi postawić na zakład na przykład, bagatela, 3 miliony dolarów. W gotówce, co lubi uwiecznić na selfie. Kto bogatemu zabroni? – Kocham pieniądze, one kochają mnie i nie będę ukrywał, że to co robię, jest na pokaz – to inny cytat z człowieka o pseudonimie, a jakże, „Money”, który te swoje 105 baniek zgarnął tylko dzięki wypłatom za walki. W przeciwieństwie do innych. Drugi Cristiano Ronaldo za grę w Realu Madryt kasuje 52 miliony dolarów, a za działania poza boiskiem wpływa mu jeszcze 28 milionów. Łącznie – 80 milionów, czyli też jakoś się chłopakowi żyje.

O tym, że sport może dawać naprawdę gigantyczne pieniądze przekonuje się też młodzież. Najmłodszy na liście, 22-letni Neymar zgarnia rocznie ponad 33,5 miliona dolarów, co daje mu 16. miejsce. Z kolei najstarszy, golfista Phil Mickelson, który 16 czerwca będzie obchodził 44 lata, w prezencie trafił na wysokie, ósme miejsce z ponad 53 milionami dolarów.

Zastanawia mnie jedno – dlaczego na liście jest tak mało pań? Tylko trzy, i wszystkie to tenisistki. Najwyżej, na 34. miejscu Maria Szarapowa, która choć na korcie zarobiła „tylko” 2,4 miliona to poza nim – 22! Podobnie 41. Chinka Na Li – 5,6 na z rakietą w ręku, 18 – poza nim. I tylko w przypadku Sereny Williams proporcje są normalne, bo Amerykanka skasowała tyle samo w obu miejscach – po 11 milionów. Ubogie krewne bogatych panów? Zależy jak na to spojrzeć, choć fanki równouprawnienia miałyby pewnie dość jasno określone zdanie. Tylko to temat na inną historię…

 

 

Pierwsza dziesiątka rankingu Forbesa:

1. Floyd Mayweather (boks) 105 milionów dol.

2. Cristiano Ronaldo (piłka nożna) 80 milionów dol.

3. LeBron James (koszykówka) 72,3 miliona dol.

4. Lionel Messi (piłka nożna) 64,7 miliona dol.

5. Kobe Bryant (koszykówka) 61,5 miliona dol.

6. Tiger Woods (golf) 61,2 miliona dol.

7. Roger Federer (tenis) 56,2 miliona dol.

8. Phil Mickelson (golf) 53,2 miliona dol.

9. Rafael Nadal (tenis) 44,5 miliona dol.

10. Matt Ryan (futbol amerykański) 43,8 miliona dol.

pełna lista sportowych bogaczy tutaj:


http://www.forbes.com/athletes/list/#tab:overall

 

Różowy świat Nairo

Kolumbijczyk Nairo Quintana, chłopak z Andów, wygrał Giro d’Italia. Najlepszy z Polaków, Rafał Majka, był szósty.

Przyjechał jako główny kandydat do zwycięstwa i nie zawiódł. Nairo
Quintana, Kolumbijczyk z grupy Movistar, wygrał Giro d’Italia z wielką przewagą. Co prawda jeszcze długo będzie rozpamiętywany etap, w trakcie którego (nie)doszło do neutralizacji na zjeździe z Passo dello Stelvio, a Quintana pojechał przed siebie nie zważając na komunikaty, co pozwoliło mu uzyskać przewagę i założyć różową koszulkę lidera, ale jedno jest pewne – był najsilniejszym kolarzem w peletonie. Nie potwierdzi tego w najbliższym Tour de France, bo w tym roku nie wystartuje, ale w przyszłym sezonie znowu ma ruszyć na francuskie szosy.

Staruszek na rowerze
Raz tam był, jako debiutant skończył „Wielką Pętlę” na drugim miejscu, stając się sensacją imprezy. Wszyscy się przekonali, że mamy do czynienia z ponadprzeciętnym talentem. Jako jedyny atakował niewiarygodnie silnego wtedy Chrisa Froome’a. Jeździ bez kompleksów, a gdy tylko teren zaczyna się wznosić, można spodziewać się szarży 24-latka o wyglądzie starca. W jego hiszpańskiej grupie śmieją się, że tata zgłosił go do odpowiedniego urzędu dopiero przy okazji narodzin młodszego rodzeństwa, gdy ten miał już kilka lat. Coś w tym jest, bo Quintana ze smutną, pooraną zmarszczkami twarzą bez wyrazu wygląda naprawdę na znacznie starszego. Przynajmniej na rowerze, bo na co dzień jest ponoć żartownisiem.
Jest jednym z tych, którym kolarstwo pozwoliło wyrwać się z biedy. Jednym z tych, których historia nadaje się na scenariusz filmu, który wyciskałby łzy. Nairo, jeden z 25 (!) rodzeństwa, jako dziecko był 5 dni w śpiączce cierpiąc na rzadką chorobę. Lekarze go przekreślili, wierzyli już tylko rodzice. Wrócił, ale życie nie rozpieszczało rodziny Quintanów. Razem z rodzeństwem imał się wszelkich zajęć, które mogłyby pomóc odciążyć domowy budżet, pracował nawet jako nieletni taksówkarz. Rodziców nie było stać na bilet autobusowy do szkoły, więc kupili mu używany, ciężki rower. Rano było łatwo, bo z górki, ale już powrót drogą o nachyleniu 8 procent bolał, a Nairo opowiada dzisiaj, że za każdym razem wyobrażał sobie wielkie zwycięstwo. – Do szkoły jechałem 16 kilometrów w dół, powrót wymagał jednak tak samo długiej wspinaczki, a że zawsze spieszyło mi się do domu, jechałem jak najszybciej się dało… – opowiadał kiedyś. Dzisiaj mówi, że w wejściu na szczyt pomagały mu: walka z dopingiem, warunki fizyczne i treningi w rodzinnej wiosce Vereda a la Concepcion, która leży na wysokości 2800 metrów nad poziomem morza. Rzadkie powietrze, które na zgrupowaniach wysokogórskim pomaga poprawiać parametry krwi kolarzom z nizin, on wdychał codziennie. Z drugiej strony, jemu też towarzyszą pomówienia o „tradycyjny” doping, choćby ze względu na trudność odpowiedniej kontroli na kolumbijskiej prowincji, a tam właśnie lubi się przygotowywać.
Jako dziecko był sobą, bo nie miał sportowych idoli. Słyszał coś o Indurainie, ale świat zawodowego kolarstwa był mu obcy. Nie znał kolumbijskich legend, a przecież ten kraj słynie z fantastycznych wspinaczy. Kiedy podpisał pierwszy kontrakt, pracował jednocześnie w policji.

Majka wśród najlepszych
Później wszystko nabrało przyspieszenia, a gdy rok temu wygrywał etap Tour de France, z gratulacjami dzwonił prezydent Kolumbii. Teraz zapowiedział świętowanie sukcesu w rodzinnej wiosce kolarza.. – On ma silny charakter, jest inteligentny, doskonale „czyta”, co się wokół dzieje. Kiedy zdobędzie trochę więcej doświadczenia i będzie miał w nogach dwa, trzy wielkie toury więcej, znajdzie się wśród najsilniejszych kolarzy świata – przekonywał niespełna rok temu dyrektor sportowy ekipy Movistar Euzebio Unzue. Po kilku miesiącach Nairo nie tylko jest wśród najlepszych – dzisiaj sam jest najlepszym.
Jednym z tych, którzy mieli powalczyć z fenomenalnym Kolumbijczykiem, był nasz Rafał Majka. Troszkę starszy, ale też młody kolarz Tinkoff-Saxo skończył jednak wyścig na szóstej pozycji, czyli lepszej niż rok temu, gdy był siódmy, choć celował w podium. Jednak jedno jest pewne – Majka jest wśród najlepszych kolarzy młodego pokolenia na świecie i pewnie wcześniej czy później na podium Giro d’Italia albo Vuelta a Espana wjedzie. W tej drugiej imprezie wystartuje w tym roku. I prawdopodobnie spotka tam Nairo.

2
KOLUMBIJCZYKÓW

w historii wygrało wielki tour. Przed Quintaną dokonał tego Luis Herrera, najlepszy kolarz Vuelta a Espana 1987.

1
KOLARZ

w XXI wieku wygrał wielki tour, będąc młodszym od Quintany, który w dniu ostatniego etapu miał 24 lata i 117 dni. Damiano Cunego, triumfator Giro w 2004 roku miał 22 lata i 254 dni.

3
POLAKÓW

w historii ukończyło wielki tour w pierwszej dziesiątce. Przed 6. w tegorocznym Giro (i 7. rok temu) Rafałem Majką dokonał tego w poprzednim Giro Przemysław Niemiec (był 6.) i 3. w Tour de France 1993 Zenon Jaskuła.