Lance Armstrong ciągle czuje się zwycięzcą. Słusznie?

Sprawa (nie)słynnego kolarza z Teksasu znowu wraca. I to za sprawą samego Lance’a Armstronga. Prowadzący program „The Dan Patrick Show” zapytał byłego kolarza, dożywotnio zawieszonego za stosowanie dopingu, czy ciągle wierzy w to, że naprawdę siedem razy wygrał Tour de France (oficjalnie jego nazwisko jest wykreślone z listy triumfatorów). – Wierzę. Nie chcę dyskutować ani walczyć, ale jeśli pytasz mnie w taki sposób, mówię „tak”. Wiem jednak, że wiele osób się z tym nie zgadza i ja to szanuję – powiedział. Padło też pytanie o to czy mógłby wygrywać największy wyścig świata bez dopingu. – Nie w tamtej erze – odpowiedział.

No właśnie, wygrał siedem Tourów czy nie? Jak dla mnie jest zwycięzcą w wyścigach oszustów. Armstrong, który kiedyś był symbolem niezłomnego bohatera dla milionów, dzisiaj jest tylko i wyłącznie symbolem kłamcy i oszusta. Że cała reszta oszustów dzięki temu kryje się gdzieś niezauważana z boku. Tak, też brali koks, ale przecież mamy Lance’a, prawdziwego króla, więc nie zajmujemy się płotkami. Żeby było jasne – nie szukam sprawiedliwości dla niesprawiedliwych i nie użalam się ani nie współczuję Armstrongowi. Ale tak samo nie współczuję innym oszustom. Że Amerykanin miał stworzony cały system i „terroryzował” innych? Możliwe, ale u podstawy było z nim tak samo jak z innymi dopingowiczami. Oszukiwali, po prostu.

„Boss” robił to tak samo jak jego najgroźniejsi rywale Lista jest bardzo długa, popatrzcie na wyniki wyścigów z tamtych lat. Wiem, że to żadne usprawiedliwienie. I wiem, że pewnie byli w peletonie uczciwi zawodnicy. Wiem też jednak, że dzisiaj wciąż wypowiadają się publicznie byli kolarze, których najzwyczajniej w świecie w tych dzikich czasach, które później nazwano EPOką, nie złapano. Byli sprytniejsi albo mieli farta, ale to nic nie zmienia. Dzisiaj mogą zachowywać się tak, jak robiłby to Lance, gdyby go nie zmuszono do przyjęcia na klatę roli „największego sportowego oszusta w historii”. – Gdyby nie to śledztwo i gdybym w jego konsekwencji nie został zmuszony do zrobienia coming outu w telewizji, pewnie ciągle mówiłbym „nie, nigdy nie brałem” z taką samą pewnością, jak wcześniej – powiedział z kolei w wywiadzie dla telewizji CNN. I zapowiedział, że napisze… książkę. – O dopingu. Powiem jak było naprawdę bez żadnego „bullshitu” – dodał. Poprzednie książki ze zdjęciem Armstronga na okładkach przeniesiono z działu „biografie” do działu „fantastyka”. Ta, która pewnie powstanie będzie – mam nadzieję – literaturą faktu. O mrocznych, brudnych czasach w pięknym sporcie. Smutna, ale chyba jednak potrzebna lektura…

Rafał Majka. Znowu bajka!

Jeszcze kilka miesięcy temu Rafał Majka był kolarzem, o którym wiedzieliśmy, że potrafi świetnie jeździć w górach. Bez zrywów i zmian tempa, ale równo i mocno wspinać się na podjazdach. To dało mu na przykład siódme miejsce rok temu i szóste w tym podczas Giro d’Italia. W ciągu kilku ostatnich tygodni sporo się zmieniło, a nowa gwiazda polskiego sportu rozwija się w niewiarygodnym tempie. Patrzyłem na to, co zrobił dzisiaj na Słowacji z odległości kilku metrów i ciągle jestem pod wrażeniem…

Na Tour de France pojechał w ostatniej chwili, zresztą bez cienia radości, a właściwie wręcz przeciwnie. Nie chciał tam jechać, bo liczył na start w Vuelta a Espana, gdzie mógłby pokonywać kolejne etapy z myślą o sobie. We Francji wiedział, że ma pracować dla Alberto Contadora. Pech Hiszpana (złamał nogę), okazał się szczęściem Polaka. Wygrał dwa etapy w takim stylu, że wielu przecierało oczy ze zdziwienia widząc co wyprawia chłopak z Zegartowic. Dynamiczny, nowy Majka został królem gór. Dosłownie, bo zdobył koszulkę najlepszego górala. Został pierwszym Polakiem startującym w Tour de France, który wchodził na podium na Polach Elizejskich po zwycięstwie w jednej z klasyfikacji. Po dwóch wielkich tourach przyjechał na Tour de Pologne i… sami widzieliście. Słyszałem od kolarzy z peletonu, że od początku wyścigu mówił, że zrobi z kolegami „rzeźnię”, a było też mocniejsze słowo o tym jak wygra ;)

Ale że zrobi to tak? Rozegra końcówkę jak sprinter? Nie wierzyłem w to, ale okazuje się kolejny raz, że chyba jestem człowiekiem małej wiary. Majka momentami sprawia wrażenie kolarza kompletnego. Młodego, z wielką przyszłością, ale już umiejącego bardzo, naprawdę bardzo dużo. Nie bądźcie jednak zawiedzeni, jeśli Rafał nie wygra całego wyścigu. Jazda indywidualna na czas nie była dotąd jego najmocniejszą stroną. Owszem, już rok temu w Krakowie spisał się dobrze, teraz mówi się, że jeszcze poprawił się w tej specjalności, ale wciąż są lepsi od niego. Z drugiej strony, w przypadku kolarza Tinkoff-Saxo obowiązuje zasada „sky is the limit”.

Swoją drogą, pewnie wkrótce wszyscy Polacy zaczną się uczyć kolarstwa od nowa. Bo to co pamiętają starsi z czasów Wyścigu Pokoju, różni się od dzisiejszego. Młodsi nie uczyli się nigdy, bo nie było powodu. Tylko to historia na zupełnie inne opowiadanie. Na razie obowiązuje hasło: „niech żyje Majka”. Bajka trwa…