Najpiękniejsza tęcza świata

Jakieś dziesięć lat pisuję w Przeglądzie Sportowym o kolarstwie i nigdy dotąd tak się nie cieszyłem jak w niedzielę, kiedy Michał Kwiatkowski zdobywał mistrzostwo świata. Zrobił to w fenomenalnym, wyjątkowym stylu. Po niezwykłej pracy wykonanej przez cały polski zespół i akcji, którą zapamiętają miliony kibiców tego sportu. Wyścig idealny pod każdym względem. Szczerze? Po ataku Michała nie wierzyłem, że to się uda. Zaskoczył mnie, zaskoczył zresztą pewnie wielu. Było tak fantastycznie, że aż brakuje słów. To ich sukces i ich wielkie dni. Tych dziewięciu świetnych chłopaków i cały zespół zbudowany na te mistrzostwa wokół nich dostał piękną nagrodę. Wspominam o tym, bo naprawdę warto pamiętać, że kolarstwo to sport zespołowy i bez pomocy całej biało-czerwonej ekipy nie byłoby sukcesu Michała.

A wszystko to dotyczy chłopaka, który ma 24 lata i wydawało się, że właściwie zaczyna drogę do wielkiej kariery. W środowisku od lat wszyscy wiedzieli, że ma w sobie silnik ferrari, teraz słyszą o nim wszyscy. Kwiatkowski rozwija się wręcz modelowo, robi krok po kroku w bardzo szybkim tempie. Szef grupy Omega Pharma-QuickStep Patrick Lefevere opowiadał mi podczas tegorocznego Tour de France jak wypatrzył Michała jako nastolatka i jak bardzo chciał mieć go w ekipie. Dopiął swego i szlifuje polski diament. Wielu dziś mówi o sensacji, a nic takiego w Hiszpanii nie miało miejsca. Wielu, naprawdę wielu wróżyło „Kwiatkowi” z Torunia tęczową koszulkę. Może nie już w tym sezonie, ale słowa „przyszły mistrz świata” padały wielokrotnie. Ziściło się, Kwiatkowski i spółka napisali piękny rozdział historii polskiego kolarstwa. I to w najlepszym roku dla tej dyscypliny sportu! Wiosna „Kwiatka”, lato Rafała Majki, jesień Przemysława Niemca i złota czy raczej tęczowa pieczęć Michała na koniec. Ta tęcza na pewno nie będzie dzieliła nikogo w Polsce. Więcej – mam nadzieję, że ta tęcza będzie początkiem renesansu kolarstwa w naszym kraju. Chwilo, trwaj!

Niemiec zrobił, jak obiecywał!

Jest jeszcze tyle górskich etapów, nie poddaję się, chcę powalczyć – mówił mi kilka dni temu Przemysław Niemiec, kiedy już wszyscy wiedzieli, że nie ma szans na walkę o czołowe miejsce w klasyfikacji generalnej Vuelta a Espana. Przegrał je na w sumie na wietrznych odcinkach. Mimo to wierzył w siebie, choć w sumie był trochę przybity. Ten rok nie układał mu się zupełnie. W Giro d’Italia przegrał swoją szansę po upadku pod Monte Cassino, później też nie było rewelacji. A przecież rok temu kończył największy włoski wyścig na szóstym miejscu, więc ambicje miał wielkie. Zresztą, nie tylko on. Ściga się przecież we włoskiej ekipie (Lampre-Merida) i jego szefowie wyznaczyli mu rolę lidera. Podkreślam – we włoskiej ekipie na największy w tym kraju wyścig! To chyba o czymś świadczy.

– Najczęściej po dobrym sezonie przychodzi u mnie słabszy. Teraz wypada więc ten gorszy – mówił „Niemek” kilka dni temu, ale zaraz dodawał z nadzieją w głosie: – Ale jeszcze nie koniec, jeszcze może karta się odwróci.

No i ma, czego chciał, czego wszyscy chcieliśmy. Nie chcę nikogo prowokować ani budzić żadnej zbędnej polemiki, ale jakoś w jakiś taki sentymentalny sposób bardziej ucieszyłem się z tej wygranej Przemka niż triumfu Rafała Majki podczas Tour de France. Rafał jest młody, ma jeszcze mnóstwo czasu i jego licznik wygranych jeszcze zdąży się przemnożyć kilka razy (zresztą, po TdF już zaczął mnożenie wygranych). Niemiec jest raczej na końcu swojej drogi. 34 lata to jeszcze nie kolarska emerytura, ale zdecydowanie bliżej mu końca przygody w zawodowym peletonie niż Rafałowi. No i nie ma (nie miał?) kontraktu na przyszły sezon. Teraz będzie łatwiej o podpis pod nową, dobrą umową.

Swoją drogą, co za rok dla polskiego kolarstwa! Wiosna to czas Michała Kwiatkowskiego, latem był wspomniany Rafał Majka, a teraz nadeszła piękna chwila dla Przemka. A przed nami jeszcze mistrzostwa świata, gdzie „Kwiatek” znowu może przypomnieć o sobie w najlepszy z możliwych sposobów. „Chwilo, trwaj!” – to brzmi dzisiaj głupio. „Sezonie, trwaj!” – tak już znacznie lepiej, prawda?

Adamek ma podpisać dziś kontrakt na walkę ze Szpilką

Tomasz Adamek podpisze dzisiaj kontrakt na walkę z Arturem Szpilką (gala ma się odbyć 8 listopada w Krakowie). Tak przynajmniej zapowiada. A jeszcze w tym tygodniu wsiądzie do samolotu i przyleci do Polski z trenerem Rogerem Bloodworthem przygotowywać się do pojedynku. Można więc powiedzieć, że większość klocków układanki pod tytułem „Polsat Boxing Night” będzie wreszcie na swoim miejscu. Szczerze mówiąc, jeszcze niedawno raczej nie wierzyłem, że do pojedynku tej dwójki w ogóle dojdzie. Zresztą, nie tylko ja, bo i Tomek kilka razy mówił mi w prywatnych rozmowach, że pewnie nic z tego nie będzie. Artur wierzył cały czas, choć też mocno się niecierpliwił.

Z drugiej strony, ciągle są znaki zapytania. Bilety (ceny od kilkudziesięciu do kilku tysięcy złotych) miały być w sprzedaży od dziś, ale nie będą. Podobno sprzedaż rozpocznie się w najbliższych dniach. Umowa między Polsatem, Krakowem, a grupą Sferis KnockOut Promotions nie jest jeszcze podpisana. Ale, jak z tymi biletami, wszystko ma być gotowe w najbliższych dniach. – Wszystko jest skomplikowane, a poza tym, rozpoczęły się siatkarskie mistrzostwa świata i rozumiem, że w Polsacie to czas wytężonej pracy. Mamy jednak nadzieję, że w tym tygodniu wszystko ruszy – przekonywał mnie ostatnio jeden z właścicieli Sferis KnockOut Promotions Andrzej Wasilewski. Wielu kibiców pewnie też ma taką nadzieję. Mimo tych problemów, jakoś jestem spokojniejszy. Nie to, żebym był wielkim fanem polsko-polskich starć, raczej wręcz przeciwnie, ale wiadomo – obejrzę z zainteresowaniem. Ta walka ma dla mnie większy wymiar sportowy niż starcie Adamka z Andrzejem Gołotą. Tak to przynajmniej oceniam z perspektywy kilku lat. Gołota, który wchodził do ringu z Adamkiem, był cieniem siebie z najlepszych lat (inna sprawa, że chyba nie traktował Adamka poważnie). Swoją drogą, pamiętam wieczór czy raczej noc w Gilowicach, chyba w środę przed walką. Spokojny Tomek przy późnej kolacji z pełnym przekonaniem mówił, że „do piątej rundy będzie po wszystkim”. Cóż, miał rację.

Teraz większość czasu przed walką spędzi w Gilowicach, w miejscowej szkole ustawią mu ring, ale poza tym, wszystko jest inaczej. „Góral” to wciąż dobry zawodnik, choć najlepszy chwile ma już za sobą. Z drugiej strony Szpilka, który wciąż więcej mówi niż pokazał w ringu. Obaj mają dużo do stracenia, choć chyba więcej Tomek. Szpilka jest wciąż młody, Adamek nie ma czasu. Wygrana z Arturem nie da mu nic wielkiego. No, poza dobrą wypłatą (choć dostałby ją i w przypadku porażki) i tym, że nie musiałby kończyć kariery. Bo porażka to tak naprawdę koniec historii chłopaka z Gilowic. Tylko wreszcie podpiszcie te papiery…