Dołęga, postać tragiczna

Nie napiszę, że jestem w szoku, bo w takich sprawach, jak ta dotycząca Marcina Dołęgi, nic mnie nie dziwi. Zresztą, zanim zdecydowaliśmy się napisać o tym w „Przeglądzie Sportowym”, zwlekaliśmy kilka dni szukając potwierdzeń informacji.

Teraz tylko smutno, oczywiście zakładając, że trzykrotny mistrz świata okaże się winnym. Na razie lepiej poczekać na wynik próbki B, a ta zostanie zbadana za kilka dni. To, przynajmniej w pewnym sensie, będzie dopiero potwierdzeniem winy, a karą zajmą się powołane do tego instancje. Gdyby był winny, to jego koniec jako czynnego sportowca, bo możliwa jest kara dyskwalifikacji od ośmiu lat do „dożywocia”. Tylko tylko, że sytuacja wcale nie musi być taka oczywista, przynajmniej w tej chwili, więc zanim zaczniecie „hejtować” Marcina i całą dyscyplinę, lepiej poczekajcie.

Bo ustalmy fakty: na razie znamy tylko wynik próbki A. I to bez żadnych szczegółów. Nie wiemy nic o stężeniu zakazanej substancji. Sam znam tylko plotki, mówiące o tym, że norma mogła zostać przekroczona bardzo nieznacznie. To oczywiście z zasady niewiele zmienia, chociaż… Niewykluczone, że wynik ponad normę mieści się w granicy błędu pomiaru. Gdyby tak było, Dołęga byłby niewinny. Szczerze? Chciałbym takiego scenariusza, choć wiem jakie jest prawdopodobieństwo jego spełnienia.

Jakkolwiek się nie skończy ta sprawa, szkoda mi Marcina. W pewnym sensie to postać tragiczna w polskim sporcie. Pamiętam igrzyska w Pekinie i Londynie, wielu kibiców też pewnie pamięta. Szczególnie te drugie igrzyska, gdy Marcin spalił trzy próby w rwaniu i nie został sklasyfikowany, choć wydawał się być jedynym właściwie kandydatem do złotego medalu. Pamiętam jak po tych zawodach wychodziłem z hali z dzisiejszym prezesem PZPC Szymonem Kołeckim i długo nikt nic nie mówił. To co widzieliśmy było właściwie niewiarygodne. Dzień później rozmawiałem z Marcinem. „Pytaj o co chcesz, biorę to na klatę. To ja spieprzyłem” – mówił. Niewielu znam sportowców, którzy tak potrafiliby przyjąć porażkę. Największą porażkę w sportowym życiu! Kibicowałem mu więc, kiedy zdecydował, że będzie dźwigał dalej. O Rio de Janeiro 2016 mówić nie chciał, ale wiadomo, że wracał z myślą o tej imprezie. Brakowało mu tylko medalu olimpijskiego. Wiele wskazuje na to, że nigdy go nie zdobędzie, choć – kolejny raz – wolałbym się mylić. I nie, nie bronię Marcina, jeśli okaże się winnym, choć wiem jaki sport uprawia i jakie jest powszechne myślenie. Szkoda tylko, nie tylko ze względu na niego, ale całe ciężary. Bo cenę za ewentualną winę zapłacą wszyscy związani z tą dyscypliną.

Twarde prawo, lecz prawo

Przy okazji wpadki dopingowej piłkarza Dawida Nowaka (nie chcę oceniać czy przyjął zabronioną substancję świadomie czy nie, bo tego nie wiem) popytałem trochę o liczbę badań w polskiej piłce nożnej. I od początku roku do września Komisja do Zwalczania Dopingu w Sporcie przeprowadziła w tej dyscyplinie sportu 127 badań antydopingowych. Pobrano 119 próbek moczu i 8 próbek krwi. W październiku wykonano około 40 kolejnych testów.

Dużo czy mało? Moim zdaniem mało. Tym bardziej, że większość badań i tak odbywa się po meczach, kiedy akurat najbardziej można się tego spodziewać. Od tego sezonu i tak sytuacja zaczyna się zmieniać, bo komisja prosi kluby o podawania miejsc treningów zawodników i przeprowadza więcej badań między meczami. Komisja ostrzegła też kluby, że badania krwi wiążą się z niedogodnościami, bo testy wykonuje się dwie godziny po treningu. Swoją drogą, przyłapany do dopingu Dawid Nowak wpadł podczas jednej z pierwszych kontroli w nowym systemie, a pozytywny wynik dała próbka moczu.

Przy okazji, warto pamiętać, że w wielu olimpijskich dyscyplinach sportu badania są znacznie częstsze. Poza tym, nikt nie prosi o podanie danych pobytowych, bo to obowiązek wynikający z udziału w systemie ADAMS (jeśli sportowca trzy razy nie będzie w podanym miejscu, zostaje zdyskwalifikowany). Piłkarz Nowak też pewnie odpocznie od zawodowego uprawiania sportu dwa lata. Oczywiście, podejrzewam, że jak przy okazji innych wpadek, usłyszymy zaraz, że pozytywny wynik to efekt przyjmowania zanieczyszczonych odżywek. Tylko moim zdaniem to słabe usprawiedliwienie. Zawodowy sportowiec zarabia grube pieniądze także za profesjonalizm. A ten to nie tylko trening, ale też wszystko wokół, między innymi dokładne sprawdzanie tego, co przyjmuje. Odżywki ze stoiska w przejściu podziemnym, z internetu, nieznanych firm czy w jakikolwiek sposób podejrzanego pochodzenia są ryzykiem. Żaden przyzwoity kolarz, biegacz narciarski czy lekkoatleta nie napije się nawet wody z butelki, jeśli nie widział jak była otwierana i co się z nią dalej działo, bo wie, że ryzyko wpadki bierze na siebie, a tłumaczenia mało kogo obchodzą. Każdy zawodowy sportowiec musi o tym wiedzieć. Pewnie, że są wyjątki, kiedy okazuje się, że nawet największa ostrożność to za mało, ale… gdyby traktować to jako usprawiedliwienie trzeba byłoby uniewinniać 99 procent sportowców przyłapanych na dopingu. Zakładając więc, że Dawid Nowak nie oszukiwał świadomie to… i tak ma pecha. Twarde prawo, lecz prawo, prawda? Tym bardziej, że substancja o której mówimy, jest kwalifikowana jako twardy koks. Słyszałem też, że wynik był bardzo jednoznaczny. Swoją drogą, sportowcy z dyscyplin, w których doping jest powszechny turlają się pewnie ze śmiechu słysząc, że ktoś mocno przekroczył dawkę i dał się złapać na testach moczu.

Nie chcę kolejny raz kopać piłkarzy czy tenisistów, choć akurat m.in. te dyscypliny sportu (szczególnie na najwyższym poziomie) uważam za warte prześwietlania w odpowiedni sposób. Na szczęście i tu coś zaczyna się dziać. UEFA podobno stopniowo próbuje wprowadzać program ADAMS, u nas też postawiono pierwsze kroki w kierunku normalności. Wszystko to spóźnione o kilka lat, ale lepiej późno niż wcale…

Polska – nowa kopalnia złota?

Sześć medali igrzysk olimpijskich w Soczi, 10 mistrzostw świata i 35 mistrzostw Europy w konkurencjach olimpijskich. Do tego wygrana polskich piłkarzy z Niemcami i świetny Rafał Majka w Tour de France i Tour de Pologne. Od tej wyliczanki może się zakręcić w głowie, a to przecież nie koniec. Trwa w polskim sporcie rok wyjątkowy. Włoska „Corriere dello Sport” jakiś czas temu opublikowała tekst pod tytułem „Polska – nowa kopalnia złota” i prześwietlała nasz sport.

– Sukcesy w polskim sporcie to efekt trudnej i długiej drogi, jaką przeszedł po transformacji ustrojowej cały kraj. Polska musiała dojrzeć i tak samo musiał dojrzeć polski sport. Polska wsiadła do pociągu pod nazwą „zmiany” i nauczyła się obierać dobre kierunki. Mamy wiele pięknych i funkcjonalnych obiektów, przede wszystkim piłkarskich, a za infrastrukturą idą sukcesy sportowe – mówił cytowany w artykule Zbigniew Boniek. Szukał też optymizmu dla futbolu. – Przyjdzie jeszcze czas na piłkę nożną, która będzie się wzorować na siatkówce. Jeszcze do niedawna polscy siatkarze uczyli się fachu w klubach zagranicznych, a teraz to do naszej ligi ściągani są ci najlepsi. Podobnie będzie w futbolu, tylko że polscy piłkarze znajdują się jeszcze nadal na etapie nauki poza granicami naszego kraju – mówił niecałe dwa tygodnie temu i chyba nie spodziewał się, że ten „czas” przyjdzie tak szybko. Inna sprawa, że słowa pana Bońka spłycają obraz. Bo tak pięknie, wbrew pozorom, wcale nie jest.

Pytanie ile w tych ostatnich sukcesach zaplanowanej strategii, inwestycji, które przynoszą zyski w postaci medali i zwycięstw? Moim zdaniem bardzo niewiele. Może słowo „inwestycja” w tym kontekście nie brzmi najlepiej, ale tak dzisiaj działa wielki sport. To przemysł, mistrzów się produkuje według planu. Jaki plan jest u nas? Szczerze? Najczęściej żaden. Prowizorka uprawiana w manufakturach.

Swoją drogą, orliki są pełne, widzę to każdego dnia koło mojego mieszkania, ale głównie biegają tam za piłką panowie w moim wieku i na bank polski sport wyczynowy pożytku z tego mieć nie będzie (choć bardzo dobrze, że biegają!). Wracając do meritum – w której dyscycplinie sportu w naszym kraju powstał jakikolwiek poważny system szkolenia i poszły za tym pieniądze przed sukcesem jednostki? Skoki? Tak, ale przecież wszystko napędził Adam Małysz. W biegach mamy Justynę Kowalczyk i próby (tylko próby) stworzenia czegoś więcej. Kolarstwo? Polski Związek Kolarski ma pomysł na strategię rozwoju, ale ministerstwo nie ma na nią pieniędzy. Zresztą, akurat ten związek ma też swoje (liczone w milionach złotych długów) problemy. Można wymieniać tak bardzo długo. Ratują nas jednostki, wybitne jednostki, które talentem i pracą (często też ambicją rodziców) dochodzą do sukcesów.

Nie chcę marudzić, psuć pięknej chwili czy całego pięknego roku, ale ciągle warto pamiętać, z jakimi problemami zmaga się nasz sport, jak bardzo w wielu obszarach brakuje pieniędzy i jak nieprzyjazny bywa system dla potencjalnych, poważnych sponsorów. Fajnie jednak, że tak rzadko słychać ostatnio kibiców śpiewających „nic się nie stało”. Stało się! Tylko niech za tym pójdą prawdziwe zmiany i reformy. To jest najlepszy czas.

Cieszy mnie za to jedno – 27 listopada rozpocznie się jeden z najfajniejszych w ostatnich latach Plebiscytów Przeglądu Sportowego na 10 Najlepszych Sportowców Roku. Kamil Stoch, Justyna Kowalczyk, Michał Kwiatkowski, Zbigniew Bródka czy może Mariusz Wlazły albo jeszcze ktoś inny? Każdy wybitny, każdy zasłużony. I jakkolwiek się ta kibicowska zabawa skończy, będzie budziła wielkie emocje. Po takim roku naprawdę trudno wskazać tego jednego, kto zasługuje na zwycięstwo.