Smartfony, żołnierze i worek medali

Że kończymy wyjątkowy rok, jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy w historii, wiecie. O sukcesach medalach w Soczi, złocie siatkarzy, wygranej piłkarzy z Niemcami, rekordem świata Anity Włodarczyk i całej reszcie fantastycznych wyników możecie poczytać dzisiaj właściwie w każdym serwisie, więc tradycyjne podsumowanie odpuszczam (swoją drogą, wciąż możecie głosować na najlepszych w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego”). Ale zapamiętam ten rok. Nie tylko ze względu na sukcesy.

Zapamiętam chyba najbardziej bolesny upadek w polskim sporcie, czyli Tomka Adamka. Upadek, bo dwanaście miesięcy temu mógł ciągle marzyć o drugiej szansie na pas mistrza świata wagi ciężkiej. Wystarczyły jednak dwa pojedynki, 66 minut walki i jest sportowym emerytem. Jak go znam, a znam całkiem nieźle, nie zdziwię się, jeśli jeszcze wróci, ale to już nie to. Brakuje szybkości, ruchliwości i, chyba mimo wszystko (albo przede wszystkim), serca. Trochę smutno chyba wszystkim kibicom boksu, bo to też koniec pewnej epoki w polskim boksie. A prywatnie – bo kariera Tomasza Adamka to prawie cała moja przygoda z dziennikarstwem. Z drugiej strony, czapki z głów przed chłopakiem z Gilowic, bo patrząc na tytuły, nikt inny w historii tego sportu w wydaniu zawodowym w naszym kraju tyle nie osiągnął.

Zapamiętam też Justynę Kowalczyk w Soczi. Że świetnie potrafi biegać na nartach, wiadomo. Że potrafi walczyć, też. Pęknięta kość stopy i problemy prywatne nie przeszkodziły jej w zdobyciu złota w Soczi. Jeśli ktoś śledził na bieżąco to, co mówiła od kilku miesięcy przed igrzyskami, mógł czytać między wierszami. Szczerze? Czasem myślałem, że Justyna nawet do Soczi nie dojedzie, a kiedy już dotarła do Rosji, trudno było mi uwierzyć w jakikolwiek medal. A złoty!? Czasem człowiekowi brakuje słów. W Soczi tamtego dnia, kręciłem tylko z niedowierzaniem głową.

Nie wierzyłem też, że dwa razy złoto zdobędzie Kamil Stoch. Pamiętam czas, gdy nie radził sobie z emocjami tak bardzo, że walił pięścią (a czasem i głową) w ścianę albo rzucał kaskiem z bezsilności. Ambicja go rozsadzała od środka, a wyników brakowało. To już tylko historia, bardzo odległe wspomnienie. Dzisiaj Kamil Stoch to wielka gwiazda światowych skoków, jeden z najbardziej utytułowanych polskich sportowców w historii i świadomy swojej wartości chłopak, który w ciągu 13 miesięcy osiągnął prawie wszystko co można w swojej dyscyplinie. A w ostatnim sezonie zdominował skoki w prawdziwie mistrzowskim stylu. Historia jak z bajki. Tylko że ta bajka jest prawdziwa. I ciągle trwa.

Z Soczi zapamiętam też chyba świetnych ludzie. I jeszcze pewną polską stację telewizyjną, która na początku igrzysk dzwoniła codziennie w jednym celu – żebym opowiedział, jak bardzo Rosjanie sobie nie radzą z organizacją i jak jeszcze bardziej są nieprzyjaźnie nastawieni do Polaków. Chyba czwartego dnia powiedziałem więc na antenie, że domyślam się, na co liczą, ale to nieprawda. Do dzisiaj nikt stamtąd do mnie nie dzwonił. Problemy były, wiadomo. W miejscu, w którym mieszkaliśmy nabudowali całe mnóstwo budynków, które do końca igrzysk stały puste i, podejrzewam, dalej stoją. Hotel, który nie był gotowy. Swoją drogą, zdjęcie pokoju w budowie, które wrzuciłem na Twittera, sprawiło, że pytanie o stan przygotowań dostałem nawet z… Meksyku. Zabawne. Jakby podczas innych igrzysk wszystko było dopięte na ostatni guzik. Tak, na pewno. W Pekinie, Vancouver i Londynie też byli ukryci w krzakach żołnierze i wozy bojowe.

Swoją drogą, tak, jak igrzyska w Londynie zawsze będą mi się kojarzyły z ciemnym tunelem metra, którym jeździłem po kilka godzin dziennie, tak Soczi to smartfony. Nie byłem jeszcze na igrzyskach (a na kilku byłem), podczas których dziennikarze z Europy więcej czasu spędzali patrząc w ekrany telefonów niż na areny sportowe. A w Soczi tak było. Wyścigi na Twitterze, ekspresowo wysyłane do redakcji zdjęcia i pliki dźwiękowe. Sam w tym uczestniczyłem, ale szczerze mówiąc – to czyste szaleństwo. Pamiętam igrzyska w Pekinie w 2008 roku, czyli w sumie nie tak dawno. A jednak to jakaś prehistoria, inny świat, o którym też mówiliśmy jednak, że jest szalony. Co więc będzie w Rio de Janeiro? Można jeszcze przyspieszyć? Aha, napisałem „z Europy”, bo na przykład Azjaci od zawsze patrzą w telefony albo monitory z przeróżnymi wykresami.

Wierzyłem, choć nie sądziłem, że stanie się to tak szybko, w tęczową koszulkę Michała Kwiatkowskiego. Od dawna zdarzało się, że ktoś pytał o potencjał „Kwiatka” i prawdopodobnie za każdym razem mówiłem, że „to przyszły mistrz świata”. Cóż, czas przestać tak mówić i aż trudno się przyzwyczaić. Niby kwestia jednego słowa – „przyszły”, ale jednak. A tak serio – to, co Michał zrobił podczas mistrzostw świata w Hiszpanii… Ba! To, co zrobiła cała polska reprezentacja było niezwykłe, urzekające i fenomenalne. Cały wyścig pod kontrolą biało-czerwonych! I ten finisz w wykonaniu „Kwiatka”… Tak wygrywają tylko wielcy mistrzowie. Najwięksi. I coś mi mówi, że to nie koniec. A pomyśleć, że przez lata trudno było sobie coś takiego wyobrazić. Pamiętam, jak kiedyś założyłem się z selekcjonerem naszej kadry, że do mety mistrzostw nie dojedzie nawet połowa Polaków. Miałem rację, ale to był zakład z tych, które wolałbym przegrać. A dzisiaj? Dzisiaj mamy „Kwiatka”, Rafała Majkę, Przemka Niemca i kilku innych chłopaków, na widok których najważniejsi ludzie światowego peletonu kiwają z uznaniem głowami. Dzięki, chłopaki! Zresztą, mógłbym tak pisać jeszcze długo… Dziękuję więc polskim sportowcom różnych dyscyplin. Odwaliliście kawał dobrej roboty!

Najważniejszy powrót roku

Trener polskiej kadry Łukasz Kruczek wiedział od soboty, że Kamil Stoch odda pierwsze skoki po operacji kostki. Zrobił to i zaprezentował się tak, że nie było wątpliwości – dwukrotny mistrz olimpijski z Soczi może wracać! Później ruszyła lawina – kiedy większość z nas szykował się do siadania przy wigilijnym stole, Kamil na Facebooku ogłosił, że jedzie do Oberstdorfu na pierwszy konkurs Turnieju Czterech Skoczni. A tam… wszyscy widzieliście. Pytanie co będzie dalej? Czy taki skoczek jak Stoch potrzebuje dużo czasu, aby odzyskać rytm? – Nie zapomniał skakać – powiedział mi trener Kruczek już po kwalifikacjach w Oberstdorfie. Trudno powiedzieć (wiem, nie odkrywam Ameryki) co osiągnie Stoch podczas Turnieju, ale nie będę zdziwiony jeśli skończy na podium albo nawet zrealizuje swoje marzenie (wiecie jakie). I drugi biegun – żadnej sensacji nie będzie, gdy wszystko skończy się przeciętnymi wynikami. Tak naprawdę zastanawiam się nad czymś innym – czy powrót Kamila podziała mobilizująco na resztą kadry. Powinien. Pytałem Kruczka kilka dni temu o to, czego potrzeba kadrowiczom, aby ich wyniki „falowały” poziom wyżej niż dotąd. „Powrotu Kamila” – odpowiedział mi szybko. No więc trzymam kciuki. Chciałbym widzieć co najmniej trzech biało-czerwonych w czołowej trzydziestce. Chciałbym widzieć regularnie kogoś, poza Kamilem, w pierwszej piętnastce. Nasza kadra ma taki potencjał. Dotąd miejscem, w którym dochodziło do przełomu był Engelberg. OK, w tym roku nie wyszło, niech więc teraz takim miejscem będzie Turniej. Chyba nikt nie ma nic przeciwko, prawda? Kamil Stoch wysłał kolegom sygnał, teraz więc niech oni pójdą za ciosem. To miała być świetna zima. Dla skoczków, biegów (OK, dla Justyny Kowalczyk) i biathlonistek. Początek był bardzo słaby, ale teraz jest ten czas, teraz nadeszła ta chwila!. Skaczcie, panowie!

 

P.S. Pytanie-klucz brzmi: jakie warunki będą podczas pierwszego konkursu w Oberstdorfie? – Podobno ma być lepiej niż podczas kwalifikacji. Tylko odmienne prognozy też są. Sprawiedliwie w skokach jest bardzo rzadko – napisał mi Kruczek. Cóż, Kamil już wygrał. I pewnie nie zamierza kończyć.

Maciej Kot: Takie skoki to męczarnia

Po siedmiu konkursach Pucharu Świata w skokach narciarskich nasi zawodnicy zdobyli łącznie 123 punkty. Ten słabiutki wynik osiągnęło sześciu zawodników (Piotr Żyła 81 pkt, Jan Ziobro 12, Klemens Murańka 10, Dawid Kubacki 8, Maciej Kot 7, Aleksander Zniszczoł 5). Chyba jeszcze nie czas na histerię, ale jest się czym martwić.

– Gdy skaczę jak teraz, to raczej męczarnia. Bez wyników trudno być zadowolonym, bo to one motywują i po to się pracuje. Wtedy to wszystko ma sens. Kiedy człowiek się męczy, radości brakuje – mówił mi wczoraj Maciej Kot. Drugi konkurs w Niżnym Tagile, kiedy nikt z Polaków nie awansował do serii finałowej był zimnym prysznicem dla wszystkich. – Nie powinniśmy się martwić o to czy ktoś wejdzie do trzydziestki, a o to, ilu z nas będzie w pierwszej dziesiątce. To są miejsca, na których chcielibyśmy być. Trzeba coś z tym zrobić – mówi Kot. Ma rację. Taki potencjał ma nasza kadra. I, mimo wszystko, jestem sobie w stanie naszych skoczków na podium mistrzostw świata (oczywiście pod warunkiem, że na skocznię wróci Kamil Stoch). Pytanie co robić dalej, aby obraz z wyobraźni mógł się spełnić?

Trener naszej kadry, Łukasz Kruczek powiedział mi, że na kolejny konkurs do Engelbergu pojedzie siedmiu Polaków, z kadry A i B. Nazwiska poznamy w środę, ale zanosi się na to, że tak czy inaczej, znowu będzie się martwili o to, kto z naszych skoczy w drugiej serii. Z drugiej strony, Engelberg był często miejscem, gdzie Polacy zaczynali wracać na swoje miejsce. Teraz trudno postawić na optymistyczny scenariusz. – Gdy nie pomaga spokój i cierpliwość… Może byłoby dobrze, gdyby ktoś nami wstrząsnął. Niedługo Turniej Czterech Skoczni, później połowa sezonu, więc może terapia szokowa będzie potrzebna – mówił mi Kot, ale dodawał też, że nie chodzi mu o żadne zmiany personalne. I dobrze, Łukasz Kruczek w poprzednich sezonach udowodnił wszystkim, że zna się na swojej robocie.