Skoki w Polsce są jak religia

Jesteście niezwykli. Skoki narciarskie w Polsce to coś więcej niż sport, to religia – mówił w Zakopanem Martin Koch. Były znakomity lotnik, mistrz olimpijski w drużynie z Turynu skończył karierę w poprzednim sezonie i został ekspertem telewizyjnym. Dzisiaj ocenia występy tych, z którymi jeszcze niedawno rywalizował na skoczni.

– Jest inaczej, ale nie ma takiej presji, jak w czasach, gdy byłem skoczkiem. Muszę być tylko ostrożny. Chłopaki mnie przecież później słuchają – śmiał się Koch. O fenomenie polskich skoków mówił w samych superlatywach. – W Austrii też jesteśmy popularni, ale nie tak jak narciarze alpejscy czy nawet piłkarze. W tej ostatniej dyscyplinie brakuje sukcesów, ale chcielibyśmy je mieć – opowiadał.

Trudno powiedzieć, jak Koch radzi sobie jako ekspert, ale gdyby trzymać się jego słów, czekają nas dobre czasy. – Polacy na razie się szarpią, czegoś brakuje. Oczywiście, jest też Kamil Stoch, który wrócił w wielkim stylu. Myślę, że kiedy brakowało go z powodu kontuzji, reszta była w szoku i dlatego nie wychodziło. Pozostali wasi skoczkowie są jednak dobrzy i prędzej czy później zaczną skakać tak, jak naprawdę potrafią. Uważam nawet, że są jednymi z kandydatów do podium mistrzostw świata w Falun. Już w konkursie drużynowym w Zakopanem było nieźle, a myślę, że będzie tylko lepiej. Gdybym dzisiaj miał wymieniać kandydatów do podium, wskazałbym was, moich kolegów, Niemców, Norwegów, Słoweńców i może Japończyków – powiedział. Brzmi optymistycznie, chyba aż za bardzo, patrząc na wyniki. A to nie koniec, bo Koch na podium mistrzostw świata widzi też Stocha. – Jest jedynym, który mógł zastąpić Adama Małysza. W Polsce presja jest ogromna, ale Kamil umie sobie radzić z ciśnieniem. Teraz już naprawdę można mówić o medalu mistrzostw świata – zapowiedział. Hmm… wizję Kocha biorę w ciemno :)

 

Wszyscy kombinują, ale Jacobsen przesadził

Anders Jacobsen został ukarany naganą za „zachowanie niegodne sportowca”. Zwycięzca noworocznego konkursu w Garmisch-Partenkirchen miał zbyt długie rękawy kombinezonu, na co zwrócił uwagę szwajcarski „Blick”. Szwajcarzy byli bardzo czuli na tym punkcie, bo przez Jacobsena ucierpiał ich idol, Simon Ammann. Później ruszyła lawina. Oczywiście Norwegowi nic się nie stanie, usłyszał tylko kilka przykrych słów od Seppa Gratzera, kontrolera sprzętu w skokach, ale to wszystko. Oszustwa nie było, raczej naginanie przepisów. Norwega bronić nawet nie ma co próbować, choć warto pamiętać, że kombinują wszyscy. – Jacobsen przesadził. Podczas kontroli po skoku nic nie wyszło, ale tę przeprowadza się po oddaniu próby, a nie w trakcie – powiedział mi jeden z ludzi ze świata skoków. Dodał też coś jeszcze: – Każdy kombinuje, aby mieć jak największą powierzchnię nośną w trakcie skoku, ale niewielu przegina jak Anders. Norweg naciągnął maksymalnie rękawy i pod pachami stworzył właśnie tę większą powierzchnię. Po skoku zaczął się cieszyć, wykonał odpowiednie gesty i wszystko z kombinezonem wróciło do normy. Trudno policzyć ile dodatkowych metrów w ten sposób zyskał. Przede wszystkim trzeba dobrze skakać, ale dobry kombinezon to zawsze kilka metrów. Poza tym, zawodnikowi, który ma taką „nowinkę” wzrasta pewność siebie i spirala się nakręca.

Jacobsen nie jest pierwszym, ani na pewno ostatnim kombinatorem. Większość kibiców skoków pamięta wykrzywione bolce Simona Ammanna podczas igrzysk olimpijskich w Vancouver (swoją drogą, wtedy „Blick” nie protestował). Nowinki sprzętowe mieli też Polacy podczas igrzysk w Soczi. W żadnym z tych przypadków nie można było jednak mówić o zachowaniu nie fair. Tu jest inaczej, bo mamy niemal powrót do słynnych kombinezonów Austriaków z krokiem na wysokości kolan. Swoją drogą, mało kto zwrócił uwagę, że całkiem niedawno, przy okazji Pucharu Kontynentalnego zdyskwalifikowano pięciu Austriaków. Wszystko dlatego, że zwęzili i pozszywali numery startowe i w ten sposób bardziej je dopasowali do kombinezonu. – Niby drobiazg, ale tak naprawdę ważny szczegół. Taki numerek, szczególnie u mniejszych zawodników, powoduje duże turbulencje i hamuje zawodnika w powietrzu. Kiedyś były odpowiednie badania i różnica jest znacząca – mówi jeden z ludzi, którzy na co dzień są przy Pucharze Świata z zawodnikami. Krótko mówiąc, kombinacje były i będą zawsze. Im bardziej ten sport będzie kierował się w stronę technologii, tym więcej zawodników i ich sztabów szkoleniowych będzie szukało rozwiązań pomagających daleko skakać. Pisałem to kilka razy, więc się powtórzę, ale dzisiaj to zupełnie inny sport niż w czasach Wojciecha Fortuny. Ba! Zmienił się bardzo od czasów Adama Małysza, o czym zresztą sam mistrz często wspominał. Wojna technologiczna trwa, wzajemne szpiegowanie nabiera olbrzymich rozmiarów (ekipy nawzajem wysyłają za sobą na treningi fotoreporterów, aby ci dokumentowali zmiany w sprzęcie), a będzie pewnie coraz gorzej. Kombinacje w skokach? To temat na naprawdę dobry film. Szpiegowski.