Skoki w Polsce są jak religia

Jesteście niezwykli. Skoki narciarskie w Polsce to coś więcej niż sport, to religia – mówił w Zakopanem Martin Koch. Były znakomity lotnik, mistrz olimpijski w drużynie z Turynu skończył karierę w poprzednim sezonie i został ekspertem telewizyjnym. Dzisiaj ocenia występy tych, z którymi jeszcze niedawno rywalizował na skoczni.

– Jest inaczej, ale nie ma takiej presji, jak w czasach, gdy byłem skoczkiem. Muszę być tylko ostrożny. Chłopaki mnie przecież później słuchają – śmiał się Koch. O fenomenie polskich skoków mówił w samych superlatywach. – W Austrii też jesteśmy popularni, ale nie tak jak narciarze alpejscy czy nawet piłkarze. W tej ostatniej dyscyplinie brakuje sukcesów, ale chcielibyśmy je mieć – opowiadał.

Trudno powiedzieć, jak Koch radzi sobie jako ekspert, ale gdyby trzymać się jego słów, czekają nas dobre czasy. – Polacy na razie się szarpią, czegoś brakuje. Oczywiście, jest też Kamil Stoch, który wrócił w wielkim stylu. Myślę, że kiedy brakowało go z powodu kontuzji, reszta była w szoku i dlatego nie wychodziło. Pozostali wasi skoczkowie są jednak dobrzy i prędzej czy później zaczną skakać tak, jak naprawdę potrafią. Uważam nawet, że są jednymi z kandydatów do podium mistrzostw świata w Falun. Już w konkursie drużynowym w Zakopanem było nieźle, a myślę, że będzie tylko lepiej. Gdybym dzisiaj miał wymieniać kandydatów do podium, wskazałbym was, moich kolegów, Niemców, Norwegów, Słoweńców i może Japończyków – powiedział. Brzmi optymistycznie, chyba aż za bardzo, patrząc na wyniki. A to nie koniec, bo Koch na podium mistrzostw świata widzi też Stocha. – Jest jedynym, który mógł zastąpić Adama Małysza. W Polsce presja jest ogromna, ale Kamil umie sobie radzić z ciśnieniem. Teraz już naprawdę można mówić o medalu mistrzostw świata – zapowiedział. Hmm… wizję Kocha biorę w ciemno :)

 

Wszyscy kombinują, ale Jacobsen przesadził

Anders Jacobsen został ukarany naganą za „zachowanie niegodne sportowca”. Zwycięzca noworocznego konkursu w Garmisch-Partenkirchen miał zbyt długie rękawy kombinezonu, na co zwrócił uwagę szwajcarski „Blick”. Szwajcarzy byli bardzo czuli na tym punkcie, bo przez Jacobsena ucierpiał ich idol, Simon Ammann. Później ruszyła lawina. Oczywiście Norwegowi nic się nie stanie, usłyszał tylko kilka przykrych słów od Seppa Gratzera, kontrolera sprzętu w skokach, ale to wszystko. Oszustwa nie było, raczej naginanie przepisów. Norwega bronić nawet nie ma co próbować, choć warto pamiętać, że kombinują wszyscy. – Jacobsen przesadził. Podczas kontroli po skoku nic nie wyszło, ale tę przeprowadza się po oddaniu próby, a nie w trakcie – powiedział mi jeden z ludzi ze świata skoków. Dodał też coś jeszcze: – Każdy kombinuje, aby mieć jak największą powierzchnię nośną w trakcie skoku, ale niewielu przegina jak Anders. Norweg naciągnął maksymalnie rękawy i pod pachami stworzył właśnie tę większą powierzchnię. Po skoku zaczął się cieszyć, wykonał odpowiednie gesty i wszystko z kombinezonem wróciło do normy. Trudno policzyć ile dodatkowych metrów w ten sposób zyskał. Przede wszystkim trzeba dobrze skakać, ale dobry kombinezon to zawsze kilka metrów. Poza tym, zawodnikowi, który ma taką „nowinkę” wzrasta pewność siebie i spirala się nakręca.

Jacobsen nie jest pierwszym, ani na pewno ostatnim kombinatorem. Większość kibiców skoków pamięta wykrzywione bolce Simona Ammanna podczas igrzysk olimpijskich w Vancouver (swoją drogą, wtedy „Blick” nie protestował). Nowinki sprzętowe mieli też Polacy podczas igrzysk w Soczi. W żadnym z tych przypadków nie można było jednak mówić o zachowaniu nie fair. Tu jest inaczej, bo mamy niemal powrót do słynnych kombinezonów Austriaków z krokiem na wysokości kolan. Swoją drogą, mało kto zwrócił uwagę, że całkiem niedawno, przy okazji Pucharu Kontynentalnego zdyskwalifikowano pięciu Austriaków. Wszystko dlatego, że zwęzili i pozszywali numery startowe i w ten sposób bardziej je dopasowali do kombinezonu. – Niby drobiazg, ale tak naprawdę ważny szczegół. Taki numerek, szczególnie u mniejszych zawodników, powoduje duże turbulencje i hamuje zawodnika w powietrzu. Kiedyś były odpowiednie badania i różnica jest znacząca – mówi jeden z ludzi, którzy na co dzień są przy Pucharze Świata z zawodnikami. Krótko mówiąc, kombinacje były i będą zawsze. Im bardziej ten sport będzie kierował się w stronę technologii, tym więcej zawodników i ich sztabów szkoleniowych będzie szukało rozwiązań pomagających daleko skakać. Pisałem to kilka razy, więc się powtórzę, ale dzisiaj to zupełnie inny sport niż w czasach Wojciecha Fortuny. Ba! Zmienił się bardzo od czasów Adama Małysza, o czym zresztą sam mistrz często wspominał. Wojna technologiczna trwa, wzajemne szpiegowanie nabiera olbrzymich rozmiarów (ekipy nawzajem wysyłają za sobą na treningi fotoreporterów, aby ci dokumentowali zmiany w sprzęcie), a będzie pewnie coraz gorzej. Kombinacje w skokach? To temat na naprawdę dobry film. Szpiegowski.

Smartfony, żołnierze i worek medali

Że kończymy wyjątkowy rok, jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy w historii, wiecie. O sukcesach medalach w Soczi, złocie siatkarzy, wygranej piłkarzy z Niemcami, rekordem świata Anity Włodarczyk i całej reszcie fantastycznych wyników możecie poczytać dzisiaj właściwie w każdym serwisie, więc tradycyjne podsumowanie odpuszczam (swoją drogą, wciąż możecie głosować na najlepszych w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego”). Ale zapamiętam ten rok. Nie tylko ze względu na sukcesy.

Zapamiętam chyba najbardziej bolesny upadek w polskim sporcie, czyli Tomka Adamka. Upadek, bo dwanaście miesięcy temu mógł ciągle marzyć o drugiej szansie na pas mistrza świata wagi ciężkiej. Wystarczyły jednak dwa pojedynki, 66 minut walki i jest sportowym emerytem. Jak go znam, a znam całkiem nieźle, nie zdziwię się, jeśli jeszcze wróci, ale to już nie to. Brakuje szybkości, ruchliwości i, chyba mimo wszystko (albo przede wszystkim), serca. Trochę smutno chyba wszystkim kibicom boksu, bo to też koniec pewnej epoki w polskim boksie. A prywatnie – bo kariera Tomasza Adamka to prawie cała moja przygoda z dziennikarstwem. Z drugiej strony, czapki z głów przed chłopakiem z Gilowic, bo patrząc na tytuły, nikt inny w historii tego sportu w wydaniu zawodowym w naszym kraju tyle nie osiągnął.

Zapamiętam też Justynę Kowalczyk w Soczi. Że świetnie potrafi biegać na nartach, wiadomo. Że potrafi walczyć, też. Pęknięta kość stopy i problemy prywatne nie przeszkodziły jej w zdobyciu złota w Soczi. Jeśli ktoś śledził na bieżąco to, co mówiła od kilku miesięcy przed igrzyskami, mógł czytać między wierszami. Szczerze? Czasem myślałem, że Justyna nawet do Soczi nie dojedzie, a kiedy już dotarła do Rosji, trudno było mi uwierzyć w jakikolwiek medal. A złoty!? Czasem człowiekowi brakuje słów. W Soczi tamtego dnia, kręciłem tylko z niedowierzaniem głową.

Nie wierzyłem też, że dwa razy złoto zdobędzie Kamil Stoch. Pamiętam czas, gdy nie radził sobie z emocjami tak bardzo, że walił pięścią (a czasem i głową) w ścianę albo rzucał kaskiem z bezsilności. Ambicja go rozsadzała od środka, a wyników brakowało. To już tylko historia, bardzo odległe wspomnienie. Dzisiaj Kamil Stoch to wielka gwiazda światowych skoków, jeden z najbardziej utytułowanych polskich sportowców w historii i świadomy swojej wartości chłopak, który w ciągu 13 miesięcy osiągnął prawie wszystko co można w swojej dyscyplinie. A w ostatnim sezonie zdominował skoki w prawdziwie mistrzowskim stylu. Historia jak z bajki. Tylko że ta bajka jest prawdziwa. I ciągle trwa.

Z Soczi zapamiętam też chyba świetnych ludzie. I jeszcze pewną polską stację telewizyjną, która na początku igrzysk dzwoniła codziennie w jednym celu – żebym opowiedział, jak bardzo Rosjanie sobie nie radzą z organizacją i jak jeszcze bardziej są nieprzyjaźnie nastawieni do Polaków. Chyba czwartego dnia powiedziałem więc na antenie, że domyślam się, na co liczą, ale to nieprawda. Do dzisiaj nikt stamtąd do mnie nie dzwonił. Problemy były, wiadomo. W miejscu, w którym mieszkaliśmy nabudowali całe mnóstwo budynków, które do końca igrzysk stały puste i, podejrzewam, dalej stoją. Hotel, który nie był gotowy. Swoją drogą, zdjęcie pokoju w budowie, które wrzuciłem na Twittera, sprawiło, że pytanie o stan przygotowań dostałem nawet z… Meksyku. Zabawne. Jakby podczas innych igrzysk wszystko było dopięte na ostatni guzik. Tak, na pewno. W Pekinie, Vancouver i Londynie też byli ukryci w krzakach żołnierze i wozy bojowe.

Swoją drogą, tak, jak igrzyska w Londynie zawsze będą mi się kojarzyły z ciemnym tunelem metra, którym jeździłem po kilka godzin dziennie, tak Soczi to smartfony. Nie byłem jeszcze na igrzyskach (a na kilku byłem), podczas których dziennikarze z Europy więcej czasu spędzali patrząc w ekrany telefonów niż na areny sportowe. A w Soczi tak było. Wyścigi na Twitterze, ekspresowo wysyłane do redakcji zdjęcia i pliki dźwiękowe. Sam w tym uczestniczyłem, ale szczerze mówiąc – to czyste szaleństwo. Pamiętam igrzyska w Pekinie w 2008 roku, czyli w sumie nie tak dawno. A jednak to jakaś prehistoria, inny świat, o którym też mówiliśmy jednak, że jest szalony. Co więc będzie w Rio de Janeiro? Można jeszcze przyspieszyć? Aha, napisałem „z Europy”, bo na przykład Azjaci od zawsze patrzą w telefony albo monitory z przeróżnymi wykresami.

Wierzyłem, choć nie sądziłem, że stanie się to tak szybko, w tęczową koszulkę Michała Kwiatkowskiego. Od dawna zdarzało się, że ktoś pytał o potencjał „Kwiatka” i prawdopodobnie za każdym razem mówiłem, że „to przyszły mistrz świata”. Cóż, czas przestać tak mówić i aż trudno się przyzwyczaić. Niby kwestia jednego słowa – „przyszły”, ale jednak. A tak serio – to, co Michał zrobił podczas mistrzostw świata w Hiszpanii… Ba! To, co zrobiła cała polska reprezentacja było niezwykłe, urzekające i fenomenalne. Cały wyścig pod kontrolą biało-czerwonych! I ten finisz w wykonaniu „Kwiatka”… Tak wygrywają tylko wielcy mistrzowie. Najwięksi. I coś mi mówi, że to nie koniec. A pomyśleć, że przez lata trudno było sobie coś takiego wyobrazić. Pamiętam, jak kiedyś założyłem się z selekcjonerem naszej kadry, że do mety mistrzostw nie dojedzie nawet połowa Polaków. Miałem rację, ale to był zakład z tych, które wolałbym przegrać. A dzisiaj? Dzisiaj mamy „Kwiatka”, Rafała Majkę, Przemka Niemca i kilku innych chłopaków, na widok których najważniejsi ludzie światowego peletonu kiwają z uznaniem głowami. Dzięki, chłopaki! Zresztą, mógłbym tak pisać jeszcze długo… Dziękuję więc polskim sportowcom różnych dyscyplin. Odwaliliście kawał dobrej roboty!

Najważniejszy powrót roku

Trener polskiej kadry Łukasz Kruczek wiedział od soboty, że Kamil Stoch odda pierwsze skoki po operacji kostki. Zrobił to i zaprezentował się tak, że nie było wątpliwości – dwukrotny mistrz olimpijski z Soczi może wracać! Później ruszyła lawina – kiedy większość z nas szykował się do siadania przy wigilijnym stole, Kamil na Facebooku ogłosił, że jedzie do Oberstdorfu na pierwszy konkurs Turnieju Czterech Skoczni. A tam… wszyscy widzieliście. Pytanie co będzie dalej? Czy taki skoczek jak Stoch potrzebuje dużo czasu, aby odzyskać rytm? – Nie zapomniał skakać – powiedział mi trener Kruczek już po kwalifikacjach w Oberstdorfie. Trudno powiedzieć (wiem, nie odkrywam Ameryki) co osiągnie Stoch podczas Turnieju, ale nie będę zdziwiony jeśli skończy na podium albo nawet zrealizuje swoje marzenie (wiecie jakie). I drugi biegun – żadnej sensacji nie będzie, gdy wszystko skończy się przeciętnymi wynikami. Tak naprawdę zastanawiam się nad czymś innym – czy powrót Kamila podziała mobilizująco na resztą kadry. Powinien. Pytałem Kruczka kilka dni temu o to, czego potrzeba kadrowiczom, aby ich wyniki „falowały” poziom wyżej niż dotąd. „Powrotu Kamila” – odpowiedział mi szybko. No więc trzymam kciuki. Chciałbym widzieć co najmniej trzech biało-czerwonych w czołowej trzydziestce. Chciałbym widzieć regularnie kogoś, poza Kamilem, w pierwszej piętnastce. Nasza kadra ma taki potencjał. Dotąd miejscem, w którym dochodziło do przełomu był Engelberg. OK, w tym roku nie wyszło, niech więc teraz takim miejscem będzie Turniej. Chyba nikt nie ma nic przeciwko, prawda? Kamil Stoch wysłał kolegom sygnał, teraz więc niech oni pójdą za ciosem. To miała być świetna zima. Dla skoczków, biegów (OK, dla Justyny Kowalczyk) i biathlonistek. Początek był bardzo słaby, ale teraz jest ten czas, teraz nadeszła ta chwila!. Skaczcie, panowie!

 

P.S. Pytanie-klucz brzmi: jakie warunki będą podczas pierwszego konkursu w Oberstdorfie? – Podobno ma być lepiej niż podczas kwalifikacji. Tylko odmienne prognozy też są. Sprawiedliwie w skokach jest bardzo rzadko – napisał mi Kruczek. Cóż, Kamil już wygrał. I pewnie nie zamierza kończyć.

Maciej Kot: Takie skoki to męczarnia

Po siedmiu konkursach Pucharu Świata w skokach narciarskich nasi zawodnicy zdobyli łącznie 123 punkty. Ten słabiutki wynik osiągnęło sześciu zawodników (Piotr Żyła 81 pkt, Jan Ziobro 12, Klemens Murańka 10, Dawid Kubacki 8, Maciej Kot 7, Aleksander Zniszczoł 5). Chyba jeszcze nie czas na histerię, ale jest się czym martwić.

– Gdy skaczę jak teraz, to raczej męczarnia. Bez wyników trudno być zadowolonym, bo to one motywują i po to się pracuje. Wtedy to wszystko ma sens. Kiedy człowiek się męczy, radości brakuje – mówił mi wczoraj Maciej Kot. Drugi konkurs w Niżnym Tagile, kiedy nikt z Polaków nie awansował do serii finałowej był zimnym prysznicem dla wszystkich. – Nie powinniśmy się martwić o to czy ktoś wejdzie do trzydziestki, a o to, ilu z nas będzie w pierwszej dziesiątce. To są miejsca, na których chcielibyśmy być. Trzeba coś z tym zrobić – mówi Kot. Ma rację. Taki potencjał ma nasza kadra. I, mimo wszystko, jestem sobie w stanie naszych skoczków na podium mistrzostw świata (oczywiście pod warunkiem, że na skocznię wróci Kamil Stoch). Pytanie co robić dalej, aby obraz z wyobraźni mógł się spełnić?

Trener naszej kadry, Łukasz Kruczek powiedział mi, że na kolejny konkurs do Engelbergu pojedzie siedmiu Polaków, z kadry A i B. Nazwiska poznamy w środę, ale zanosi się na to, że tak czy inaczej, znowu będzie się martwili o to, kto z naszych skoczy w drugiej serii. Z drugiej strony, Engelberg był często miejscem, gdzie Polacy zaczynali wracać na swoje miejsce. Teraz trudno postawić na optymistyczny scenariusz. – Gdy nie pomaga spokój i cierpliwość… Może byłoby dobrze, gdyby ktoś nami wstrząsnął. Niedługo Turniej Czterech Skoczni, później połowa sezonu, więc może terapia szokowa będzie potrzebna – mówił mi Kot, ale dodawał też, że nie chodzi mu o żadne zmiany personalne. I dobrze, Łukasz Kruczek w poprzednich sezonach udowodnił wszystkim, że zna się na swojej robocie.

Spokojnie, bez nerwów, wszystko pod kontrolą

Są powody do optymizmu. I to sporego – tak można najkrócej podsumować pierwszy weekend Pucharu Świata w biegach narciarskich, myśląc o Justynie Kowalczyk. To dużo, bo przecież większość kibiców jeszcze dwa dni temu miała w głowie dużo pytań. I wszystkie bez odpowiedzi. Zresztą, miała je też pewnie Justyna i jej zespół. Wszystko przez krótszy okres przygotowawczy i – przede wszystkim – trudne pod każdym względem ostatnie miesiące. Sama Justyna pytana o formę mówiła krótko: „Nie wiem”.

Po dwóch dniach biegania w Ruce pod Kuusamo wiemy już więcej. Wszyscy. Wniosek jest taki, że zaczęło się dobrze (a gdyby nie wywrotka w sobotę…) i że z każdym kolejnym startem powinno być lepiej. Wiem, brzmi banalnie, ale prześledźcie poprzednie sezony (wytnijcie tylko z tego zestawienia ten ostatni) – Justyna zaczęła bardzo podobnie. A później, tydzień po tygodniu była coraz silniejsza.

I teraz też powinno tak być. Dzisiaj ma już szybkość, brakuje jeszcze trochę wytrzymałości, ale spokojnie, bez nerwów, wszystko w swoim czasie…

Oczywiście, zmieniło się wiele pod wieloma względami, ale ciągle oglądamy wybitną sportsmenkę. Z wielkimi osiągnięciami i kolejnymi celami. Mistrzostwa świata w Falun? – Mam stamtąd głownie miłe wspomnienia. To tam odbierałam wszystkie Kryształowe Kule – mówiła mi niedawno i dodawała, że najbardziej interesują ją tam dwa biegi – sprint i 30 km klasykiem. – Dzisiaj nawet bardziej ten pierwszy, choć dopiero w trakcie sezonu okaże się czy jestem bardziej wytrzymała czy szybka – tłumaczyła. Już w Kuusamo, zapytana czy gdyby mogła wybrać sukces podczas mistrzostw czy jednak Kryształową Kulę za triumf w klasyfikacji generalnej PŚ, postawiłaby pewnie na tę drugą. A jej myśli sięgają dalej, bo nawet kolejnych igrzysk, tych w Pyeongchang (dotąd startowała w igrzyskach trzy razy, zawsze wracała z medalem). Oczywiście pod warunkiem, że pozwoli na to kręgosłup, z którym ma poważne problemy. W każdym razie wybierze sama.

Jedno się od lat nie zmieniło – słów „trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść” nie lubi. – Bo to głupie pieprzenie! W innych zawodach nikt tego nikomu nie mówi. Uważam, że jeśli ktoś się czegoś uczy przez wiele lat i ma sposobność oraz chęci, aby to robić – jego sprawa, jak długo pozostaje aktywny. Jedni chcą odejść w glorii, inni robią coś, dopóki mają na to ochotę, a jeszcze innych do rezygnacji zmusza los. Ja nadal chcę biegać! – powiedziała mi niedawno. I tego się trzymajmy…

Adamek – emeryt, który pewnie wróci

Mam w nosie gadanie w stylu „trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść”. To głupie pieprzenie! W innych zawodach nikt tego nikomu nie mówi – powiedziała mi ostatnio jedna z największych gwiazd polskiego sportu w rozmowie, którą za jakiś czas przeczytacie w jednym z wydawnictw „Przeglądu Sportowego”. Czytałem te zdania kilka razy i próbowałem przenieść na sytuację Tomasza Adamka po walce z Arturem Szpilką („ Dobrze się czuję, nie ma na mnie nawet śladu walki” – powiedział mi, kiedy już wylądował w USA). Brzmi rozsądnie, bo faktycznie często ludzie z zewnątrz próbują „wiedzieć lepiej”. – Jeśli ktoś się czegoś uczy przez wiele lat i ma sposobność oraz chęci aby to robić, jego sprawa. Jedni chcą odejść w glorii chwały, inni robią coś, dopóki mają na to ochotę, a jeszcze innych do kończenia zmusza los – to kolejne zdania z tego wywiadu. Też pasuje do Adamka, prawda? Tylko to nie jego słowa.

W moim wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego” Adamek mówi, że jest emerytem, który może wrócić na ring. Co go może skłonić? Odpowiedź jest prosta, bo jak nie wiadomo o co chodzi, to… wiadomo ;)

I stawiam, że Adamek w ringu jednak jeszcze wystąpi. Tylko ja już chyba nie umiem sobie go wyobrazić w formie z najlepszych lat. Szybkiego, dobrze poruszającego się na nogach, z wielkim sercem i pomysłem na walkę. Adamka, który czując krew, nie wypuszcza ofiary z rąk. Patrząc na osiągnięcia jest najlepszym polskim pięściarzem zawodowym w historii, ale listy sukcesów już nie powiększy. Nawet, jeśli spędzi na treningach w Gilowicach pół roku. Będzie przegrywał z wiekiem. Za kilkanaście dni skończy 38 lat. Ktoś powie, że to nie jest jakoś bardzo dużo dla pięściarza wagi ciężkiej. Tylko że Adamek nigdy nie bazował na silnym ciosie i nie urodził się jako „ciężki”. Przyjął w karierze sporo mocnych ciosów, stoczył kilka ringowych wojen… Jeśli chce, niech wraca, ale wierzę też, że pamięta, co mówił o zdrowiu.

Poza tym, ma też fajną rodzinę, domy w USA i Polsce oraz sporo pieniędzy na koncie. Nie musi walczyć, żeby przeżyć. A żyć ma dla kogo, co akurat sam często podkreśla. Rozmawialiśmy o tym po porażce z Wiaczesławem Głazkowem oraz przed i po przegranej ze Szpilką.

Wiem, jak chciałbym, żeby się pożegnał z ringiem. Żeby nie rozmieniał się na drobne i żeby za kilka lat dało się z nim fajnie pogadać przy kolacji. Mnie jednak łatwo mówić, bo to tylko słowa. Prawdziwą decyzję podejmie sam Adamek. A może już podjął?

Adamek kontra Szpilka, czyli kontuzja, której nie ma

Nie moge uwierzyc co sie stalo. Dzisiaj podczas biegu poslizgnąłem sie i poczulem bol w kostce. Okazalo sie ze skrecilem kostke jestem wkurwiony jak nigdy. Przepraszam wszystkich kibicow nie wiem co ze soba zrobic – to oryginalny zapis wiadomości z oficjalnego fanpage Artura Szpilki i krąży w internecie. Brzmi sensacyjnie, ale spokojnie, nie ma w nim nic z prawdy. To tylko „żart” jakiegoś głupola. Widać komuś się bardzo nudzi.

– Ale o co chodzi? Dzwonią do mnie ludzie i opowiadają, że coś w internecie widzieli. Że mam kontuzję stopy. Jaką kontuzję!? Wszystko jest super, czuję się świetnie! Zresztą, sami zobaczycie – oto reakcja Artura Szpilki na tę informację. Równie zdziwiony był trener Fiodor Łapin, gdy z nim rozmawiałem. – Artur ma kontuzję? A jaką? Widziałem go podczas obiadu, później wyjechał coś kupić. Nie sądzę, żeby w tym czasie doznał urazu, zrobił sobie prześwietlenie i zamieścił zdjęcie w internecie, a mnie nic nie powiedział – mówił z uśmiechem szkoleniowiec. Gdyby ktoś nie wiedział o co chodzi – to zrzut ekranu z wiadomością, która krąży po internecie:

Szpilka-nibykontuzja

To by było na tyle krótkiej niedzielnej „sensacji”. Pytanie tylko kto i po co wymyśla takie głupoty? Bo ja tego nie rozumiem. Pewnie dla zabawy, choć wydaje mi się, że to akurat średnio zabawne. Krótko mówiąc – stop głupkom!

Na tę chwilę nic nie wskazuje na to, aby gala Polsat Boxing Night, która odbędzie się w przyszłą sobotę w Krakowie była w jakikolwiek sposób zagrożona. Tomasz Adamek jest w Gilowicach i twierdzi, że czuje się znowu jak w najlepszych latach, Artur Szpilka też przekonuje, że przygotował się najlepiej jak było to możliwe. Pozostali bohaterowie gali też – z tego co słyszę – są zdrowi, a bilety sprzedają się rewelacyjnie. I niech tak zostanie aż do soboty.

Dołęga, postać tragiczna

Nie napiszę, że jestem w szoku, bo w takich sprawach, jak ta dotycząca Marcina Dołęgi, nic mnie nie dziwi. Zresztą, zanim zdecydowaliśmy się napisać o tym w „Przeglądzie Sportowym”, zwlekaliśmy kilka dni szukając potwierdzeń informacji.

Teraz tylko smutno, oczywiście zakładając, że trzykrotny mistrz świata okaże się winnym. Na razie lepiej poczekać na wynik próbki B, a ta zostanie zbadana za kilka dni. To, przynajmniej w pewnym sensie, będzie dopiero potwierdzeniem winy, a karą zajmą się powołane do tego instancje. Gdyby był winny, to jego koniec jako czynnego sportowca, bo możliwa jest kara dyskwalifikacji od ośmiu lat do „dożywocia”. Tylko tylko, że sytuacja wcale nie musi być taka oczywista, przynajmniej w tej chwili, więc zanim zaczniecie „hejtować” Marcina i całą dyscyplinę, lepiej poczekajcie.

Bo ustalmy fakty: na razie znamy tylko wynik próbki A. I to bez żadnych szczegółów. Nie wiemy nic o stężeniu zakazanej substancji. Sam znam tylko plotki, mówiące o tym, że norma mogła zostać przekroczona bardzo nieznacznie. To oczywiście z zasady niewiele zmienia, chociaż… Niewykluczone, że wynik ponad normę mieści się w granicy błędu pomiaru. Gdyby tak było, Dołęga byłby niewinny. Szczerze? Chciałbym takiego scenariusza, choć wiem jakie jest prawdopodobieństwo jego spełnienia.

Jakkolwiek się nie skończy ta sprawa, szkoda mi Marcina. W pewnym sensie to postać tragiczna w polskim sporcie. Pamiętam igrzyska w Pekinie i Londynie, wielu kibiców też pewnie pamięta. Szczególnie te drugie igrzyska, gdy Marcin spalił trzy próby w rwaniu i nie został sklasyfikowany, choć wydawał się być jedynym właściwie kandydatem do złotego medalu. Pamiętam jak po tych zawodach wychodziłem z hali z dzisiejszym prezesem PZPC Szymonem Kołeckim i długo nikt nic nie mówił. To co widzieliśmy było właściwie niewiarygodne. Dzień później rozmawiałem z Marcinem. „Pytaj o co chcesz, biorę to na klatę. To ja spieprzyłem” – mówił. Niewielu znam sportowców, którzy tak potrafiliby przyjąć porażkę. Największą porażkę w sportowym życiu! Kibicowałem mu więc, kiedy zdecydował, że będzie dźwigał dalej. O Rio de Janeiro 2016 mówić nie chciał, ale wiadomo, że wracał z myślą o tej imprezie. Brakowało mu tylko medalu olimpijskiego. Wiele wskazuje na to, że nigdy go nie zdobędzie, choć – kolejny raz – wolałbym się mylić. I nie, nie bronię Marcina, jeśli okaże się winnym, choć wiem jaki sport uprawia i jakie jest powszechne myślenie. Szkoda tylko, nie tylko ze względu na niego, ale całe ciężary. Bo cenę za ewentualną winę zapłacą wszyscy związani z tą dyscypliną.

Twarde prawo, lecz prawo

Przy okazji wpadki dopingowej piłkarza Dawida Nowaka (nie chcę oceniać czy przyjął zabronioną substancję świadomie czy nie, bo tego nie wiem) popytałem trochę o liczbę badań w polskiej piłce nożnej. I od początku roku do września Komisja do Zwalczania Dopingu w Sporcie przeprowadziła w tej dyscyplinie sportu 127 badań antydopingowych. Pobrano 119 próbek moczu i 8 próbek krwi. W październiku wykonano około 40 kolejnych testów.

Dużo czy mało? Moim zdaniem mało. Tym bardziej, że większość badań i tak odbywa się po meczach, kiedy akurat najbardziej można się tego spodziewać. Od tego sezonu i tak sytuacja zaczyna się zmieniać, bo komisja prosi kluby o podawania miejsc treningów zawodników i przeprowadza więcej badań między meczami. Komisja ostrzegła też kluby, że badania krwi wiążą się z niedogodnościami, bo testy wykonuje się dwie godziny po treningu. Swoją drogą, przyłapany do dopingu Dawid Nowak wpadł podczas jednej z pierwszych kontroli w nowym systemie, a pozytywny wynik dała próbka moczu.

Przy okazji, warto pamiętać, że w wielu olimpijskich dyscyplinach sportu badania są znacznie częstsze. Poza tym, nikt nie prosi o podanie danych pobytowych, bo to obowiązek wynikający z udziału w systemie ADAMS (jeśli sportowca trzy razy nie będzie w podanym miejscu, zostaje zdyskwalifikowany). Piłkarz Nowak też pewnie odpocznie od zawodowego uprawiania sportu dwa lata. Oczywiście, podejrzewam, że jak przy okazji innych wpadek, usłyszymy zaraz, że pozytywny wynik to efekt przyjmowania zanieczyszczonych odżywek. Tylko moim zdaniem to słabe usprawiedliwienie. Zawodowy sportowiec zarabia grube pieniądze także za profesjonalizm. A ten to nie tylko trening, ale też wszystko wokół, między innymi dokładne sprawdzanie tego, co przyjmuje. Odżywki ze stoiska w przejściu podziemnym, z internetu, nieznanych firm czy w jakikolwiek sposób podejrzanego pochodzenia są ryzykiem. Żaden przyzwoity kolarz, biegacz narciarski czy lekkoatleta nie napije się nawet wody z butelki, jeśli nie widział jak była otwierana i co się z nią dalej działo, bo wie, że ryzyko wpadki bierze na siebie, a tłumaczenia mało kogo obchodzą. Każdy zawodowy sportowiec musi o tym wiedzieć. Pewnie, że są wyjątki, kiedy okazuje się, że nawet największa ostrożność to za mało, ale… gdyby traktować to jako usprawiedliwienie trzeba byłoby uniewinniać 99 procent sportowców przyłapanych na dopingu. Zakładając więc, że Dawid Nowak nie oszukiwał świadomie to… i tak ma pecha. Twarde prawo, lecz prawo, prawda? Tym bardziej, że substancja o której mówimy, jest kwalifikowana jako twardy koks. Słyszałem też, że wynik był bardzo jednoznaczny. Swoją drogą, sportowcy z dyscyplin, w których doping jest powszechny turlają się pewnie ze śmiechu słysząc, że ktoś mocno przekroczył dawkę i dał się złapać na testach moczu.

Nie chcę kolejny raz kopać piłkarzy czy tenisistów, choć akurat m.in. te dyscypliny sportu (szczególnie na najwyższym poziomie) uważam za warte prześwietlania w odpowiedni sposób. Na szczęście i tu coś zaczyna się dziać. UEFA podobno stopniowo próbuje wprowadzać program ADAMS, u nas też postawiono pierwsze kroki w kierunku normalności. Wszystko to spóźnione o kilka lat, ale lepiej późno niż wcale…