Zima po mojemu: Czym musi się martwić Stefan Horngacher i skąd startuje Justyna Kowalczyk?

Wierzę, że mam cierpliwość, choć nie chciałbym jej zbyt długo wystawiać na próbę. Przyjdzie moment, kiedy podium stanie się sprawą naglącą. Brakuje mi tego, nie ukrywam. I chciałbym tam być – mówił mi przed wyjazdem do Klingenthal Maciej Kot. Świadomy, inteligentny chłopak, który kiedyś mógłby być dobrym trenerem. Na razie jednak musi jednak sprawdzać swoją wytrzymałość jako skoczek. W Kuusamo nie obronił trzeciego miejsca, w Niemczech spadł z pierwszego. To musi boleć, szczególnie kogoś tak ambitnego.

Zrzut ekranu 2016-12-05 o 12.03.30

Podobnie jest z Kamilem Stochem, choć on akurat nawygrywał w życiu tyle, że mógłby trofeami obdzielić kilku skoczków i wszyscy czuliby się spełnieni. Naszą dwójkę łączy to, że są nastawieni na sukcesy i mają możliwości, aby ją osiągać. Obaj muszą „tylko” być cierpliwi. Ta zima już jest piękna. I nie ma powodu, aby nie była jeszcze piękniejsza. Nie wiem, czy już w Lillehammer lub Engelbergu nasi dolecą do podium, ale zgadzam się z Maćkiem, że później stanie się to już „sprawą naglącą”.
Podium w drużynie już jest, i to wyjątkowe, bo pierwszy raz w historii biało-czerwoni weszli na najwyższy stopień. W sobotę Polacy skakali jak nakręceni. I dobrze później słuchać austriackiego trenera Stefana Horngachera, który mówi, że choć też jest bardzo szczęśliwy, a jego zawodnikom należą się brawa, to tak naprawdę pokazali… 90 procent możliwości. Chcę zobaczyć tej zimy 100 albo chociaż 99 procent tego, na co ich dzisiaj stać. I chcę wierzyć, że Horngacher tak właśnie przygotuje Polaków, że zobaczę to za dwa i pół miesiąca, podczas mistrzostw świata w Lahti. To będzie prawdziwy czas rozliczeń i ocen. Na razie zajadamy się przystawką, która naprawdę dobrze smakuje.
Jeśli skoczkowie startują do sezonu z najwyższego poziomu, to Justyna Kowalczyk na najlepszych na razie spogląda z daleka. Jeśli skoczkowie muszą się martwić, jak utrzymać formę do mistrzostwo, Justyna musi myśleć, jak dojść do optymalnej dyspozycji. Nasi klasycy wybrali zupełnie inne warianty przygotowań, ale cel mają w zasadzie taki sam.
Kowalczyk zaczęła w sumie jak zwykle. Dalej będzie inaczej. Latami przygotowywała się kolejnymi występami w PŚ. To te starty sprawiały, że stawała się coraz lepsza. Teraz pojechała do Włoch, będzie trenowała i ścigała się w Pucharach FIS. Swoją drogą, przed zimowymi igrzyskami w Soczi, gdzie zdobyła złoto na 10 km klasykiem, też zrezygnowała z Tour de Ski (choć w ostatniej chwili w ramach protestu), a szykowała się we włoskiej Santa Caterinie. Teraz też tam jedzie…

Łyżwa Justyny jest słaba. I taka musiała być

Dokładnie 53. miejsce i 1:20 straty do najszybszej Jessiki Diggins – to wynik Justyny  Kowalczyk w drugim dniu trzydniówki w Lillehammer, czyli biegu na 5 kilometrów techniką dowolną. Tak słabych wyników na dystansie Justyna nie osiągnęła od wielu lat, ale właściwie tak miało być. Albo inaczej – nie mogło być inaczej. Warto jednak podejść do sobotnich wyników bez ekscytacji. Sama Kowalczyk mówiła, że chcę ten start „przetrwać”. Technikę dowolną Polka odstawiła już jakiś czas temu. Doradzili jej to lekarze ze względu na stan zdrowia.

Zrzut ekranu 2016-11-23 o 17.02.32
W Lillehammer pobiegła, bo musiała, aby w niedzielę wystartować na 10 kilometrów klasykiem (impreza w Lillehammer to mini tour). A klasyk interesuje ją bardzo. „Dycha” tą techniką ma być głównym punktem sezonu, bo taki bieg zostanie rozegrany podczas mistrzostw świata w Lahti. Cel jest jakby jasny – powalczyć o podium. W niedzielę też miejsce poza pięćdziesiątką Justyny nie interesuje. Tydzień temu w Kuusamo była w dziesiątce i teraz też chce o to walczyć. Przynajmniej w tym konkretnym biegu, bo do miejsca w dziesiątce klasyfikacji generalnej imprezy traci blisko minutę. Jak zwykle więc ostatnio pewnie będzie biegła slalomem wyprzedzając kolejne rywalki, ale ten slalom zawsze kosztuje wiele sił.
Tak czy inaczej później na dwa miesiące zniknie z Pucharu Świata. Wybiera starty w Pucharach FIS i spokojne treningi. Wróci na próbę przedolimpijską w PyeongChang (gdzie być może po raz ostatni wystartuje na wyczynowym poziomie łyżwą, bo chcąc poznać pętlę olimpijskiej trasy weźmie udział w biegu łączonym). Później jeszcze ulubione Otepää i wyjazd do Lahti.
Najpierw jednak Lillehammer. W sobotę Justyna poznała norweską „gościnność”, gdy podczas biegu nasłuchała się wyzwisk. „Dziękuję za wszystkie „k..wy” i buczenie na trasie moim norweskim „kibicom”. Dzięki takim jak Wy chce mi się walczyć na wielu frontach” – napisała na Twitterze po biegu. Norwegowie widać postanowili się uczyć języków, na przykład polskiego.
Norweskie biegi dawno nie przeżywały takiego kryzysu wizerunkowego. Do tego w Lillehammer przegrali ich panowie, wśród pań też nie udało się wygrać. Do tego wszyscy mówią o astmie i dopingowej wpadce Therese Johaug. Kowalczyk w ostatnim czasie akurat stosunkowo mało wypowiadała się na ten temat, trzymała się też z dala od twardych sądów, ale widać akurat ją obrali sobie za cel. Oczywiście, nie wszyscy. Nie można generalizować i wrzucać wszystkich do jednego worka, choć widać, że niektórym przegrzewają się styki. Można jednak przypomnieć, że gdy do Polski przyjeżdżała Marit Bjoergen, była witana kwiatami…

Weekend niedosytu dla polskiej zimy

Według słownika języka polskiego PWN „niedosyt” to „stan nienasycenia, niezaspokojenia”. I w takim właśnie stanie z Kuusamo wyjechali skoczkowie, Justyna Kowalczyk i polscy dziennikarze oraz garstka fanów, a kibice odchodzili od telewizorów. Tak, tak, wiem, że w Laponii byli nasi kombinatorzy, którzy punktowali, a poza tym… ale to na koniec.
Gdyby ktoś powiedział przed inauguracją sezonu, że odbędą się dwa, dość sprawiedliwe, konkursy, a do tego Maciek Kot wyjedzie z Ruki z miejscem w pierwszej dziesiątce klasyfikacji generalnej PŚ, Piotr Żyła będzie tuż za nią, a solidne skoki odda Piotr Żyła, pewnie większość nie miałaby nic przeciwko. A jednak – Maciek mógł wejść wreszcie na podium, a Piotrek doskoczyć do dziesiątki. Kamil Stoch też mógł być zupełnie gdzie indziej, niż dwa razy w trzeciej dziesiątce. To nie są pobożne życzenia, tylko realna ocena możliwości. Kiedy już w końcu Kamil trafi w próg, poleci bardzo daleko. I w końcu pewnie trafi, choć nawet trener Stefan Horngacher rozkłada ręce, gdy słyszy pytanie o to, kiedy może się to stać. Maciek jest już skoczkiem światowej czołówki. Zostało utrzymać formę i ćwiczyć cierpliwość, bo w przeszłości najczęściej przegrywał ze swoimi ambicjami. Teraz potrzeba mu spokoju, bo wynik przyjdzie. W końcu musi.
Nie mam pojęcia czy „niedosyt” to dobre określenie dla występów Klemensa Murańki i Aleksandra Zniszczoła, bo nasza młodzież, która już najmłodsza nie jest, wróciła bez punktów. Austriacki trener dał im jednak kolejną szansę i jadą do Klingenthal.
„Niedosyt” to też hasło dla Justyny. Szczególnie jeśli chodzi o sobotni sprint. Odpadła w bardzo mocnym ćwierćfinale po własnych błędach, choć to wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej. A tak, rozmawialiśmy sobie po biegu w czasie, gdy mogła walczyć w półfinale. Szkoda… Do niedzielnej dziesiątki klasykiem już takich zastrzeżeń nie ma. Była dziewiąta, widocznie na razie na tyle było ją stać. Wciąż jednak uważam, że to niezły punkt wyjścia dla myśli o podium podczas mistrzostw świata w Lahti.
W Laponii biegali też inni biało-czerwoni, ale może najlepiej będzie na razie o tym zapomnieć i nie komentować. Błysnąć efektownym zdaniem o słabości jest naprawdę łatwo, ale lepiej jeszcze poczekać.
I wreszcie wspomnieni kombinatorzy. Tam prawie wszyscy mogą czuć niedosyt. Nasi zdobywali punkty, co zawsze jest dobrą wiadomością, ale tak generalnie, za każdym razem, gdy oglądam na żywo imprezę, gdzie trwają biegi, skoki i kombinacja, mam wrażenie, że ci ostatnio nie bardzo interesują nawet FIS. Skaczą, gdy akurat nie robią tego skoczkowie, biegają, gdy ktoś im zwolni trasę. W Kuusamo nawet nie bardzo przygotowali im trasę po rywalizacji w klasyku biegaczy. Poupychani w okienka, w sumie niechciani, na marginesie wielkiego zimowego świata. Tak, mogą czuć niedosyt. Ale tak naprawdę to chyba musi być im smutno, po prostu.

Kowalczyk jeszcze wróci na podium

Ćwierćfinał sprintu klasykiem w Kuusamo to nie jest wynik marzeń Justyny Kowalczyk i jej kibiców. Nie jest też odzwierciedleniem aktualnych możliwości Polki. To raczej wpadka, jakich w Kuusamo już się jej kilka przytrafiło.

Zrzut ekranu 2016-11-26 o 14.10.25
Nie ma potrzeby bronić Kowalczyk, nie chodzi też o to, aby szukać usprawiedliwień, bo ona sama przyznała, że popełniła błędy. Ich efekt to możliwość rozmowy z Justyną w czasie, gdy inne dziewczyny wciąż walczyły na trasie. I naprawdę wolałbym pogadać później. Tym bardziej, że Kowalczyk już teraz stać na lepsze wyniki. Nie brakuje jej mocy, a będzie pewnie coraz silniejsza. W kwalifikacjach pokazała, że jest szybka. Mądry bieg, spokojny awans i piąty czas rozbudziły nadzieje. W serii „wyścigowej” było inaczej. Zepsuty start i błędy na dystansie. Sama Justyna powiedziała, że w Kuusamo wygrywa albo kończy jak dzisiaj i coś w tym jest. Widziałem ją tu pierwszą na mecie, ale też pamiętam, gdy się przewracała i była dyskwalifikowana. Szkoda dla Justyny, że biegi w Kuusamo nie odbywają się, gdy sezon kręci się już na dobre, bo wtedy, na tych trasach, byłoby mniej wpadek, a więcej zwycięstw. Kowalczyk jednak na podium wróci. Ona sama mówi, że cel to oczywiście mistrzostwa świata i bieg na 10 kilometrów, ale po drodze będzie miała kilka okazji, żeby pokazać moc. I nie popełnić błędów. Pierwsza z nich już w niedzielę, na 10 kilometrów klasykiem.

Co powie Laura?

Rozwali je – napisała mi wczoraj Otylia Jędrzejczak i przyznam się szczerze, że trochę jej tego optymizmu zazdroszczę. W końcu to mistrzyni olimpijska, więc rozumie emocje sportowca. Chociaż… można mieć nawet kilka złotych medali i zgubić ten sportowy charakter, prawda panie Robercie? Ale to opowiadanie na inną historię, więc naszego wybitnego chodziarza jedynie serdecznie z Rosji pozdrawiam.
Wróćmy do biegów narciarskich, a dokładniej tego na starcie którego stanie dzisiaj Justyna Kowalczyk. Przed nią dziesięć kilometrów stylem klasycznym w Soczi. A właściwie na trasie, która nazywa się Laura. Ktoś napisał, że ta Laura to miss tych igrzysk i coś w tym jest. Piękna i urocza, to na pewno. Ale i zdradliwa, o czym mogłaby pewnie długo opowiadać Sylwia Jaśkowiec, Maciej Staręga i wielu innych, a nawet Marit Bjoergen. Bo ta Laura musi kogoś polubić, żeby pozwolić mu pokazać wszystko co potrafi i nad czym pracował przez wiele lat. Czy polubi dzisiaj Justynę? Nie wiem. Pytań i znaków zapytania jest zresztą więcej. Odpowiedzi na wiele z nich poznamy pewnie dzisiaj.
Za to na pewno dowiemy się (po raz kolejny zresztą), jak krótka jest droga od bohatera do… no właśnie. Jeśli Justyna zdobędzie medal, będzie wielka, oczywiście. Bo ze złamaną nogą, bo z takim sercem do walki i tak dalej. Gdyby nie wyszło – wszystko odwrotnie. Nie znoszę, gdy ktoś mówi, że coś jest efektem „polskiej mentalności”, ale coś mi mówi, że koło południa znowu się przekonam, że jednak coś w tym jest. Niestety.

Olimpijski spokój (o) Kowalczyk

Wcale się nie dziwię, że Justyna mówi o optymiźmie po biegu łączonym. Za to w internecie wszystko na odwrót – marudy mają swoje pięć minut. A ja po tym starcie mam w sobie jednak więcej spokoju niż miałem przed nim. Bo wtedy kompletnie nie było wiadomo czego można się spodziewać. Nie wiedziała też sama Justyna. Okazało się, że jest nieźle. Nie rewelacyjnie, ale nieźle. Pomogły środki przeciwbólowe. Prawdopodobnie nie było dzisiaj szansy na medal, ale niech nikt mi nie mówi, że upadek przy strefie zmian nart nie miał wpływu na stratę z jaką skończyła bieg. Litości…
Cztery lata temu, po pierwszym starcie w igrzyskach (10 km dow., 5. miejsce) było w sumie podobnie, a może nawet ostrzej, bo wtedy kilka osób wprost zarzuciło trenerowi Aleksandrowi Wierietielnemu, że źle przygotował swoją zawodniczkę do igrzysk. Okazało się, że bredzili. Nie mam pojęcia jak będzie teraz, może faktycznie Justyna nie dobędzie medalu, a może dwa, bo moim zdaniem ma na to wielkie szanse nie tylko na 10 km klasykiem, ale też na 30 km łyżwą. Pewnie, że nie da się porównać sytuacji z Vancouver do obecnej. Inne biegi, inne trasy i inna Justyna. Wtedy była cztery lata młodsza, nie była tak zmęczona i nie miała rozwalonej nogi, ale poczekajmy.
Bo jedno wydaje mi się być pewne – wydawanie kategorycznych sądów po pierwszym starcie jest niepoważne.

Kowalczyk szybka jak nigdy. I co z tego wynika?

Tak szybko na Alpe Cermis Justyna Kowalczyk jeszcze nigdy nie wbiegła. 9-kilometrowa droga na szczyt zajęła jej 33:51.4 i dała triumf wśród pań i czwarte miejsce w klasyfikacji ogólnej (wygrał sparingpartner Justyny – Maciej Kreczmer). Dotąd najlepszy wynik osiągnęła w sezonie 2011/12, kiedy skutecznie walczyła o zwycięstwo z Marit Bjoergen. Wtedy zrobiła to w 35:09.0. Tym razem o triumfie nie ma mowy – Justyna wystartowała w biegu turystycznym, bo z właściwego Tour de Ski się wycofała „w imię zasad”. Biegaczka z Kasiny Wielkiej zaprotestowała w ten sposób przeciwko zmianom programu imprezy w ostatniej chwili.

Oczywiście przyznaje, że jest jej przykro, że chciała biegać, ale czasem są ważniejsze sprawy. Wydaje się, że nawet przy niekorzystnym układzie biegów (dwa sprinty i aż pięć z siedmiu etapów łyżwą) mogłaby się cieszyć dzisiaj z piątego zwycięstwa. To oczywiście tylko gdybanie, ale na Alpe Cermis Justyna potwierdziła, że tak jak mówiła wcześniej, była świetnie przygotowana.

Czy z takiego wyniku, jaki osiągnęła Kowalczyk dzisiaj można wyciągać jakieś głębsze wnioski, na przykład w perspektywie igrzysk olimpijskich? Niekoniecznie. Oczywiście, porównamy pewnie wynik z Therse Johaug i innymi dziewczynami, biegnącymi w TdS, ale to inne biegi. Justyna trenowała, Therse biegnie po wygraną. Pewnie ważniejsze więc od czasu jest to, co mówiła na mecie. Że czuła się bardzo dobrze, że właściwie nie miała poważnego kryzysu na trasie i że „miło” biegło się bez „plecaka presji”. Czas oczywiście jest ważny i daje powody do optymizmu. Tym bardziej, że po wycofaniu się z TdS trener Aleksander Wierietielny zmienił trening i jego podopieczna rozpoczęła już właściwie bezpośrednie przygotowania do startu w Soczi. A to znaczy, że na razie ma przede wszystkim treningi objętościowe, a więc długie. To z kolei oznacza, że nie brakuje jej świeżości. A jednak pobiegła fantastycznie. W smutnym, deszczowym Val di Fiemme dała wielu Polakom powód do uśmiechu.

Początkowo Polka planowała, że wróci szybko do kraju i będzie trenowała w Jakuszycach, ale z powodu warunków atmosferycznych zostaje na razie we Włoszech. Mieszka na wysokości 1800 m n.p.m. w Passo Lavaze i tam będzie dalej szlifowała formę. Na Alpe Cermis pokazała, że są powody do optymizmu.

 

Justyna Kowalczyk na Alpe Cermis (kolejno: sezon, czas etapu z podbiegiem pod ALpe Cermis, miejsce w Tour de Ski):

2013/14   33:51.4   –

2012/13   35:52.5   1.

2011/12   35:09.0   1.

2010/11   35:13.7   1.

2009/10   36:14.8   1.

2008/09   37:26.9   4.

2007/08   36:18.3   7.

2006/07   35:33.1   11.

Bez Wierietielnego nie byłoby Justyny

Bez trenera Wierietielnego nie byłoby żadnych szans, żebym była tu, gdzie jestem. W Niemczech, Finlandii czy Norwegii może tak, ale nie w Polsce. Biegi narciarskie w naszym kraju to była egzotyka – powiedziała mi kiedyś Justyna Kowalczyk o początkach współpracy ze swoim szkoleniowcem, z człowiekiem, który tak naprawdę stworzył ją dla biegów. Przypomniało mi się to teraz, kiedy czytam komentarze pod moim wywiadem ze szkoleniowcem naszej biegaczki (tutaj). Trener powiedział, że ostatnio częściej niż kiedyś mają z Justyną inne pomysły, że są zmęczeni, że nie zawsze jest słodko. I coś w tym dziwnego? W każdym układzie są lepsze i gorsze momenty.Justyna jest uparta, trener też. Gdyby jednak nie byli, nie zdobyliby worka medali. Ten układ działa właśnie dlatego, że mają mocne charaktery. Zawsze mieli.

Justyna opowiadała kiedyś, że z samych początków współpracy najlepiej pamięta prośby trenera, żeby… zwolniła. Dzisiaj dalej trenuje jak niewielu innych na świecie, ale wiele wokół się zmieniło. Justyna jest dorosła, już nie da się jej prowadzić jak młodej dziewczyny. I to też normalna kolej rzeczy. Nie znam wielu podobnych układów zawodniczka-trener, które przetrwałyby tak długo. Co ważniejsze, tak długo na szczycie. I dalej tak będzie. Przecież przed nimi igrzyska w Soczi, impreza, którą mieli w głowie od lat. Przecież ten sezon rozpoczął się naprawdę świetnie, dwoma wygranymi. Pewnie, jeszcze dużo pracy przed nimi, jeszcze będą się różnili w zdaniach i spojrzeniach na wiele spraw. Już przez to przechodzili, choćby podczas ostatnich mistrzostw świata w Val di Fiemme. „Dwoje mądrych ludzi, którzy nagle oddalili się w zupełnie inne galaktyki” – napisał w felietonie dla „Przeglądu Sportowego” dziennikarz TVP Sebastian Parfjanowicz. Wtedy mogło się wydawać, że dalej będzie bardzo trudno.

Minęło kilka miesięcy, trenują razem. Widziałem ich teraz w Kuusamo, po wygranym biegu Justyna padła w ramiona szkoleniowca. Nie, nie ma sielanki. Dalej jest ciężko, ale mają do siebie wielki szacunek i to się nie zmieni. Mają też wspólny cel i, choć zmęczeni, idą w jego kierunku. Dobrym, szybkim krokiem.

Setka dla Justyny, Biegun szaleństwa

Nie wiem który raz jestem w Kuusamo, ale tak szalonego dnia jeszcze tu chyba nie przeżyłem. Zaczęła Justyna Kowalczyk, skończył Krzysztof Biegun, a efekt jest taki, że po raz pierwszy w historii mamy jednocześnie lidera Pucharu Świata w biegach i skokach narciarskich.

Wczoraj pisałem, że Justynie i trenerowi Aleksandrowi Wierietielnemu należy się kredyt zaufania, dodałem też przed piątkowy sprintem, „będzie ok”. Nieśmiało, nie ukrywam, bo jakoś nie byłem pewny, że to wszystko się tak świetnie poukłada. Tymczasem Justyna biegła z każdym startem lepiej. Po drodze pogubiła się Marit Bjoergen i wielu polskich kibiców mogło cieszyć się podwójnie. Swoją drogą, czasem mam wrażenie, że wielu łatwiej przełknąć trzydzieste miejsce Polki w biegu, w którym nie ma Bjoergen niż drugie, ale za Norweżką.

Tak czy inaczej, Justyna poszalała. W sobotę znowu ma szansę, choć ona sama twierdzi, że w ten weekend „wszystko wróci do normy”. Z drugiej strony dodaje, że ten sobotni bieg bardzo lubi. No więc… setka dla Justyny już teraz? Wszystko na to wskazuje. Wbrew pozorom nie chodzi mi o napój, który skutecznie rozgrzewałby człowieka na tym fińskim mrozie, a o setne podium w karierze licząc miejsca w pierwszej trójce pojedynczych biegów, ale i poszczególnych etapów imprez typu Ruka Triple czy Tour de Ski. Po wygranej w sprincie ma ich 99.

Krzysztof Biegun na takie święto musi popracować jeszcze wiele, wiele lat. Ale i tak to, co przeżył przez ostatni tydzień to jak jazda największą kolejką górską świata. Nie schodził z czołówek serwisów sportowych, kraj dowiedział się, że zmarła mu babcia, w międzyczasie trwała dyskusja czy junior musi startować skoro jest liderem PŚ. A w Kuusamo o atrakcje zadbali organizatorzy. Polak opowiedział nam, że szkoda tracić żółty trykot, później organizatorzy wręczyli go Niemcowi Marinusowi Krausowi, a kiedy ten przyszedł na konferencję prasową dowiedział się, że nic z tego, liderem nie jest, bo jednak przegrywa z Biegunem o jeden punkt. Ot, taki fiński, czarny humor.

I tak się zastanawiam – co w Kuusamo wydarzy się jutro :)

Kredyt dla Justyny

Już tyle razy mówili mi, że przechodzę do historii, że chyba tam jestem. Czy nie? Byłabym szczęśliwa, gdyby moje bieganie w tym sezonie pozwoliło walczyć o Kryształową Kulę. Jako jedyna przez ostatnie lata nie schodzę z podium Pucharu Świata. I wiem, jakie to trudne. A jeżeli się nie uda, będę się skupiała na ważniejszych dla mnie biegach, a inne traktować treningowo – powiedziała mi Justyna przed rozpoczęciem tego sezonu.

Ona sama jest ciekawa jak wszystko się potoczy, jak będzie wyglądała sytuacja w Pucharze Świata i, pewnie przede wszystkim, co przyniosą igrzyska olimpijskie w Soczi. Cztery lata temu w Vancouver siedzieliśmy w kawiarni wioski olimpijskiej i padły nawet słowa „złoty medal” w kontekście igrzysk w Rosji. Cztery lata to jednak długo, bardzo długo. Marzenie pewnie się nie zmieniło, ale wiele inne spraw już tak. Da radę? Nie wiem, nie mam pojęcia. Wiem za to jedno – Justyna i trener Aleksander Wierietielny przez te wszystkie lata zasłużyli na kredyt zaufania. Ile było już sezonów, w trakcie których pojawiały się komentarze ekspertów na temat tego, że jest źle przygotowana, że popełnia błędy, że nic z tego nie będzie… A oni za każdym razem się bronili. Wynikami rzecz jasna. Od mistrzostw świata w Libercu nie było dużej imprezy, z której Justyna wracałaby z pustymi rękoma. Startuje wszędzie, nie odpuszcza, robi swoje.

W tych przygotowaniach było trudniej niż wcześniej. Mówi o tym sama Justyna, przyznaje trener Wierietielny. Dodają jednak, że mimo wszystko wykonali plan, że przepracowali tyle godzin, ile trzeba. Wyniki powinny więc przyjść, choć nikt nie jest maszyną (Ba! Maszyny się psują). Jasne, na dobrą formę i medal w Soczi trzeba liczyć, bo trudno mówić o czymś innym w przypadku takiej zawodniczki. Na razie jednak spokojnie.

Siedzę właśnie na lotnisku w Helsinkach, jestem w drodze do Kuusamo i myślę o tym pierwszym starcie. Ja Kuusamo lubię bardzo, no ale nikt mi nie każe tam biegać. – Gdyby te zawody były w kalendarzu Pucharu Świata miesiąc później, traktowałabym je tak samo jak Otepaa, Canmore czy Roglę. Byłoby jednym z moich magicznych miejsc – powiedziała mi ostatnio Justyna. A jednak na dalekiej północy Finlandii z reguły osiąga niezłe wyniki. Teraz też będzie ok.

 

P.S. Coś dla przesądnych: Justyna mieszka w tym roku w tych samych apartamentach co w sezonie przed igrzyskami w Vancouver. Wtedy wygrała w Kuusamo sprint, a z Kanady wróciła z brązowym, srebrnym i złotym medalem.