Zima po mojemu: Czym musi się martwić Stefan Horngacher i skąd startuje Justyna Kowalczyk?

Wierzę, że mam cierpliwość, choć nie chciałbym jej zbyt długo wystawiać na próbę. Przyjdzie moment, kiedy podium stanie się sprawą naglącą. Brakuje mi tego, nie ukrywam. I chciałbym tam być – mówił mi przed wyjazdem do Klingenthal Maciej Kot. Świadomy, inteligentny chłopak, który kiedyś mógłby być dobrym trenerem. Na razie jednak musi jednak sprawdzać swoją wytrzymałość jako skoczek. W Kuusamo nie obronił trzeciego miejsca, w Niemczech spadł z pierwszego. To musi boleć, szczególnie kogoś tak ambitnego.

Zrzut ekranu 2016-12-05 o 12.03.30

Podobnie jest z Kamilem Stochem, choć on akurat nawygrywał w życiu tyle, że mógłby trofeami obdzielić kilku skoczków i wszyscy czuliby się spełnieni. Naszą dwójkę łączy to, że są nastawieni na sukcesy i mają możliwości, aby ją osiągać. Obaj muszą „tylko” być cierpliwi. Ta zima już jest piękna. I nie ma powodu, aby nie była jeszcze piękniejsza. Nie wiem, czy już w Lillehammer lub Engelbergu nasi dolecą do podium, ale zgadzam się z Maćkiem, że później stanie się to już „sprawą naglącą”.
Podium w drużynie już jest, i to wyjątkowe, bo pierwszy raz w historii biało-czerwoni weszli na najwyższy stopień. W sobotę Polacy skakali jak nakręceni. I dobrze później słuchać austriackiego trenera Stefana Horngachera, który mówi, że choć też jest bardzo szczęśliwy, a jego zawodnikom należą się brawa, to tak naprawdę pokazali… 90 procent możliwości. Chcę zobaczyć tej zimy 100 albo chociaż 99 procent tego, na co ich dzisiaj stać. I chcę wierzyć, że Horngacher tak właśnie przygotuje Polaków, że zobaczę to za dwa i pół miesiąca, podczas mistrzostw świata w Lahti. To będzie prawdziwy czas rozliczeń i ocen. Na razie zajadamy się przystawką, która naprawdę dobrze smakuje.
Jeśli skoczkowie startują do sezonu z najwyższego poziomu, to Justyna Kowalczyk na najlepszych na razie spogląda z daleka. Jeśli skoczkowie muszą się martwić, jak utrzymać formę do mistrzostwo, Justyna musi myśleć, jak dojść do optymalnej dyspozycji. Nasi klasycy wybrali zupełnie inne warianty przygotowań, ale cel mają w zasadzie taki sam.
Kowalczyk zaczęła w sumie jak zwykle. Dalej będzie inaczej. Latami przygotowywała się kolejnymi występami w PŚ. To te starty sprawiały, że stawała się coraz lepsza. Teraz pojechała do Włoch, będzie trenowała i ścigała się w Pucharach FIS. Swoją drogą, przed zimowymi igrzyskami w Soczi, gdzie zdobyła złoto na 10 km klasykiem, też zrezygnowała z Tour de Ski (choć w ostatniej chwili w ramach protestu), a szykowała się we włoskiej Santa Caterinie. Teraz też tam jedzie…

Zwycięstwo Polaków to kosmos, prawdziwy majstersztyk!

Po raz dziesiąty w historii polscy skoczkowie weszli na podium konkursu drużynowego o Puchar Świata. Po raz pierwszy jednak wygrali. Piotr Żyła, Kamil Stoch, Dawid Kubacki i Maciej Kot prowadzeni przez Stefana Horngachera napisali piękny rozdział w historii polskich skoków narciarskich. W Klingenthal pokonali rywali o ponad 40 punktów. To kosmos, to majstersztyk i coś niesamowitego! I wreszcie, to sukces, którego bardzo potrzebowała ta dyscyplina.

Zrzut ekranu 2016-11-23 o 18.07.43

Ostatnie dwa lata były bardzo trudne. Efekt był taki, że odszedł wieloletni trener Łukasz Kruczek, który doprowadził Kamila Stocha do dwóch złotych medali olimpijskich w Soczi, mistrzostwa świata i Kryształowej Kuli, a drużynę do dwóch brązowych medali mistrzostw świata. Ostatnio jednak coś się zacięło. Nowy impuls dał Stefan Horngacher, który zastąpił Kruczka. Latem oglądaliśmy Polaków skaczących tak, jak niemal nigdy wcześniej. Wielkie możliwości wreszcie potwierdził Maciej Kot, ustabilizował się Stoch, inni też częściej się uśmiechali.
Tylko to było ledwie lato, przystawka do prawdziwej, zimowej rywalizacji. Na śniegu jednak znowu jest pięknie. Indywidualnie jeszcze Polaka na podium nie było, ale Kot jest bardzo blisko, Stoch znowu trafia w próg i lata bardzo daleko, przebudził się Żyła, solidny jest Kubacki. Ta ekipa pokazała, że potrafi wygrywać. Dokonała tego, czego nie udało się nigdy wcześniej. Adam Małysz, który siedział w czasie konkursu w studiu TVP, mógł się szeroko uśmiechać. Nie wiem, jakie prezenty urodzinowe czekają na niego w domu (w sobotę obchodził 39. urodziny), ale lepszego „podarunku” sportowego nowy pan dyrektor-koordynator nie mógł sobie wymarzyć. Biało-czerwone rakiety odpaliły. Teraz czekamy na niedzielę i pokaz indywidualnych możliwości. Poprzeczka wisi wysoko, bo nie ma co ukrywać – liczymy na podium. A to nie koniec, bo przecież wkrótce Turniej Czterech Skoczni, a przede wszystkim mistrzostwa świata. W Klingenthal pewnie każdy z naszej czwórki życzył sobie po cichu medalu w Finlandii. Najlepiej po powtórce osiągnięcia z Klingenthal.

Weekend niedosytu dla polskiej zimy

Według słownika języka polskiego PWN „niedosyt” to „stan nienasycenia, niezaspokojenia”. I w takim właśnie stanie z Kuusamo wyjechali skoczkowie, Justyna Kowalczyk i polscy dziennikarze oraz garstka fanów, a kibice odchodzili od telewizorów. Tak, tak, wiem, że w Laponii byli nasi kombinatorzy, którzy punktowali, a poza tym… ale to na koniec.
Gdyby ktoś powiedział przed inauguracją sezonu, że odbędą się dwa, dość sprawiedliwe, konkursy, a do tego Maciek Kot wyjedzie z Ruki z miejscem w pierwszej dziesiątce klasyfikacji generalnej PŚ, Piotr Żyła będzie tuż za nią, a solidne skoki odda Piotr Żyła, pewnie większość nie miałaby nic przeciwko. A jednak – Maciek mógł wejść wreszcie na podium, a Piotrek doskoczyć do dziesiątki. Kamil Stoch też mógł być zupełnie gdzie indziej, niż dwa razy w trzeciej dziesiątce. To nie są pobożne życzenia, tylko realna ocena możliwości. Kiedy już w końcu Kamil trafi w próg, poleci bardzo daleko. I w końcu pewnie trafi, choć nawet trener Stefan Horngacher rozkłada ręce, gdy słyszy pytanie o to, kiedy może się to stać. Maciek jest już skoczkiem światowej czołówki. Zostało utrzymać formę i ćwiczyć cierpliwość, bo w przeszłości najczęściej przegrywał ze swoimi ambicjami. Teraz potrzeba mu spokoju, bo wynik przyjdzie. W końcu musi.
Nie mam pojęcia czy „niedosyt” to dobre określenie dla występów Klemensa Murańki i Aleksandra Zniszczoła, bo nasza młodzież, która już najmłodsza nie jest, wróciła bez punktów. Austriacki trener dał im jednak kolejną szansę i jadą do Klingenthal.
„Niedosyt” to też hasło dla Justyny. Szczególnie jeśli chodzi o sobotni sprint. Odpadła w bardzo mocnym ćwierćfinale po własnych błędach, choć to wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej. A tak, rozmawialiśmy sobie po biegu w czasie, gdy mogła walczyć w półfinale. Szkoda… Do niedzielnej dziesiątki klasykiem już takich zastrzeżeń nie ma. Była dziewiąta, widocznie na razie na tyle było ją stać. Wciąż jednak uważam, że to niezły punkt wyjścia dla myśli o podium podczas mistrzostw świata w Lahti.
W Laponii biegali też inni biało-czerwoni, ale może najlepiej będzie na razie o tym zapomnieć i nie komentować. Błysnąć efektownym zdaniem o słabości jest naprawdę łatwo, ale lepiej jeszcze poczekać.
I wreszcie wspomnieni kombinatorzy. Tam prawie wszyscy mogą czuć niedosyt. Nasi zdobywali punkty, co zawsze jest dobrą wiadomością, ale tak generalnie, za każdym razem, gdy oglądam na żywo imprezę, gdzie trwają biegi, skoki i kombinacja, mam wrażenie, że ci ostatnio nie bardzo interesują nawet FIS. Skaczą, gdy akurat nie robią tego skoczkowie, biegają, gdy ktoś im zwolni trasę. W Kuusamo nawet nie bardzo przygotowali im trasę po rywalizacji w klasyku biegaczy. Poupychani w okienka, w sumie niechciani, na marginesie wielkiego zimowego świata. Tak, mogą czuć niedosyt. Ale tak naprawdę to chyba musi być im smutno, po prostu.

Maciej Kot: Takie skoki to męczarnia

Po siedmiu konkursach Pucharu Świata w skokach narciarskich nasi zawodnicy zdobyli łącznie 123 punkty. Ten słabiutki wynik osiągnęło sześciu zawodników (Piotr Żyła 81 pkt, Jan Ziobro 12, Klemens Murańka 10, Dawid Kubacki 8, Maciej Kot 7, Aleksander Zniszczoł 5). Chyba jeszcze nie czas na histerię, ale jest się czym martwić.

– Gdy skaczę jak teraz, to raczej męczarnia. Bez wyników trudno być zadowolonym, bo to one motywują i po to się pracuje. Wtedy to wszystko ma sens. Kiedy człowiek się męczy, radości brakuje – mówił mi wczoraj Maciej Kot. Drugi konkurs w Niżnym Tagile, kiedy nikt z Polaków nie awansował do serii finałowej był zimnym prysznicem dla wszystkich. – Nie powinniśmy się martwić o to czy ktoś wejdzie do trzydziestki, a o to, ilu z nas będzie w pierwszej dziesiątce. To są miejsca, na których chcielibyśmy być. Trzeba coś z tym zrobić – mówi Kot. Ma rację. Taki potencjał ma nasza kadra. I, mimo wszystko, jestem sobie w stanie naszych skoczków na podium mistrzostw świata (oczywiście pod warunkiem, że na skocznię wróci Kamil Stoch). Pytanie co robić dalej, aby obraz z wyobraźni mógł się spełnić?

Trener naszej kadry, Łukasz Kruczek powiedział mi, że na kolejny konkurs do Engelbergu pojedzie siedmiu Polaków, z kadry A i B. Nazwiska poznamy w środę, ale zanosi się na to, że tak czy inaczej, znowu będzie się martwili o to, kto z naszych skoczy w drugiej serii. Z drugiej strony, Engelberg był często miejscem, gdzie Polacy zaczynali wracać na swoje miejsce. Teraz trudno postawić na optymistyczny scenariusz. – Gdy nie pomaga spokój i cierpliwość… Może byłoby dobrze, gdyby ktoś nami wstrząsnął. Niedługo Turniej Czterech Skoczni, później połowa sezonu, więc może terapia szokowa będzie potrzebna – mówił mi Kot, ale dodawał też, że nie chodzi mu o żadne zmiany personalne. I dobrze, Łukasz Kruczek w poprzednich sezonach udowodnił wszystkim, że zna się na swojej robocie.

Kiedyś Hannu, dzisiaj Kamil, czyli jak wykluczyć przypadek

Czy Kamil Stoch zdobędzie medal w Harrachovie? Chciałbym znać odpowiedź już teraz, ale nic z tego. Wiem za to, jak pewnie wszyscy, że szansa jest duża. Od czasów Piotra Fijasa, żaden Polak nie wchodził na podium tej imprezy.

„Brakuje ci tego medalu?” – zapytałem Kamila jakiś czas temu. – Brakuje. I pewnie, że to jeden z moich sportowych celów i marzeń. Tyle tylko, że podchodzę do tego spokojnie. Nie uda się w tym roku w Czechach, będą kolejne mistrzostwa. Chociaż oczywiście, że już teraz zrobię wszystko, żeby wypaść jak najlepiej. Zresztą, moi koledzy także będą się bardzo starali – powiedział Kamil. Jak zwykle, w swoim stylu, czyli skromnie. Zresztą, jeszcze w Soczi zapowiadał, że medale tam zdobyte nic nie zmienią, że chce żyć jak do tej pory. I twardo się tego trzyma. – Jestem tym samym gościem, a przynajmniej się staram. Różnica taka, że mam w plecaku coś więcej niż przed sezonem. Gdy ktoś prosi mnie o autograf to miłe, bo znaczy, że ten ktoś docenia moją pracę – mówił.

Od dzisiaj zaczyna latać, może doleci na podium. Co ciekawe, wygrał już kiedyś konkurs lotów w Planicy, był na podium skoczni w Kulm, jest współrekordzistą Polski (232,5 m), a jednak wielu twierdzi, że mamuty nie są dla niego. Zapytałem o to ostatnio trenera polskiej kadry, Łukasza Kruczka. – Opinie pseudofachowców – powiedział krótko. Kamil tylko się uśmiecha i twierdzi, że „czuje się lotnikiem”.

Do Harrachova przyjechało jednak więcej lotników, takich, którzy mają właściwie ostatnią szansę, żeby nie kończyć sezonu z niczym. Mam tylko nadzieję, że w Harrachovie naprawdę wygra najlepszy. Teoretycznie mistrzostwa świata w lotach dają na to dużą szansę, bo mistrza wyłaniają cztery skoki. Teoretycznie, bo z Harrachovem nigdy nic nie wiadomo (popatrzcie sobie na historię konkursów i ile z nich odwołano albo rozegrano częściowo). Mimo wszystko te cztery serie to dobry pomysł. Zresztą, nie tylko moim zdaniem. Rozmawiałem długo z Kamilem przed wyjazdem do Czech, między innymi o tej kwestii. – Na mistrzostwach trzeba oddać cztery dobre skoki przez dwa dni i to bardzo sprawiedliwe – powiedział i dodał ważne zdanie: – Byłbym za tym, żeby w przyszłości w takiej samej formule rozgrywano mistrzostwa świata.

Chodziło oczywiście o „normalne” mistrzostwa. Kamil ma rację. Podobnie powinno być z igrzyskami, bo rozumiem, że w Pucharze Świata zaczęłoby brakować czasu. Ciekawe czy FIS pójdzie w tę stronę. Kiedyś Hannu Lepistoe proponował, aby do wyniku zaliczać też skok z kwalifikacji. Wszystko po to, aby wykluczyć albo przynajmniej ograniczyć do minimum przypadkowość. Szczerze mówiąc, podobają mi się obydwa pomysły. Ciekawe czy któryś kiedyś uda się wprowadzić w życie…

Kamil Stoch: potrzebowałem tego zwycięstwa

Niżej możecie przeczytać moją rozmowę z Kamilem Stochem z dzisiejszego Przeglądu Sportowego.

Kamil Stoch znowu jest wielki. W niedzielnym konkursie w Lahti polski skoczek spisał się znakomicie. Wygrał zawody w świetnym stylu i znowu jest liderem klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Nam opowiada o tym, dlaczego ta wygrana była mu tak bardzo potrzebna, czego spodziewa się po kolejnych konkursach, formie Petera Prevca i Severina Freunda oraz „porachunkach” z rekordem Masahiko Harady.

Pana niedzielne zwycięstwo w Lahti było niesamowite. Przed drugim skokiem pomyślał pan, że trzeba iść na całość? Pyta, bo wystrzelił pan na progu jak z armaty.

KAMIL STOCH: Dziękuję! Nie poszedłem va banque, ale nie kalkulowałem. Robiłem to, co potrafię najlepiej i skoczyłem. Chciałem, żeby był jak najlepszy, jak najdłuższy i tylko to się dla mnie liczyło.

Gdyby nie robiło się płasko i niebezpiecznie, pewnie wylądowałby pan jeszcze dalej. Pytam, bo wyglądało na to, że trochę wymusił pan lądowanie.

Trochę tak… Odpuszczałem, bo robiło się trochę daleko (śmiech).

Zaraz po lądowaniu złapał się pan za kolano i nie wyglądało to dobrze.

Poczułem lekkie ukłucie, bo spadałem z wysoka i mnie docisnęło do ziemi. Na szczęście nic groźnego się nie stało. Fałszywy alarm.

W Falun za kolano łapał się Noriaki Kasai, ale trudno was porównywać, bo Japończyk to już sportowy staruszek.

(śmiech) Jestem zdania, że do kolejnych igrzysk spokojnie poskacze. A co do mnie, naprawdę wszystko w porządku.

I znowu ma pan koszulkę lidera klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Pan pewnie nie będzie chciał się bawić w prognozy, ale wygląda na to, że tak skaczącego Stocha chyba nikt nie pokona w walce o Kryształową Kulę.

Powiem tak: czuję się bardzo dobrze, jestem w wysokiej formie. Potrzebowałem takich skoków jak w niedzielę w Lahti, bo zwiększyły moją pewność siebie i dały mi sił. Nie będę tego ukrywał. Zdaję sobie jednak sprawę, że Peter Prevc i Severin Freund również są mocni. Obaj znają się na swojej pracy wyśmienicie. Postanowiłem, że nie będę się tym zajmował, tylko skupiał na sobie. Nie ma sensu patrzeć na innych.

Kiedyś już o tym rozmawialiśmy, ale po takich skokach jak w Lahti nie sposób nie wrócić do not sędziowskich. Nie jest pan zdziwiony po perfekcyjnym skoku, że sędziowie nie dają panu najwyższych not?

W Lahti w ogóle na noty nie patrzyłem. O noty jednak trzeba pytać sędziów, o to, jakimi kierują się kryteriami. Wydaje mi się, że kilku chłopaków skacze daleko, nie ma za co odejmować punktów, a jury dopatruje się błędów. Widać każdy ma swój wzór skoku.

Przed panem konkursy w Kuopio i Trondheim. Miłe miejsca, bo rok temu pan tam wygrywał.

Lubię te miejsca. Wiem, że wielu Kuopio nie lubi, ale ja jestem w innej grupie. To bywa specyficzne miejsce, ze swoimi urokami, czyli zmiennymi warunkami, ale jestem optymistą. Fajnie mi się tu skacze i czekam na zawody.

Ma pan tam do wyrównania rachunki z rekordem Masahiko Harady z 1998 roku. Rok temu lądował pan tam na 135 metrze, pół metra bliżej od Japończyka.

Nie, nie. Tam, gdzie on lądował to już naprawdę bardzo daleko. Nic na siłę, na pewno nie będę o tym myślał. Znowu się powtórzę – zrobię swoje, choć przy odrobinie szczęścia rekordy czasem padają.

Trener kadry, Łukasz Kruczek mówił mi w niedzielę, że powiedział mu pan o „drugim oddechu”. Reszcie kadry też by się przydał.

Każdy musi znaleźć sobie swój system, zajrzeć w głąb siebie. Potrzebowałem takiego konkursu jak w niedzielę, bo w Falun i podczas dwóch pierwszych zawodów w Lahti trochę się męczyłem, czułem, że brakuje pary. Powtarzałem sobie jednak, że znowu będzie dobrze, że to tylko chwilowe i wszystko wróci.

A co z resztą drużyny? Bo wszystko trochę „siadło”.

Atmosfera jest dobra, ale zawsze są wzloty i upadki. Nie zawsze będzie dobrze i trzeba się z tym liczyć. Wszystko zależy od tego czy się temu poddasz czy walczysz, żeby znowu było dobrze. W naszej ekipie nikt się nie poddaje, nie ma takiej opcji. Każdy chce, każdy się stara i każdy ma motywację. Czasami „chcieć”, nie znaczy „móc”, ale wierzę, że będzie dobrze.

A panu łatwo skupić się tylko na skokach? Pytam, bo ostatnio próbowano pana wciągać w sprawy polityczne.

Moją odpowiedź była na facebooku. To najlepsze co mogłem zrobić. Mieszanie sportu z polityką i odwrotnie to najgorsze, co można zrobić. Nie powinno się zabijać najważniejszych wartości w sporcie, czyli chęci rozwijania się, sięgania do granic swoich możliwości i zabawy. Nie chcę nic więcej mówić, bo znowu ktoś powie, że komentuję.

Droga Stocha i Kruczka była bardzo długa

Są takie chwile, kiedy człowiek budzi się rano i myśli sobie, że ma jednak naprawdę super pracę. Przerabiałem to dzisiaj rano, myśląc oczywiście ciągle o konkursie na normalnej skoczni i złotym medalu Kamila Stocha. I Mazurku Dąļrowskiego wysłuchanym dzień później. Pewnie, że to nie mój medal, staram się unikać określenia „zdobyliśmy medal”, bo ten zdobył Kamil i ludzie, którzy z nim pracują. Ja tylko oglądałem jak tego dokonali. Ale to i tak fajne uczucie. Nawiasem pisząc, widziałem na żywo jak swoje złoto zdobywała Justyna Kowalczyk cztery lata temu, więc przynajmniej w „świadkowaniu” jestem całkiem niezły.
A co do Kamila – czapki z głów, naprawdę. Droga jaką pokonał ten chłopak jest imponująca. Od nerwusa, który nie radził sobie z emocjami i zdarzało mu się huknąć kaskiem o ścianę z bezsilności do mistrza.
Mistrza, który nie zawodzi w kluczowych momentach (jest przecież aktualnym mistrzem świata), który jest prawdziwym liderem i który wie, jak wygrywać. I pewnie nie byłoby takiego Kamila bez wielu osób, ale jakoś przede wszystkim łączę to z Łukaszem Kruczkiem. Pisałem już tu o nim kilka razy, kolejnej laurki nie będzie. No, może troszkę.
Bo kolejny raz przypomina mi się Puchar Świata w Kuusamo w 2012 roku. Kamil nie awansował wtedy do konkursu, przez strefę rozmów z mediami przemknął bez słowa, ale dzień później chciał już rozmawiać. – Na początek chciałem was bardzo przeprosić – zaczął, a kiedy spytaliśmy co się stało, powiedział: – Dobre pytanie. Po konkursie drużynowym spędziłem pół nocy rozmyślając nad sprawami, których nie rozumiem. No nie rozumiem co się z nami dzieje, z całą ekipą. Latem przygotowywaliśmy się, a teraz okazuje się, że coś jest nie tak. Nie wiem, być może to coś w naszych głowach. Ja się czuję fizycznie rewelacyjnie, skacze w seriach próbnych dobrze, w przychodzą zawody i wszystko odpływa.
Wszystko to było po gorącej nocy. Nocy, podczas której Kruczek powiedział kadrze, że jeśli ktokolwiek uważa, że to potrzebne, odejdzie. Kamil wtedy nie mówił nic, bo pewnie i tak niewiele do niego docierało. W obronie stanął Maciek Kot, później wszyscy inni. Dzień później Kamil. Tamte wydarzenia były punktem zwrotnym w historii tej kadry. – Odejście Łukasz byłoby najgorszą decyzją. Jeśli Łukasz odejdzie to ja też odejdę – powiedział. Brzmiało jak szantaż, ale Kamil stał przy swoim. – Skoro coś zaczęliśmy to musimy doprowadzić do końca. Nie można rezygnować po kilku nieudanych zawodach. Poprzedniej zimy i latem wszystko działało. Ja się zastanawiam dlaczego wyrzuca się trenerów w innych dyscyplinach po jednym czy drugim nieudanym starcie, skoro tak naprawdę budowa zajmuje kilka lat. Teraz najważniejszy jest dla nas spokój i poparcie kibiców – tłumaczył.
Później przyszło mistrzostwo świata, mistrzostwo olimpijskie, wiele świetnych konkursów. Nie tylko Kamila. Kruczek z wyśmiewanego skoczka, a później trenera, stał się trenerską gwiazdą. Droga od tłumacza Heinza Kuttina do jednego z najlepszych szkoleniowców świata trwała kilka lat, ale dzisiaj chyba nikt nie wątpi, że nie było warto, prawda? Tym bardziej, że wszystko wskazuje na to, że jeszcze nie koniec sukcesów. Nawet w Soczi. A ja mam tego farta, że mogę się temu przyglądać z bliska.

Po medal (medale?) przez Willingen

Kiedy pisałem te słowa, Kamil Stoch i spółka powinni wreszcie lecieć samolotem, którym dotrą na dzisiejsze kwalifikacje do Willingen. Dotrą pewnie też na treningi. Wylot z Krakowa opóźnił się co prawda o ponad półtorej godziny, ale Polacy tym razem podróżują prywatnym samolotem i wylądują zaledwie pół godziny drogi od Willingen. Tak więc zdążą. To tak tytułem wstępu.

Pytanie co wydarzy się w Willingen? Rok temu sypało tak, że odwołali konkurs indywidualny. Teraz to ostatni test przed igrzyskami. Test, z którego nic nie musi wynikać. Sprawdźcie sobie jakie miejsca zajmował Kamil Stoch przed mistrzostwami świata w Val di Fiemme, gdzie później został mistrzem świata. Willingen to raczej okazja, żeby przetestować sprzęt w warunkach bojowych, ewentualnie wzbudzić niepokój konkurencji jakąś nowinką.

Zresztą, cokolwiek słychać w wypowiedziach, teraz wszyscy mają już obrany cel: Soczi. Rozmawiałem ostatnio długo o igrzyskach z Maćkiem Kotem. „Skoro rok temu zdobyliście w drużynie brąz, to teraz trudno wymagać czegoś innego niż…”, zacząłem, a Maciek szybko odpowiedział: – Medalu. Bo walczyć będziemy zawsze. Trudno zresztą jechać na imprezę i tego nie robić. Medalu nie obiecamy, wiadomo, ale taki jest nasz cel. Oczekujemy tego my, kibice i media. Stać nas, przecież już to udowodniliśmy. Tylko że nie tylko nas, a kilka drużyn. Teraz trzeba tak pokierować przygotowaniami, żebyśmy to my zaskoczyli. Kiedyś Austria miała złoto pewne, już przed zawodami, byli nieosiągalni dla innych. To jednak się już zmieniło.

Tak naprawdę w grze o podium może się liczyć sześć ekip: Austria, Japonia, Niemcy, Norwegia, Polska i Słowenia (kolejność alfabetyczna). Konkurs drużynowy będzie „deserem” na koniec igrzysk, ale tak naprawdę biało-czerwoni mają też wielkie apetyty w zawodach indywidualnych. Nie tylko Kamil Stoch. To jakby oczywista oczywistość. Jest mistrzem świata, więc chyba jasne, że go stać na to, aby zdobywać medale.

Pozostali? Mogą sprawić niespodzianki. Podkreślam „mogą”. – Mój cel minimum to pierwsza dziesiątka. To byłby wynik do przyjęcia, chociaż wiadomo, że podczas igrzysk liczą się medale. Kolejnych nikt później nie pamięta. Trzeba jednak realnie oceniać szanse w swoim sumieniu – mówi Kot. Czasem ta ambicja chyba mu wręcz przeszkadzała, ale tak naprawdę podoba mi się, że nie chowa głowy w piasek. No to skaczcie panowie. Dzisiaj, jutro i pojutrze W Willingen, a później wiadomo – kierunek: Soczi!

Gdybyście nie wiedzieli kto przygotuje Stochowi i spółce kombinezony na igrzyska olimpijskie w Soczi…

To odpowiedź znajdziecie niżej (mój tekst z dzisiejszego Przeglądu Sportowego):

Wysoka forma i dobry sprzęt – to kombinacja potrzebna skoczkowi narciarskiemu do osiągnięcia sukcesu. O tę drugą kwestię w przypadku kadrowiczów na igrzyska olimpijskie w Soczi zadba… Stefan Hula. A właściwie firma Huligans, którą założył skoczek ze Szczyrku i jego żona Marcelina. Cała nasza olimpijska kadra, czyli Kamil Stoch, Jan Ziobro, Maciej Kot, Piotr Żyła i Dawid Kubacki zakładają bowiem na zawody i treningi kombinezony szyte przez firmę ich kolegi. W Soczi spróbują w nich skoczyć po medale.

– Gdyby te kombinezony nie spełniały oczekiwań chłopaków, Stefan nie miałby co liczyć na kolegów. To jednak jedne z najlepszych kombinezonów na świecie! A firma to strzał w dziesiątkę. Po zakończeniu poprzedniego sezonu omawialiśmy wszystkie wydarzenia. Między innymi jego początek, kiedy właśnie kombinezony zawiodły. Marcelina, żona Stefana, która ukończyła włókiennictwo, rzuciła hasło, że mogłaby spróbować uszyć odpowiedni strój. I wyszło super – opowiada Ewa Bilan-Stoch, żona Kamila Stocha i jednocześnie menedżerka męża, Jana Ziobry, Dawida Kubackiego i właśnie Huli.

Stefan ciągle nie zamierza rezygnować ze skakania, ale też przekonuje, że nowa działalność bardzo mu się podoba i być może stanie się pomysłem na przyszłość. – Kupiliśmy maszyny i działamy. Ja oczywiście nie jestem krawcem. Robimy z żoną formy, które wspólnie wycinamy, a ona później zszywa. To ona wykonuje największą robotę! – mówi Stefan.

 

Żyle zadrżało serce podczas wyboru składu

Nie chce mi się zbyt długo komentować wyboru składu kadry skoczków na igrzyska olimpijskie do Soczi. Tym bardziej, że się z nim całkowicie zgadzam. Łukasz Kruczek mówił od dawna to, co było zresztą jasne – ktoś będzie cierpiał. Pomijając Kamila Stocha, wybór był dokonywany z bardzo wyrównanej grupy zawodników. Postawił tak, a nie inaczej, wybrał Dawida Kubackiego, a w domu zostawił Klemensa Murańkę. Prawo (i obowiązek) sztabu trenerskiego. Poza tym, cały obecny szum dotyczył formalnie rezerwowego… Ochłonie też Klimek i jego rodzina, mam przynajmniej taką nadzieję, bo na tych igrzyskach świat 19-latka się nie kończy. Chyba że Murańka pojedzie na konkurs Pucharu Świata do Willingen (a jeśli nie będzie to kolidowało z przygotowaniami do mistrzostw świata juniorów to bardzo możliwe) i tam będzie wyżej od Dawida Kubackiego. Wtedy od nowa się zacznie. Tylko że decyzja już zapadła, więc po herbacie i nie ma już o czym mówić. – Nie chcę oceniać, decyduje trener. Jedyne co mogę teraz zrobić to chronić tych, którzy zostali powołani – powiedział mi dzisiaj Kamil Stoch, który bardziej rozpamiętuje niedzielną parodię konkursu w Zakopanem. – Było mi przykro, że konkurs odbył się w takich warunkach. Przygotowałem się mentalnie przez miesiąc do tych zawodów i chciałem, żeby wygrał najlepszy – mówi Kamil.

A wracając do kwalifikacji – zasady były jasne. Trzech najlepszych, czyli z największą liczbą punktów zawodów Pucharu Świata od pierwszego konkursu Turnieju Czterech Skoczni w Oberstdorfie miało gwarancję wyjazdu na igrzyska. Był to Kamil Stoch, Jan Ziobro i Maciej Kot. Dwóch pozostałych to wybór sztabu. Koniec i kropka. Chłopaki też znali zasady.

A w sztabie wcale nie było jednomyślności. Jeszcze na Wielkiej Krokwi zdania były podzielone. Pół godziny później decyzja sztabu szkoleniowego była już bardziej klarowna i usłyszeli ją skoczkowie. Wiecie komu tam pierwszemu zadrżało serce? Piotrowi Żyle. Maciej Kot opowiadał mi, że Łukasz Kruczek przypomniał trójkę, która wyjazd ma pewny, a później dodał, że o pozostałe dwa miejsca walczyli Dawid, Klimek oraz Krzysztof Biegun i… mówił dalej. Piotrek zbladł na kilka chwil i odzyskał równowagę dopiero kiedy Łukasz zdał sobie sprawę z pominięcia jednego nazwiska. A Maciek pół żartem zaczął mierzyć tętno koledze… Swoją drogą, gdyby Żyła nie znalazł się w składzie, miałby chyba i tak szansę na wyjazd. Tyle że w konkursie jednego ze swoich sponsorów „Wyskocz do Soczi z Piotrem Żyłą”.