Zima w Kuusamo, czyli gdzie Mikołaj lubi zapalić…

Nigdy więcej tu nie przyjadę! – powiedział kilka lat temu, po jednym z konkursów w Kuusamo Kamil Stoch. Jasiek Ziobro śmiał się innym razem: „Kuusamo, to samo!”. Gregor Schlierenzauer opowiadał o sympatii do Laponii, gdy był na szczycie, ale gdy razem z innymi skoczkami stał ze spakowanymi torbami pod hotelem Rantasipi Rukahovi, minę miał nietęgą. Bo zdarzały się weekendy, przed którymi cały świat skoków leciał z kontynentalnej Europy do Helsinek, a stamtąd na daleko Północ, żeby w ciągu kilku dni nie oddać żadnej próby. Bo wiało. Bo w Kuusamo zawsze wieje. Mniej, bardziej, ale zawsze. To dlatego kompleks w Ruce miał wypaść z kalendarza PŚ. Ostatecznie FIS przekonały warte milion euro inwestycje w siatki ochronne i mrożone tory. I choć sam kilka razy wyjeżdżałem z Laponii z poczuciem, że w zasadzie nie było nawet o czym pisać (jestem od relacjonowania zawodów sportowych, a nie pogody), myślę, że Kuusamo w kalendarzu być musi. Zresztą, większość skoczków, gdy już ochłoną, przyznają, że tej Laponii trudno nie lubić i wracają.

Zrzut ekranu 2016-11-24 o 15.17.33
Sam na pewno nie zmienię zdanie z powodu czwartkowych kwalifikacji, jakkolwiek się potoczą, bo w tym czasie będę w samolocie z Helsinek do Oulu, a stamtąd jeszcze chyba ponad 200 kilometrów jazdy do wynajętej drewnianej chatki w Ruce.
Kuusamo to coś więcej, niż tylko zawody sportowe w biegach i skokach narciarskich. To miejsce, gdzie w listopadzie śnieg skrzypi pod nogami, gdzie czuć i widać prawdziwą zimę z ośnieżonymi drzewami, a dzień trwa zaledwie kilka chwil. Miejsce, gdzie miejscowi żyją, jakby trochę oderwani od pędzącego świata, dzikie renifery wchodzą na ulice, czasem do centrum miasta albo zaglądają przez uchylone okna w chatce, w o której wspomniałem, a te oswojone mieszkają z ludźmi, jak u nas na wsiach psy. I wreszcie miejsce, gdzie zawsze przy okazji PŚ można spotkać świętego Mikołaja. To znaczy tego, do którego listy ślą dzieci z całego świata. Mieszka w miejscowości Rovaniemi i podejrzewam, że razem z panią mikołajową, zatrudniają go na etacie, aby jak miś na Krupówkach w Zakopanem pozował do zdjęć. Swoją drogą, tego samego Mikołaja widziałem kilka razy za rogiem budynku, jak popalał papierosa, a później strzepywał popiół z oryginalnej mikołajowej brody.
Kuusamo to też mrozy. Podczas jednego z moich pierwszych wyjazdów do Laponii były nawet takie, które przekraczały -30. A Justyna Kowalczyk i tak trenowała. Gdy schodziła z tras, z brwi zwisały jej długie sople. Nie mam pojęcia, który to mógł być rok, ale pamiętam ten obrazek doskonale. Nigdy też pewnie nie zapomnę posiedzeń z miejscowymi, którzy nie lubią mówić, ale kochają biesiadować, choć to już inna historia. Mówiąc jednak całkiem serio – trudno w Europie znaleźć miejsce, gdzie o tej porze roku jest ładniejsza zima. I pewnie dlatego Kuusamo ciągle jest w kalendarzu.

Setka dla Justyny, Biegun szaleństwa

Nie wiem który raz jestem w Kuusamo, ale tak szalonego dnia jeszcze tu chyba nie przeżyłem. Zaczęła Justyna Kowalczyk, skończył Krzysztof Biegun, a efekt jest taki, że po raz pierwszy w historii mamy jednocześnie lidera Pucharu Świata w biegach i skokach narciarskich.

Wczoraj pisałem, że Justynie i trenerowi Aleksandrowi Wierietielnemu należy się kredyt zaufania, dodałem też przed piątkowy sprintem, „będzie ok”. Nieśmiało, nie ukrywam, bo jakoś nie byłem pewny, że to wszystko się tak świetnie poukłada. Tymczasem Justyna biegła z każdym startem lepiej. Po drodze pogubiła się Marit Bjoergen i wielu polskich kibiców mogło cieszyć się podwójnie. Swoją drogą, czasem mam wrażenie, że wielu łatwiej przełknąć trzydzieste miejsce Polki w biegu, w którym nie ma Bjoergen niż drugie, ale za Norweżką.

Tak czy inaczej, Justyna poszalała. W sobotę znowu ma szansę, choć ona sama twierdzi, że w ten weekend „wszystko wróci do normy”. Z drugiej strony dodaje, że ten sobotni bieg bardzo lubi. No więc… setka dla Justyny już teraz? Wszystko na to wskazuje. Wbrew pozorom nie chodzi mi o napój, który skutecznie rozgrzewałby człowieka na tym fińskim mrozie, a o setne podium w karierze licząc miejsca w pierwszej trójce pojedynczych biegów, ale i poszczególnych etapów imprez typu Ruka Triple czy Tour de Ski. Po wygranej w sprincie ma ich 99.

Krzysztof Biegun na takie święto musi popracować jeszcze wiele, wiele lat. Ale i tak to, co przeżył przez ostatni tydzień to jak jazda największą kolejką górską świata. Nie schodził z czołówek serwisów sportowych, kraj dowiedział się, że zmarła mu babcia, w międzyczasie trwała dyskusja czy junior musi startować skoro jest liderem PŚ. A w Kuusamo o atrakcje zadbali organizatorzy. Polak opowiedział nam, że szkoda tracić żółty trykot, później organizatorzy wręczyli go Niemcowi Marinusowi Krausowi, a kiedy ten przyszedł na konferencję prasową dowiedział się, że nic z tego, liderem nie jest, bo jednak przegrywa z Biegunem o jeden punkt. Ot, taki fiński, czarny humor.

I tak się zastanawiam – co w Kuusamo wydarzy się jutro :)

Kredyt dla Justyny

Już tyle razy mówili mi, że przechodzę do historii, że chyba tam jestem. Czy nie? Byłabym szczęśliwa, gdyby moje bieganie w tym sezonie pozwoliło walczyć o Kryształową Kulę. Jako jedyna przez ostatnie lata nie schodzę z podium Pucharu Świata. I wiem, jakie to trudne. A jeżeli się nie uda, będę się skupiała na ważniejszych dla mnie biegach, a inne traktować treningowo – powiedziała mi Justyna przed rozpoczęciem tego sezonu.

Ona sama jest ciekawa jak wszystko się potoczy, jak będzie wyglądała sytuacja w Pucharze Świata i, pewnie przede wszystkim, co przyniosą igrzyska olimpijskie w Soczi. Cztery lata temu w Vancouver siedzieliśmy w kawiarni wioski olimpijskiej i padły nawet słowa „złoty medal” w kontekście igrzysk w Rosji. Cztery lata to jednak długo, bardzo długo. Marzenie pewnie się nie zmieniło, ale wiele inne spraw już tak. Da radę? Nie wiem, nie mam pojęcia. Wiem za to jedno – Justyna i trener Aleksander Wierietielny przez te wszystkie lata zasłużyli na kredyt zaufania. Ile było już sezonów, w trakcie których pojawiały się komentarze ekspertów na temat tego, że jest źle przygotowana, że popełnia błędy, że nic z tego nie będzie… A oni za każdym razem się bronili. Wynikami rzecz jasna. Od mistrzostw świata w Libercu nie było dużej imprezy, z której Justyna wracałaby z pustymi rękoma. Startuje wszędzie, nie odpuszcza, robi swoje.

W tych przygotowaniach było trudniej niż wcześniej. Mówi o tym sama Justyna, przyznaje trener Wierietielny. Dodają jednak, że mimo wszystko wykonali plan, że przepracowali tyle godzin, ile trzeba. Wyniki powinny więc przyjść, choć nikt nie jest maszyną (Ba! Maszyny się psują). Jasne, na dobrą formę i medal w Soczi trzeba liczyć, bo trudno mówić o czymś innym w przypadku takiej zawodniczki. Na razie jednak spokojnie.

Siedzę właśnie na lotnisku w Helsinkach, jestem w drodze do Kuusamo i myślę o tym pierwszym starcie. Ja Kuusamo lubię bardzo, no ale nikt mi nie każe tam biegać. – Gdyby te zawody były w kalendarzu Pucharu Świata miesiąc później, traktowałabym je tak samo jak Otepaa, Canmore czy Roglę. Byłoby jednym z moich magicznych miejsc – powiedziała mi ostatnio Justyna. A jednak na dalekiej północy Finlandii z reguły osiąga niezłe wyniki. Teraz też będzie ok.

 

P.S. Coś dla przesądnych: Justyna mieszka w tym roku w tych samych apartamentach co w sezonie przed igrzyskami w Vancouver. Wtedy wygrała w Kuusamo sprint, a z Kanady wróciła z brązowym, srebrnym i złotym medalem.