Zanim zacznie się sezon, jest… farsa po norwesku

Zapłakana Therese Johaug, lekarz, który robi z siebie wariata, Norwegowie zdziwieni tym, że świat na przemian się z nich śmieje i wbija szpilki, komisja śledcza, która ma wszystko wyjaśnić. Nie mam pojęcia w jakim celu Norwegowie piszą tę farsę, ale trzeba przyznać, że robią to w ostatnich miesiącach w bardzo „umiejętny” sposób.
Therese Johaug i Heidi Weng
Farsa – odmiana komedii, w której łatwowierni bohaterowie zostają wciągnięci w serię coraz bardziej nieprawdopodobnych, niewygodnych lub kompromitujących wydarzeń. Sytuacje te najczęściej są spowodowane wadami bohaterów, takimi jak np. próżność, sprzedajność lub chciwość. Wysiłki podejmowane w celu wybrnięcia z sytuacji prowadzą do dalszego zapętlenia i jeszcze większej kompromitacji, aż do momentu, w którym w komicznych punktach kulminacyjnych wady zostają odpowiednio upokarzająco i przykładnie ukarane, po czym następuje względnie szczęśliwe zakończenie. Farsy są poświęcone obnażaniu ludzkich słabości – to definicja skopiowana z wikipedii.
Do słów w „względnie szczęśliwym zakończeniu” (a pewnie z ich punktu widzenia tak się skończy) teoria pasuje jak ulał do norweskich biegów na nieco ponad tydzień przed startem Pucharu Świata. W rolach głównych występują: Zapłakana Therese Johaug, lekarz, który robi z siebie wariata, Norwegowie zdziwieni tym, że świat na przemian się z nich śmieje i wbija szpilki, komisja śledcza, która ma wszystko wyjaśnić, a teraz dołączyła Heidi Weng, która stała się „paranoiczką”. Nie mam pojęcia w jakim celu Norwegowie piszą tę sztukę, ale trzeba przyznać, że robią to w ostatnich miesiącach w bardzo „umiejętny” sposób. Najpierw Martin Johan Sundby, który ponoć z lekarzem pomylił się i zamiast jednego wdechu leku na astmę, wziął ich o kilka za dużo. Wiadomo, nie jego wina. Później zdziwionym juniorom, którzy przyznali, że te same leki na astmę dostają, choć są zdrowi, wytłumaczono, że dostają leki „zapobiegawczo”. Brzmi idiotycznie, ale jakoś rozeszło się po kościach.
Wreszcie wpadka Johaug. Już nie astma, ale steryd. Był płacz i szloch, a winnym okazał się lekarz, który podał biednej Therese lek z zabronionym środkiem. To nic, że ta sama Johaug chwilę wcześniej opowiadała w wywiadach, że rozkłada na czynniki pierwsze wszystko co przyjmuje i upewnia się nawet co do pochodzenia torebki do herbaty. Nieważne także, że lekarz pracował w firmie, która maść wyprodukowała, a jej pudełko miało na sobie wielki znak zakazu z napisem „Doping”. Ot, pomyłka, rozumiecie? No właśnie, ja też nie. Teraz do sprawy włączył się prawnik Therese. – Ilość klostebolu (zabronionej substancji, którą wykryto u Johaug) w organizmie Therese była na tyle mała, że nie można mówić w tym wypadku o jakichkolwiek dowodach. Chcielibyśmy również zobaczyć dokumenty, które potwierdzają, że zawodniczka osiągała zdecydowanie lepsze wynik po zażyciu tego zakazanego środka – wspominał Morten Johnsen Justad. Kolejny… wiadomo. Po cholerę komu dokumenty pokazujące, o ile szybciej biega Johaug? Przepisy są jasne. Wciąż jednak stawiam, że najpóźniej przed zimowymi igrzyskami w Korei wróci na trasy. Na razie pewne są dwie sprawy: ta telenowela potrwa jeszcze długo i nie skończy się wydaniem wyroku, a dzięki niej Johaug stała się w swoim kraju jeszcze popularniejsza.
O nebulizatorach w strefie relaksu norweskiej ciężarówki pisać mi się nie chce. W sumie nie są zakazane, tak jak astma. A że i tak wyszło żenująco? Na miejscu Norwegów bym się nie przejmował, bo przy tych wszystkich wpadkach, to w zasadzie drobiazg.
A teraz do sprawy włączyła się sympatyczna skądinąd Heidi Weng. – Po wpadce dopingowej Therese Johaug wyrzucam do kosza do połowy pełne butelki z napojami. Nigdy nie wiesz, kiedy ktoś zechce cię zniszczyć – powiedziała norweskiej gazecie „VG”. Heidi, po co ci to? Weng zawsze kojarzyła mi się z sympatyczniejszą twarzą norweskich biegów. Miła, fajna dziewczyna, która na mecie jest zmęczona i potrafi się cieszyć wyjątkowo naturalnie. Teraz tłumaczy jakieś oczywistości. Bo nie znam poważnego sportowca, który napiłby się z opróżnionej do połowy butelki. To nie paranoja, tylko zawodowy sport. I „zniszczyć”? Norweskich biegów nikt nie niszczy. Sami sobie strzelili najpierw w stopę, a później jeszcze kilka razy pociągnęli za spust. A teraz się dziwią, że rana boli.