Zima w Kuusamo, czyli gdzie Mikołaj lubi zapalić…

Nigdy więcej tu nie przyjadę! – powiedział kilka lat temu, po jednym z konkursów w Kuusamo Kamil Stoch. Jasiek Ziobro śmiał się innym razem: „Kuusamo, to samo!”. Gregor Schlierenzauer opowiadał o sympatii do Laponii, gdy był na szczycie, ale gdy razem z innymi skoczkami stał ze spakowanymi torbami pod hotelem Rantasipi Rukahovi, minę miał nietęgą. Bo zdarzały się weekendy, przed którymi cały świat skoków leciał z kontynentalnej Europy do Helsinek, a stamtąd na daleko Północ, żeby w ciągu kilku dni nie oddać żadnej próby. Bo wiało. Bo w Kuusamo zawsze wieje. Mniej, bardziej, ale zawsze. To dlatego kompleks w Ruce miał wypaść z kalendarza PŚ. Ostatecznie FIS przekonały warte milion euro inwestycje w siatki ochronne i mrożone tory. I choć sam kilka razy wyjeżdżałem z Laponii z poczuciem, że w zasadzie nie było nawet o czym pisać (jestem od relacjonowania zawodów sportowych, a nie pogody), myślę, że Kuusamo w kalendarzu być musi. Zresztą, większość skoczków, gdy już ochłoną, przyznają, że tej Laponii trudno nie lubić i wracają.

Zrzut ekranu 2016-11-24 o 15.17.33
Sam na pewno nie zmienię zdanie z powodu czwartkowych kwalifikacji, jakkolwiek się potoczą, bo w tym czasie będę w samolocie z Helsinek do Oulu, a stamtąd jeszcze chyba ponad 200 kilometrów jazdy do wynajętej drewnianej chatki w Ruce.
Kuusamo to coś więcej, niż tylko zawody sportowe w biegach i skokach narciarskich. To miejsce, gdzie w listopadzie śnieg skrzypi pod nogami, gdzie czuć i widać prawdziwą zimę z ośnieżonymi drzewami, a dzień trwa zaledwie kilka chwil. Miejsce, gdzie miejscowi żyją, jakby trochę oderwani od pędzącego świata, dzikie renifery wchodzą na ulice, czasem do centrum miasta albo zaglądają przez uchylone okna w chatce, w o której wspomniałem, a te oswojone mieszkają z ludźmi, jak u nas na wsiach psy. I wreszcie miejsce, gdzie zawsze przy okazji PŚ można spotkać świętego Mikołaja. To znaczy tego, do którego listy ślą dzieci z całego świata. Mieszka w miejscowości Rovaniemi i podejrzewam, że razem z panią mikołajową, zatrudniają go na etacie, aby jak miś na Krupówkach w Zakopanem pozował do zdjęć. Swoją drogą, tego samego Mikołaja widziałem kilka razy za rogiem budynku, jak popalał papierosa, a później strzepywał popiół z oryginalnej mikołajowej brody.
Kuusamo to też mrozy. Podczas jednego z moich pierwszych wyjazdów do Laponii były nawet takie, które przekraczały -30. A Justyna Kowalczyk i tak trenowała. Gdy schodziła z tras, z brwi zwisały jej długie sople. Nie mam pojęcia, który to mógł być rok, ale pamiętam ten obrazek doskonale. Nigdy też pewnie nie zapomnę posiedzeń z miejscowymi, którzy nie lubią mówić, ale kochają biesiadować, choć to już inna historia. Mówiąc jednak całkiem serio – trudno w Europie znaleźć miejsce, gdzie o tej porze roku jest ładniejsza zima. I pewnie dlatego Kuusamo ciągle jest w kalendarzu.

Wszyscy kombinują, ale Jacobsen przesadził

Anders Jacobsen został ukarany naganą za „zachowanie niegodne sportowca”. Zwycięzca noworocznego konkursu w Garmisch-Partenkirchen miał zbyt długie rękawy kombinezonu, na co zwrócił uwagę szwajcarski „Blick”. Szwajcarzy byli bardzo czuli na tym punkcie, bo przez Jacobsena ucierpiał ich idol, Simon Ammann. Później ruszyła lawina. Oczywiście Norwegowi nic się nie stanie, usłyszał tylko kilka przykrych słów od Seppa Gratzera, kontrolera sprzętu w skokach, ale to wszystko. Oszustwa nie było, raczej naginanie przepisów. Norwega bronić nawet nie ma co próbować, choć warto pamiętać, że kombinują wszyscy. – Jacobsen przesadził. Podczas kontroli po skoku nic nie wyszło, ale tę przeprowadza się po oddaniu próby, a nie w trakcie – powiedział mi jeden z ludzi ze świata skoków. Dodał też coś jeszcze: – Każdy kombinuje, aby mieć jak największą powierzchnię nośną w trakcie skoku, ale niewielu przegina jak Anders. Norweg naciągnął maksymalnie rękawy i pod pachami stworzył właśnie tę większą powierzchnię. Po skoku zaczął się cieszyć, wykonał odpowiednie gesty i wszystko z kombinezonem wróciło do normy. Trudno policzyć ile dodatkowych metrów w ten sposób zyskał. Przede wszystkim trzeba dobrze skakać, ale dobry kombinezon to zawsze kilka metrów. Poza tym, zawodnikowi, który ma taką „nowinkę” wzrasta pewność siebie i spirala się nakręca.

Jacobsen nie jest pierwszym, ani na pewno ostatnim kombinatorem. Większość kibiców skoków pamięta wykrzywione bolce Simona Ammanna podczas igrzysk olimpijskich w Vancouver (swoją drogą, wtedy „Blick” nie protestował). Nowinki sprzętowe mieli też Polacy podczas igrzysk w Soczi. W żadnym z tych przypadków nie można było jednak mówić o zachowaniu nie fair. Tu jest inaczej, bo mamy niemal powrót do słynnych kombinezonów Austriaków z krokiem na wysokości kolan. Swoją drogą, mało kto zwrócił uwagę, że całkiem niedawno, przy okazji Pucharu Kontynentalnego zdyskwalifikowano pięciu Austriaków. Wszystko dlatego, że zwęzili i pozszywali numery startowe i w ten sposób bardziej je dopasowali do kombinezonu. – Niby drobiazg, ale tak naprawdę ważny szczegół. Taki numerek, szczególnie u mniejszych zawodników, powoduje duże turbulencje i hamuje zawodnika w powietrzu. Kiedyś były odpowiednie badania i różnica jest znacząca – mówi jeden z ludzi, którzy na co dzień są przy Pucharze Świata z zawodnikami. Krótko mówiąc, kombinacje były i będą zawsze. Im bardziej ten sport będzie kierował się w stronę technologii, tym więcej zawodników i ich sztabów szkoleniowych będzie szukało rozwiązań pomagających daleko skakać. Pisałem to kilka razy, więc się powtórzę, ale dzisiaj to zupełnie inny sport niż w czasach Wojciecha Fortuny. Ba! Zmienił się bardzo od czasów Adama Małysza, o czym zresztą sam mistrz często wspominał. Wojna technologiczna trwa, wzajemne szpiegowanie nabiera olbrzymich rozmiarów (ekipy nawzajem wysyłają za sobą na treningi fotoreporterów, aby ci dokumentowali zmiany w sprzęcie), a będzie pewnie coraz gorzej. Kombinacje w skokach? To temat na naprawdę dobry film. Szpiegowski.

Maciej Kot: Takie skoki to męczarnia

Po siedmiu konkursach Pucharu Świata w skokach narciarskich nasi zawodnicy zdobyli łącznie 123 punkty. Ten słabiutki wynik osiągnęło sześciu zawodników (Piotr Żyła 81 pkt, Jan Ziobro 12, Klemens Murańka 10, Dawid Kubacki 8, Maciej Kot 7, Aleksander Zniszczoł 5). Chyba jeszcze nie czas na histerię, ale jest się czym martwić.

– Gdy skaczę jak teraz, to raczej męczarnia. Bez wyników trudno być zadowolonym, bo to one motywują i po to się pracuje. Wtedy to wszystko ma sens. Kiedy człowiek się męczy, radości brakuje – mówił mi wczoraj Maciej Kot. Drugi konkurs w Niżnym Tagile, kiedy nikt z Polaków nie awansował do serii finałowej był zimnym prysznicem dla wszystkich. – Nie powinniśmy się martwić o to czy ktoś wejdzie do trzydziestki, a o to, ilu z nas będzie w pierwszej dziesiątce. To są miejsca, na których chcielibyśmy być. Trzeba coś z tym zrobić – mówi Kot. Ma rację. Taki potencjał ma nasza kadra. I, mimo wszystko, jestem sobie w stanie naszych skoczków na podium mistrzostw świata (oczywiście pod warunkiem, że na skocznię wróci Kamil Stoch). Pytanie co robić dalej, aby obraz z wyobraźni mógł się spełnić?

Trener naszej kadry, Łukasz Kruczek powiedział mi, że na kolejny konkurs do Engelbergu pojedzie siedmiu Polaków, z kadry A i B. Nazwiska poznamy w środę, ale zanosi się na to, że tak czy inaczej, znowu będzie się martwili o to, kto z naszych skoczy w drugiej serii. Z drugiej strony, Engelberg był często miejscem, gdzie Polacy zaczynali wracać na swoje miejsce. Teraz trudno postawić na optymistyczny scenariusz. – Gdy nie pomaga spokój i cierpliwość… Może byłoby dobrze, gdyby ktoś nami wstrząsnął. Niedługo Turniej Czterech Skoczni, później połowa sezonu, więc może terapia szokowa będzie potrzebna – mówił mi Kot, ale dodawał też, że nie chodzi mu o żadne zmiany personalne. I dobrze, Łukasz Kruczek w poprzednich sezonach udowodnił wszystkim, że zna się na swojej robocie.

Gdybyście nie wiedzieli kto przygotuje Stochowi i spółce kombinezony na igrzyska olimpijskie w Soczi…

To odpowiedź znajdziecie niżej (mój tekst z dzisiejszego Przeglądu Sportowego):

Wysoka forma i dobry sprzęt – to kombinacja potrzebna skoczkowi narciarskiemu do osiągnięcia sukcesu. O tę drugą kwestię w przypadku kadrowiczów na igrzyska olimpijskie w Soczi zadba… Stefan Hula. A właściwie firma Huligans, którą założył skoczek ze Szczyrku i jego żona Marcelina. Cała nasza olimpijska kadra, czyli Kamil Stoch, Jan Ziobro, Maciej Kot, Piotr Żyła i Dawid Kubacki zakładają bowiem na zawody i treningi kombinezony szyte przez firmę ich kolegi. W Soczi spróbują w nich skoczyć po medale.

– Gdyby te kombinezony nie spełniały oczekiwań chłopaków, Stefan nie miałby co liczyć na kolegów. To jednak jedne z najlepszych kombinezonów na świecie! A firma to strzał w dziesiątkę. Po zakończeniu poprzedniego sezonu omawialiśmy wszystkie wydarzenia. Między innymi jego początek, kiedy właśnie kombinezony zawiodły. Marcelina, żona Stefana, która ukończyła włókiennictwo, rzuciła hasło, że mogłaby spróbować uszyć odpowiedni strój. I wyszło super – opowiada Ewa Bilan-Stoch, żona Kamila Stocha i jednocześnie menedżerka męża, Jana Ziobry, Dawida Kubackiego i właśnie Huli.

Stefan ciągle nie zamierza rezygnować ze skakania, ale też przekonuje, że nowa działalność bardzo mu się podoba i być może stanie się pomysłem na przyszłość. – Kupiliśmy maszyny i działamy. Ja oczywiście nie jestem krawcem. Robimy z żoną formy, które wspólnie wycinamy, a ona później zszywa. To ona wykonuje największą robotę! – mówi Stefan.

 

Maciej Kot: atakuję z cienia

Niżej znajdziecie rozmowę z Maciejem Kotem, która ukazała się w sobotnim wydaniu „Przeglądu Sportowego”. Tu jednak nieco dłuższa wersja.

 

Za panem pierwsza część sezonu, ale nie o takich wynikach pan marzył.

MACIEJ KOT: W porządku było w Klingenthal, na średniej skoczni w Lillehammer i Titisee-Neustadt, ale reszta była trudna. Miałem wyższe oczekiwania. Kiedy na początku byłem koło pierwszej dziesiątki, liczyłem, że utrzymam poziom, a później przyjdą lepsze miejsca. I nagle, zamiast w górę, forma zaczęła spadać, zajmowałem słabsze miejsca. Pojawiały się błędy, ale przede wszystkim było gorzej psychicznie. Bardzo chciałem dobrego wyniku, a nie było ku temu podstaw.

Może chciał pan za bardzo?

Chyba nie. Wyciągnąłem wnioski po poprzednim sezonie. Jeśli jednak robisz coś na sto procent to trudno o spokój. Całe życie poświęcam skokom, mam cele i marzenia. Trudno w takiej sytuacji myśleć: „stało się”. Ja tak nie potrafię. Nie potrafię po dwóch słabych skokach cieszyć się z fajnej wycieczki i dobrego jedzenia w hotelu.

Tymczasem obok wyskoczyło kilku młodych. Całkiem niedawno był pan numerem dwa w kadrze, a teraz nie wiadomo jak liczyć.

Nigdy nie przyznawali nam numerów. Pewnie dzisiaj nie jestem w czubie, ale weźmy Turniej Czterech Skoczni, gdzie liczy się stabilizacja na czterech różnych obiektach. Tam byłem numerem dwa w kadrze. Poza tym, pozycje w kadrze nie zmieniają się na przestrzenie tygodnia. Trzeba na to długo pracować. A ja zimą i latem potwierdzałem się wynikami. A że młodzi wygrywają? Trzeba się tylko cieszyć z takiej drużyny. Przecież wszystkim chodzi o to, aby kadra była jak najsilniejsza podczas igrzysk. A mnie nie zaszkodzi, że teraz presja i oczekiwania są na innych, a ja stoję trochę w cieniu. Mogę się dobrze przygotować na Puchar Świata w Zakopanem i do igrzysk. Może wtedy uda się „odpalić” z formą.

Zazdrościł pan Krzysztofowi Biegunowi i Janowi Ziobro wygranych? Wszyscy wiemy jakie ma pan możliwości, ale takiego jednego wystrzału brakuje.

Brakuje… Szczęścia też. Nie było mi to dane. Wierzę w to, że się uda. A zazdrość? Wiadomo, że jest. Co innego gdybym miał na koncie pięćdziesiąt wygranych. Wtedy jednego nie ma po co zazdrościć, ale sam od dwóch lat walczę o podium, a tu ktoś debiutuje w Pucharze Świata i wygrywa. Tylko żebyśmy się zrozumieli – nie chodzi o żadne negatywne uczucia. Fajnie, że na najwyższym stopniu podium stoi Polak, choć wolałbym sam tam być (śmiech).

Kot się na razie czai…

Na to wygląda. Jestem w cieniu, ale to mi nie przeszkadza. Pracuję w spokoju. A kiedy mnie się uda coś osiągnąć to teźż będzie głośno. Ja robię swoje. Z przyczajonej pozycji można dobrze zaatakować.

Jesteście spokojni? Do świąt był fantastycznie, więc i oczekiwania przed turniejem były ogromne. Wyszło inaczej.

Kibicom powiem tak: bądźcie spokojni. I trzymajcie kciuki za… pogodę. To nam przeszkadza, bo nie ma gdzie trenować. Gdybyśmy mogli spokojnie popracować to i turniej wyglądałby inaczej. Teraz musimy szukać startów, bo to jedyna możliwość, żeby poskakać. Możliwe, że po weekendzie zostaniemy w Ramsau. Mamy kilka planów. Poza tym, trudno być cały sezon w wysokiej formie. Spadek musiał przyjść. Gdyby go nie było, pewnie zaczęlibyśmy się martwić, że może pojawić się w Soczi.

Rosyjskiego się pan uczy?

Raczej nie, z przyjaciółmi Rosjanami można się dogadać nawet po polsku.

Pytam raczej o to czy jest pan spokojny o wyjazd.

Tak. To znaczy nie postawiłbym wszystkich pieniędzy na to, że pojadę, ale wiem, że robię swoje na sto procent i daję z siebie wszystko. I czuję, że forma jest coraz wyższa. Będę walczył. Poza tym, trener ma chyba na tyle zaufania do mnie, aby chcieć mieć mnie w składzie.

Słyszał pan wcześniej o Thomasie Dietharcie, sensacyjnym triumfatorze Turnieju Czterech Skoczni?

Słyszałem o gościu. Nazwisko i twarz znałem, ale nie kojarzyłem jakoś szczególnie.

Takie sensacje tylko w skokach?

Pewnie w innych sportach też się zdarzają, ale nie pamiętam kiedy ostatnio. Ktoś może powiedzieć, że Gregor Schlierenzauer, kiedy wygrywał swoje pierwsze Grand Prix i później Puchar Świata też był nieznany, ale jego akurat ja znałem kilka lat wcześniej. Wygrywał w Garmisch-Partenkirchen mistrzostwa dzieci. Widziałem go i od razu wiedziałem, że będzie wielkim zawodnikiem, bo skakał rewelacyjnie. Później widziałem go na mistrzostwach świata juniorów w Kranju, którw wygrywał. To wszystko szło krok po kroku. A Diethart na juniorskich mistrzostwach był 41! W Pucharze Kontynentalnym trzy razy wchodził na podium, a tu nagle wyskakuje z kapelusza i wygrywa turniej. Szalone!

Kruczek: skład na igrzyska wybiorę z siedmiu nazwisk

Siedmiu kandydatów, pięć miejsc – Łukasz Kruczek za kilka dni będzie musiał wybrać skład na igrzyska olimpijskie w Soczi.

Czwartek – podróż do Austrii, piątek – kwalifikacje w Bad Mitterndorf, sobota i niedziela – loty konkursowe. Oto plan naszych skoczków na najbliższe dni. Trener naszej kadry, Łukasz Kruczek, na mamuta w Kulm zabrał tą samą ekipę, która kończyła Turniej Czterech Skoczni, a więc Kamila Stocha, Macieja Kota, Piotra Żyłę, Jana Ziobro, Klemensa Murańkę i Dawida Kubackiego. Czas na odpoczynek przyjdzie dopiero po konkursach Pucharu Świata w Polsce (ci, którzy znajdą się w kadrze olimpijskiej nie polecą do Japonii). Zresztą, konkursy są potrzebne też jako… trening. Łukasz twierdzi co prawda, że na razie brak przygotowanych skoczni nie jest problemem, ale już w przyszłym tygodniu muszą takie znaleźć. Liczą, że uda się w Polsce, w Wiśle albo Szczyrku. Szczególnie druga opcja byłaby wskazana. – To takie nasze „kopyto” – mówi Kruczek. Jeśli jednak się nie uda, kadrowicze zostaną w Austrii i będą skakali w Ramsau.

Skoczkowie są już na ostatniej prostej przed igrzyskami. Dziewiętnastego stycznia poznamy pięć nazwisk zawodników, którzy polecą do Soczi. Kruczek zdradził, że wyboru dokona z grona siedmiu skoczków. – Pewniak jest jeden, to Kamil. A dwójkę, która zostanie w domu to zaboli, bo nie będą słabsi od tych, którzy pojadą, a na tym samym poziomie. Zdecydują detale – mówi Kruczek.

Wydaje się, że wspomnianą siódemkę tworzy sześć podanych już nazwisk i Krzysztof Biegun. Kto odbierze olimpijskie nominacje? Obok Kamila stawiałbym na Maćka Kota i Piotra Żyłę jako tych „najpewniejszych”. A dalej? Dalej nie wiem. Dawid Kubacki, który w 2013 roku był w drużynie brązowych medalistów mistrzostw świata, ma pewnie spore szanse. Jan Ziobro też, bo podobno dobrze radzi sobie z presją, a i potwierdził wynikami, że potrafi błyszczeć na najwyższym poziomie. Co jednak z Klimkiem Murańką? A z Krzysztofem Biegunem? Kłopoty bogactwa to niby marzenie każdego trenera, ale przyznam, że wcale nie zazdroszczę Łukaszowi. A wy, jak wybralibyście skład na igrzyska?

Jak oni skaczą!

Piotr Żyła wygrywa, Kamil Stoch lata jak… mistrz świata. Za ich plecami atakuje młodzież. Polscy skoczkowie rozpoczęli sezon z przytupem. To co prawda dopiero kwalifikacje, ale i tak jest o niebo milej niż na początku poprzedniego sezonu.

Rok temu pod koniec listopada siedziałem w recepcji hotelu Kuusamo, a właściwie w Ruce, bo tam odbywa się Puchar Świata. Był późny wieczór, już po kwalifikacjach, czekaliśmy na zawodników, na kogokolwiek z kadry.

Najpierw Lillehammer, później Finlandia – tu i tu katastrofa. Inni skaczą, nasi spadają na bulę. Pogubili się kompletnie, świat odjechał, w perspektywie były nerwowe ruchy. Trener kadry Łukasz Kruczek gdzieś w hotelowym korytarzu przyznał, że podczas szczerej rozmowy ze skoczkami powiedział, że jest gotowy podać się do dymisji, jeśli tylko ktoś ze sztabu uważa, że potrzebne są zmiany. Nikt nie chciał takiego rozwiązania. Wytrzymali ciśnienie. Za trenerem stanął Maciek Kot, o czym powiedział nam jeszcze zanim spotkaliśmy Kruczka. Kamil Stoch następnego dnia rano stwierdził, że jeśli Łukasz odejdzie, to on też. Mocno, może nawet za mocno, bo brzmiało jak szantaż. A jednak mieli rację i dobrze na tym wyszli, bo sezon rozegrał się bajkowo. Kamil został mistrzem świata, a drużyna zdobyła w Val di Fiemme medal. Moim zdaniem Kruczek zasłużył na tytuł Trenera Roku 2013. Ten sam Kruczek, który długo musiał pracować na swoją pozycję, bo odkąd pojawił się przy kadrze (pierwszym trenerem jest od 2008 roku, wcześniej pracował jako asystent) miał pod górę.

Rok temu kadra przespała okres przygotowawczy. Nie jeśli chodzi o trening jako taki, a przygotowania sprzętowe. Teraz zapewniali, że błędu nie powtórzą. – Mamy nowinki sprzętowe – mówił mi Łukasz przed startem sezonu. Kwalifikacje w Klingenthal zdają się potwierdzać te słowa. Nie działa to już jednak tak, jak choćby w sezonie igrzysk w Vancouver, kiedy Simon Ammann pokazał nowe wiązania, a później (choć oczywiście z opóźnieniem) zastosowali to samo właściwie wszyscy i u wszystkich działało. Dzisiaj mamy czas „indywidualnego tuningu”. – To już nie są czasy, kiedy wszyscy z wiązaniami, bo przepisy są bardziej sprecyzowane. Szuka się indywidualnego tuningu dla konkretnego zawodnika – mówi Kruczek. Rok temu nasi przegrali kombinezonami, teraz pilnowali się znacznie bardziej. – Zawsze można czegoś szukać, bo belka belce materiału nie jest równa. Ba! Czasem ta samej belka różni się strukturą co metr. Trzeba mieć szczęście i robić dużo testów. W tym roku mamy dostęp do różnych firm – przekonywał Kruczek. Miał rację? Nie wiem, mam nadzieję. Kadra dojrzała, działa bez zarzutów, obok Kamila Stocha, Piotra Żyła czy Maćka Kota jest zaplecze, bez kompleksów atakują młodzi. Nie mam pojęcia czy w sobotę nasza drużyna w składzie Żyła, Biegun, Kubacki i Stoch będzie na podium, ale stawiam, że to będzie dobry sezon (rok temu stawiałem podobnie, ale wtedy podstawy były znacznie bardziej kruche), z medalami igrzysk w Soczi. Podkreślam, medalami.

 

P.S. Skład na igrzyska olimpijskie w Soczi Łukasz Kruczek ma podać 18.1. – Po Turnieju Czterech Skoczni sytuacja będzie się już klarować. Do Rosji poleci 5 zawodników, czyli w składzie będzie jeden rezerwowy – powiedział mi niedawno Kruczek i dodał, że „wybrańcy” odpuszczą najprawdopodobniej konkurs w Sapporo lub Willingen.

 

Kamil Stoch pewny siebie, dobre wiadomości dla Justyny Kowalczyk. Zimo, czekamy!

Kamil, jak cię znam to jeśli w Soczi nie zdobędziesz medalu, wrócisz mocno zawiedziony – mówiłem ostatnio do Kamila Stocha. Niby każdy sportowiec chce wygrywać i zdobywać medale, ale akurat nasz skoczek często uciekał od takich pytań. Teraz też powiedział mi, że niczego nie obiecuje, ale zaczął odpowiedź inaczej. – Szczerze? Tak. Medal to jedno z moich marzeń – przyznał (zresztą, cały wywiad tutaj:
http://skoki-narciarskie.przegladsportowy.pl/Sporty-zimowe-Kamil-Stoch-przed-igrzyskami-w-Soczi,artykul,178927,1,300.html
).

Podoba mi się ta przemiana Stocha, którą obserwuję już od pewnego czasu. Podoba mi się jak dojrzewa jako sportowiec. Już nie taki zagubiony jak kiedyś, już bez scen z waleniem pięścią w ściany szatni z bezsilności. Odwrotnie – pewny siebie i swojej wartości chłopak, który nie boi się mówić o marzeniach. Zresztą, cała ta kadra dorosła. Dzisiaj nie musimy się wstydzić rozmów o medalu zespołu, bo ci chłopcy po prostu są w stanie stawać na podium. Nie wiem jaka będzie zima, udane lato to też dla mnie żaden wielki wykładnik, bo to tylko skoki na trawnikach. Ale jednak coś się zmieniło. Pamiętam czasy, kiedy czekaliśmy z innymi dziennikarzami na Adama Małysza. I tylko na niego. Dzisiaj Małysza na skoczni nie ma, są inni. Wiadomo, Stoch to numer jeden, ale obok jest Maciek Kot, Piotrek Żyła i inni. Projekt firmowany nazwiskiem trenera Łukasza Kruczka działa coraz sprawniej. A przecież jeszcze niedawno tego samego Kruczka większość chciała pogonić. Zresztą, właściwie od początku pracy z kadrą większość tego chciała. Dzisiaj Łukasz to mocny kandydat na trenera roku. Tego i, mam nadzieję, przyszłego.

Przyszłego, bo przed nami rok igrzysk. I mam też nadzieję, że wybór będzie trudny. Z powodu Soczi oczywiście i sukcesów nie tylko skoczków, ale też Justyny Kowalczyk i jej trenera Aleksandra Wierietielnego. Na oficjalnym profilu facobookowym Justyny pojawiła się informacja, że organizatorzy igrzysk zmienili trasę biegu na dziesięć kilometrów stylem klasycznym. Na trudniejszą, z 2-kilometrowym podbiegiem przed metą. Dla Justyny to dobra wiadomość, bo i ten akurat bieg jest dla niej najważniejszy w całych igrzyskach. A wiadomo, że im trudniej, tym lepiej dla naszej biegaczki.

Wiem, że jest ciepło, o śniegu nikt nie pamięta, a do igrzysk zostało ponad 170 dni. Co z tego? Ja już odliczam…