Kara dla Johaug była do przewidzenia

Było wszystko: łzy, szloch, lekarz złożony w ofierze i tłumaczenia. Były też absurdalne tłumaczenia, a teraz jest kara. Therese Johaug ma być ukarana 14-miesięczną dyskwalifikacją. Tak zdecydowała Norweska Agencja Antydopingowa, choć trzeba poczekać, bo WADA i FIS mogą się odwołać.

Zrzut ekranu 2016-11-19 o 21.53.45

Trzykrotna medalistka olimpijska miała pozytywny wynik testu z 16 września, w jej organizmie wykryto steryd o nazwie klostebol. Zakaz startów obowiązuje do 18 grudnia 2017 roku. Jeśli kara zostanie utrzymana, Johaug będzie mogła wystąpić w zimowych igrzyskach w koreańskim PyeongChang w 2018 roku. Dobrze czy źle? Nie wiem, wszyscy opieramy się tylko na tym, co wygrzebią dziennikarze, bo Norwegowie, którzy lubią mówić o sobie, jako strażnikach moralności, w tej sprawie mają dość osobliwe standardy.
Trzeba jednak przyznać, że norweskie media wykonały wielką pracę. Nie było świętych krów, nie było oglądania się na opinię publiczną, która w większości stoi za biegaczką. Pracują, szukają i nie odpuszczają. Gdyby nie dziennikarze nie wiedzielibyśmy, że historia o maści na poparzone usta nie trzyma się kupy. Agencja kupiła tłumaczenia Therese, bo na tej podstawie odstąpiła od 2-letniej kary i wydała krótszy wyrok. Owszem, zdarzały się przypadki, gdy wyjaśnienia zawodników słusznie łagodziły karę. Czy tu jest tak samo? Nie wiem. Historia o maści pewnie byłaby do przełknięcia, ale gdy znamy więcej szczegółów… Naprawdę trudno nie mieć wrażenia, że za tym wszystkim stoi coś jeszcze. Ale od początku.
Podczas słynnej, łzawej konferencji Johaug tłumaczyła, że klostebol był w maści na popękane usta, a lek podał jej ówczesny lekarz kadry Fredrik Bendiksen. I faktycznie, maść zawiera w sobie zakazaną substancję. Wielu ekspertów twierdzi jednak, że trudno wchłonąć jej przez skórę warg tyle, aby wykazały to testy. Szybko okazało się, że maść ma na opakowaniu i ulotce wielkie napisy ostrzegające sportowców przed zakazaną substancję. Co więcej, Bendiksen sam pracował w firmie, która produkuje ten lek. Czy mógł aż tak się pomylić? Tym bardziej, że opisywano go jako niezwykle skrupulatnego człowieka. Sama Johaug też wcześniej tłumaczyła, że zawodowy sportowiec musi sprawdzać wszystko, co przyjmuje po kilka razy. Wygląda więc na to, że tym razem wszyscy wokół nagle Therese stracili rozum. Czy tylko ja mam wrażenie, że Bendiksena złożyli w ofierze? Medali nie zdobywa, leczyć może dalej. Wyszedł na głupka, ale ludzie zapomną…
A kara dla Johaug? Od początku pisałem, że będzie na tyle długa, żeby nie było wielkich powodów do czepiania się (traci w końcu mistrzostwa świata w Lahti), ale wystarczająco krótka, aby Therese wystartowała podczas zimowych igrzysk w PeyongChangu, a wcześniej kilka razy sprawdziła się na trasach PŚ. I tak się pewnie stanie, bo myślę, że FIS i WADA nie będą walczyły o dłuższą karę (dla wielbicieli spiskowych teorii: nowym wiceprezydentem WADA została niedawno norweska minister kultury). Chyba że wkurzy ich adwokat Johaug, który twierdzi, że nie ma żadnych podstaw do karania. Wtedy ten kiepski serial jeszcze potrwa…

Marit Bjoergen wróciła i już wygrywa

Słynna Norweżka przewinęła syna, zapięła narty i znowu wygrała. Bjoergen jest gotowa na Puchar Świata.

Opowiadała o przeziębieniu, z powodu którego nie wystartowała w piątkowym sprincie podczas zawodów FIS w Beitostolen, mówiła o tym, jak zmieniło się jej życie, które teraz jest podporządkowane rytmowi życia syna Mariusa, ale w sobotę założyła narty, stanęła na starcie biegu na 10 kilometrów łyżwą i dalej wszystko było jak zwykle – Marit Bjoergen zostawiła koleżanki za plecami i na mecie była najlepsza. Za tydzień stanie na starcie inauguracji Pucharu Świata w Kuusamo i w Finlandii pewnie znowu będzie opowiadała o tym, że chce po prostu próbować wypaść jak najlepiej, że jest autsajderką, bo dawno jej nie było na imprezie tej rangi, a później ruszy i… no właśnie. Dzisiaj wiemy, że znowu jest silna. Czy aż tak, aby znowu wygrywać? Wiele na to wskazuje.

Zrzut ekranu 2016-11-21 o 15.24.09
W sobotę w Beitostolen Bjoergen wystartowała po raz pierwszy od blisko 20 miesięcy. W grudniu 2015 roku urodziła syna. Chciała wrócić jeszcze szybciej, ale proza życia młodej matki plus urazy i przemęczenie sprawiły, że przerwa była dłuższa niż pierwotnie planowała multimedalistka zimowych igrzysk i mistrzostw świata. Kiedy jednak znowu stanęła na starcie, była silna. – Wstałam wcześnie, zmieniłam dziecku pieluchę, nakarmiłam i pobiegłam. Nie to jednak jest dla mnie najważniejsze, ponieważ nie był to dla mnie zwykły start, gdyż w tym roku kilkakrotnie wahałam się, czy nie zakończyć kariery. Powodem nie było urodzenie syna, lecz kontuzje i wiek. Do powrotu do rywalizacji motywował mnie żarliwe mój partner Fred Boerre Lundberg. Teraz już wiem, że to jeszcze nie koniec, tylko początek czegoś nowego – mówiła i opowiadała dalej: – Przerwa była faktycznie tak długa, że do końca nie byłam pewna swojej dyspozycji startowej, ponieważ mogłam ocenić siebie tylko według wyników osiąganych na treningach. To jednak nie jest to samo. Dlatego jestem zadowolona z sobotniego startu, który był ważnym sprawdzianem, przede wszystkim psychiki. To jest dla mnie zupełnie nowa sytuacja. Wstałam wcześnie rano, zmieniłam Mariusowi pieluchę, a później go nakarmiłam. Wcześniej koncentrowałam się na każdym biegu w samotności. Teraz w ogóle nie myślałam, że za chwilę stanę na linii startu. Po prostu pobiegłam tam po zakończeniu obowiązków matki, automatycznie przypięłam narty i pobiegłam. Dopiero na trasie zaczęłam myśleć jak biegaczka.
Norwescy dziennikarze wyliczyli, że od ostatniego występu Marit w Pucharze Świata minęły 622 dni (ostatni raz startowała 15 marca 2015 roku w Oslo, wygrała tam bieg na 30 kilometrów techniką dowolną). Teraz błysnęła formą pokonując drugą Heidi Weng o 11,7 sekundy, a trzecią, zdaniem ekspertów główną kandydatkę do triumfu w klasyfikacji generalnej PŚ (Bjoergen nie będzie startowała we wszystkich zawodach) Ingvild Flustad Oestberg o 28,2 sekundy.
Bjoergen wie też doskonale, że jest potrzebna Norwegom. Szczególnie po dopingowej wpadce Therese Johaug, która ostatnio była gwiazdą numer jeden w Norwegii. Teraz młodsza koleżanka Marit będzie najpewniej trochę odpoczywać jako zdyskwalifikowana biegaczka. Bardzo możliwe, że zabraknie jej podczas mistrzostw świata w Lahti. Rolę tej, która zadowoli rodaków przejmie więc znowu Bjoergen, choć ona sama na razie przekonuje, że owszem, występ w Lahti jest najważniejszy w tym sezonie, ale ucieszy ją choćby jeden medal, obojętnie jakiego koloru. Takie słowa Marit powtarza w zasadzie przed każdą wielką imprezą…

Zanim zacznie się sezon, jest… farsa po norwesku

Zapłakana Therese Johaug, lekarz, który robi z siebie wariata, Norwegowie zdziwieni tym, że świat na przemian się z nich śmieje i wbija szpilki, komisja śledcza, która ma wszystko wyjaśnić. Nie mam pojęcia w jakim celu Norwegowie piszą tę farsę, ale trzeba przyznać, że robią to w ostatnich miesiącach w bardzo „umiejętny” sposób.
Therese Johaug i Heidi Weng
Farsa – odmiana komedii, w której łatwowierni bohaterowie zostają wciągnięci w serię coraz bardziej nieprawdopodobnych, niewygodnych lub kompromitujących wydarzeń. Sytuacje te najczęściej są spowodowane wadami bohaterów, takimi jak np. próżność, sprzedajność lub chciwość. Wysiłki podejmowane w celu wybrnięcia z sytuacji prowadzą do dalszego zapętlenia i jeszcze większej kompromitacji, aż do momentu, w którym w komicznych punktach kulminacyjnych wady zostają odpowiednio upokarzająco i przykładnie ukarane, po czym następuje względnie szczęśliwe zakończenie. Farsy są poświęcone obnażaniu ludzkich słabości – to definicja skopiowana z wikipedii.
Do słów w „względnie szczęśliwym zakończeniu” (a pewnie z ich punktu widzenia tak się skończy) teoria pasuje jak ulał do norweskich biegów na nieco ponad tydzień przed startem Pucharu Świata. W rolach głównych występują: Zapłakana Therese Johaug, lekarz, który robi z siebie wariata, Norwegowie zdziwieni tym, że świat na przemian się z nich śmieje i wbija szpilki, komisja śledcza, która ma wszystko wyjaśnić, a teraz dołączyła Heidi Weng, która stała się „paranoiczką”. Nie mam pojęcia w jakim celu Norwegowie piszą tę sztukę, ale trzeba przyznać, że robią to w ostatnich miesiącach w bardzo „umiejętny” sposób. Najpierw Martin Johan Sundby, który ponoć z lekarzem pomylił się i zamiast jednego wdechu leku na astmę, wziął ich o kilka za dużo. Wiadomo, nie jego wina. Później zdziwionym juniorom, którzy przyznali, że te same leki na astmę dostają, choć są zdrowi, wytłumaczono, że dostają leki „zapobiegawczo”. Brzmi idiotycznie, ale jakoś rozeszło się po kościach.
Wreszcie wpadka Johaug. Już nie astma, ale steryd. Był płacz i szloch, a winnym okazał się lekarz, który podał biednej Therese lek z zabronionym środkiem. To nic, że ta sama Johaug chwilę wcześniej opowiadała w wywiadach, że rozkłada na czynniki pierwsze wszystko co przyjmuje i upewnia się nawet co do pochodzenia torebki do herbaty. Nieważne także, że lekarz pracował w firmie, która maść wyprodukowała, a jej pudełko miało na sobie wielki znak zakazu z napisem „Doping”. Ot, pomyłka, rozumiecie? No właśnie, ja też nie. Teraz do sprawy włączył się prawnik Therese. – Ilość klostebolu (zabronionej substancji, którą wykryto u Johaug) w organizmie Therese była na tyle mała, że nie można mówić w tym wypadku o jakichkolwiek dowodach. Chcielibyśmy również zobaczyć dokumenty, które potwierdzają, że zawodniczka osiągała zdecydowanie lepsze wynik po zażyciu tego zakazanego środka – wspominał Morten Johnsen Justad. Kolejny… wiadomo. Po cholerę komu dokumenty pokazujące, o ile szybciej biega Johaug? Przepisy są jasne. Wciąż jednak stawiam, że najpóźniej przed zimowymi igrzyskami w Korei wróci na trasy. Na razie pewne są dwie sprawy: ta telenowela potrwa jeszcze długo i nie skończy się wydaniem wyroku, a dzięki niej Johaug stała się w swoim kraju jeszcze popularniejsza.
O nebulizatorach w strefie relaksu norweskiej ciężarówki pisać mi się nie chce. W sumie nie są zakazane, tak jak astma. A że i tak wyszło żenująco? Na miejscu Norwegów bym się nie przejmował, bo przy tych wszystkich wpadkach, to w zasadzie drobiazg.
A teraz do sprawy włączyła się sympatyczna skądinąd Heidi Weng. – Po wpadce dopingowej Therese Johaug wyrzucam do kosza do połowy pełne butelki z napojami. Nigdy nie wiesz, kiedy ktoś zechce cię zniszczyć – powiedziała norweskiej gazecie „VG”. Heidi, po co ci to? Weng zawsze kojarzyła mi się z sympatyczniejszą twarzą norweskich biegów. Miła, fajna dziewczyna, która na mecie jest zmęczona i potrafi się cieszyć wyjątkowo naturalnie. Teraz tłumaczy jakieś oczywistości. Bo nie znam poważnego sportowca, który napiłby się z opróżnionej do połowy butelki. To nie paranoja, tylko zawodowy sport. I „zniszczyć”? Norweskich biegów nikt nie niszczy. Sami sobie strzelili najpierw w stopę, a później jeszcze kilka razy pociągnęli za spust. A teraz się dziwią, że rana boli.

Policzek dla Norwegii

Gdyby rano ktoś mi powiedział, że polska sztafeta dobiegnie do mety olimpijskiego wyścigu na siódmym miejscu, pewnie bym się ucieszył, bo to niezły wynik. Ale gdybym usłyszał, że Norweżki nie zdobędą medalu, nawet nie chciałoby mi się dyskutować. Że nie zdobędą złota pewnie też nie, bo to wydawało się pewne. A tymczasem…
Minęło kilka godzin od zakończenia biegu i cały się zastanawiam co się właściwie wydarzyło. Polki, hmm… niezły wynik, naprawdę. Fantastycznie podbiegła Justyna, rewelacyjnie Sylwia Jaśkowiec. Kornelia i Paulina też dały z siebie wszystko, nie mam wątpliwości, ale spotkałem niedawno ich trenera, Ivana Hudaca i ten też miał mieszane uczucia. Patrząc jednak na suchy wynik i porównując go z poprzednimi dużymi imprezami, jest się z czego cieszyć.
Za to te Norweżki… O co tu chodzi? – Szok, po prostu szok! Marzyłyśmy o złotym medalu, ale że to marzenie się spełni? Norweżki wydawały się takie mocne. Niewiarygodne – opowiadała mi jedna ze Szwedek, które wygrały ten bieg, Anna Haag. Uśmiechnięta i oszołomiona stała sobie gdzieś z boku, gdy tabun szwedzkich dziennikarzy przepytywał Charlotte Kallę, absolutną bohaterkę dnia. A Haag mówiła ze śmiechem: – W Szwecji trwa chyba gorączka złota. Ale wy w Polsce to znacie, bo macie przecież Justynę!
Wcześniej próbowaliśmy porozmawiać z trenerem Norweżek, Egilem Kristiansenem. Powiedział krótko „shit happens”, czego tłumaczyć chyba nie trzeba. Marit Bjoergen zapytana o komentarz wydobyła z siebie tylko coś w stylu „oooo” i poszła. Heidi Weng wychodziła ze stadionu w objęciach trenera, a Therese Johaug opowiadała, że kompletnie nie trafili ze smarowaniem nart. Swoją drogą, pamiętacie wiele reakcji na takie słowa Justyny?
Pytanie „co się stało?” jest jednak wciąż aktualne. Absolutna potęga, właściwie królestwo biegowe mocno się zachwiało. Taka porażka jak dzisiaj to właściwie siarczysty policzek. Niby nie pierwszy podczas tych igrzysk, ale najsilniejszy. Norweskie media więcej zajmują się Petterem Northugiem, który przegrał w pokera 20 tysięcy euro niż sukcesami, bo tych, jak na ich standardy oczywiście, niewiele. Bjeorgen przyjechała tu przecież po sześć medali, większość złotych. Ma jeden. I to wcale nie dzięki nadzwyczajnej sile, a sprytowi, bo to dzięki niemu ograła Kallę w biegu łączonym. Dzisiaj w sztafecie pokonała ją Coraline Hugue, 26. zawodniczka ostatniego Tour de Ski.
U mężczyzn też szału nie ma. Sztab ludzi, którymi tutaj dysponują nie może trafić ze smarami? Nie radzą sobie na wysokości, w specyficznym mikroklimacie (podobnie jak Kikkan Randall, która na Krasnej Polanie zapomniała, że jest jedną z najlepszych na świecie)? Trasy są za trudne, co w połączeniu z wysokością sprawia im problemy? Coś jeszcze innego? Pewnie te same pytania zadawał sobie król tego kraju, który dzisiaj z uśmiechem jechał na trasy. Wychodził w kiepskim humorze. Norwescy dziennikarze, z reguły fajni goście, przyszli na konferencję prasową chyba z przyzwyczajenia, bo żaden nie zadał pytania, a za to oglądali jak szaleją ze szczęścia Szwedki.
Norweżkom zostały dwie szanse, w sprincie drużynowym i biegu na trzydzieści kilometrów. Dzisiaj rano myślałem sobie, że w tym drugim, do ostatecznej walki o medale stanie Bjoergen, Johaug, Kalla i Kowalczyk. I chyba nadal tak myślę, bo trudno uwierzyć w upadek takiej potęgi. – Też mi się tak wydaje, ale podczas tych igrzysk prognozy nie mają sensu – śmiała się Anna Haag.